niedziela, 7 października 2012

Zabierzcie ten wehikuł czasu



Chociaż zdarza mi się patrzeć z sentymentem w przeszłość (nawet i na tym blogu: http://girl-who-played-with-fire.blogspot.com/2012/07/latom-90-tym-z-mioscia.html), dumać o metafizyce gumy Donald oraz kaset wideo, nostalgii mojej nie budzi osoba, którą byłam jeszcze kilka lat temu. Ta z lat wczesnego dzieciństwa może bardziej, trudno nie mieć słabości do szkraba, który w wieku czterech lat nauczył się czytać i cztery lata później postanowił przeczytać „Przeminęło z wiatrem”, mały kochany nerdzik – natomiast myśl o mojej personie sprzed lat, dajmy na to, czterech czy nawet dwóch, wywołuje we mnie jedynie bezmierną irytację.

Nie rozumiem osób, które marzą, żeby znowu mieć –naście lat. Może zrozumiem lepiej, kiedy będę mieć ich na przykład osiemdziesiąt, a nie dwadzieścia cztery – ale naprawdę, co jest fajnego w byciu nastolatkiem? Bezdenna głupota i niedoświadczenie życiowe dawały znać o sobie na każdym kroku, a fakt, że byłam ich nieświadoma, jeszcze potęgował bolesność wstrząsu. Do zamieszczonej niedawno na HuffPo listy „mądrości życiowych” 25-latek (http://www.huffingtonpost.com/emma-gray/25-things-i-know-now-that-im-turning-25_b_1726642.html) mogłabym dopisać jeszcze ze sto własnych rzeczy, łudzę się, że parę może nawet trochę bardziej celnych niż tamte.

Tak czy inaczej, strasznie lubię swoją powoli postępującą dojrzałość. Cieszę się, że słowa Borgesa o subtelnej różnicy między trzymaniem kogoś za rękę a krępowaniem duszy (bardzo, bardzo wolne tłumaczenie wiersza „You Learn”) nie są już dla mnie tylko pustymi słowami i zastanawiam się czasem, ilu idiotyzmów w swoim życiu mogłabym uniknąć, gdybym zrozumiała je wcześniej. Z drugiej strony – zrozumienie przyszło oczywiście tylko i wyłącznie dzięki doświadczeniom. Błędne koło – niestety, literatura pomaga zrozumieć pewne mechanizmy tego, co nas spotyka, ale na ogół dopiero po fakcie (podobnie rzecz ma się z radami mądrzejszych od nas osób).

Cieszę się, że potrafię docenić różne rodzaje miłości, że nauczyłam się nie wartościować, tylko po prostu akceptować ich wszelakie osobliwości. Cieszę się, że chociaż nadal nie zawsze potrafię odróżnić miłość od tego, co nią nie jest, to nie traktuję już jako osobistej zniewagi, jeśli ktoś wprowadzi mnie w błąd. Podobnie jest ze świadomością, że za spełnienie czyichś marzeń często nie spotka mnie żadna nagroda. Pewne rzeczy po prostu są, trudno, idziemy dalej.

Smutek jest jednak potrzebny i dobry, nawet poczucie upokorzenia nie jest upokarzające samo w sobie – można je wykorzystać, żeby czegoś się nauczyć i stać się silniejszą osobą, ale można też po prostu nakryć się kocem, wziąć do ręki Houellebecqa i przez dłuższą chwilę kontemplować własny smutek i obrzydzenie rzeczywistością. Uwielbiam scenę, w której bohater serialu „The Newsroom” stwierdza, że ma dość ludzi każących mu po prostu „zapomnieć” o trudnym doświadczeniu. „Pieprzcie się,” – mówi – „nie wiecie, co naprawdę jest w mojej głowie”. To nie zawsze jest właściwy moment żeby „wziąć się w garść”, czasami potrzeba więcej niż wieczoru z pudełkiem lodów i komedią romantyczną, żeby zacząć choćby kontemplować nowy etap życia. Walczmy o swoje prawo do kryzysów egzystencjalnych!

Doceniam jednak każdy bolesny moment i nauczkę, doceniam, że będzie ich jeszcze wiele i rozumiem już, że jestem w stanie znieść je wszystkie. Mam wrażenie, że będąc młodszą, kompletnie nie potrafiłam docenić jak niesamowite jest posiadanie przyjaciół i osób, z którymi można przeprowadzić autentyczną rozmowę, niekoniecznie w dramatycznych okolicznościach, niekoniecznie o trzeciej w nocy, niekoniecznie nad butelką wina. Pewne rzeczy przyjmowałam kiedyś za pewnik, teraz już jakoś nie potrafię. I wbrew temu, co głosi mądrość demotywatorowo-złotomyślowa, fakt, że ktoś przestał być przyjacielem, nie oznacza, że nigdy nim nie był. Czy to ludzie się zmieniają, czy tylko okoliczności? Tego jeszcze nie wiem, ale prowadzę w tym kierunku intensywne badania i może kiedyś i to zdołam sobie poustawiać w głowie.

Za nic w świecie nie cofnęłabym czasu, wcale nie tylko dlatego, że nastraszył mnie Stephen King swoim „Dallas ‘63”. Szkoda by mi było energii na naprawianie starych błędów, chyba jednak wolę dobrze się bawić popełniając nowe.

sobota, 25 sierpnia 2012

O miłości i artefaktach


Pisałam już kiedyś o rozstaniach i o tym, jak bardzo utrudnia solidne usunięcie kogoś ze swojego życia współczesna technologia. Dziś jednak naszły mnie myśli dotyczące bardziej namacalnych pozostałości romansu, które zazwyczaj nawarstwiają się wprost proporcjonalnie do długości jego trwania. Mnie po ostatnim, długodystansowym (odległościowo), ale niezbyt długim (czasowo) związku, pozostał przede wszystkim bezprzewodowy internet, dwa szaliki w szkocką kratę i proszek do udrażniania rur. Po kolei.

Z internetem przerąbane, bo jaka szanująca się uzależniona od portali społecznościowych osoba wyrzuciłaby tak po prostu wraży router przez okno? Naprawdę bardzo lubię mieć możliwość wejść na Fejsika leżąc w łóżku, i kto to w ogóle słyszał, żeby pisać pracę magisterską na siedząco? Rozwiązanie: opanować pozycję dystansu w stosunku do owego routera, i nawet kiedy czasem podczas przenoszenia laptopa do łóżka na krawędzi świadomości pojawi się zarys myśli o tym, komu zawdzięczam tę możliwość, zatłuc bez litości jak pająka w wannie. Tym bardziej nie chcę sobie wyobrażać, co będzie, jeśli coś zacznie szwankować i będę musiała tłumaczyć panu technikowi, że ja nic nie wiem, to instalował mój były chłopak, który nie dość, że nie mówi po polsku, to do mnie nie odzywa się już w żadnym języku.
                                                        
Jeszcze gorzej z szalikami, które są przedmiotami o charakterze znacznie bardziej osobistym i wściekle nacechowanym emocjonalnie, czytaj: aktualnie ich widok wywołuje u mnie efekt gorszy niż „Titanic” i „Trędowata” razem wzięte. Na szczęście, póki co mamy gorące lato a szmatki owe mają charakter jesienno-zimowy,  pozostaje więc mieć nadzieję, że nim liście rozpłomienią się na dobre, serce zdąży się już nieco scalić i będę mogła znowu robić szał tartanem MacDonaldów. Alternatywne rozwiązania na wypadek, jakby się jednak nie zagoiło: spalić, oddać, zakopać w ziemi, tylko proszę, niech nikt mi nawet nie wspomina o Allegro - jedyna korzyść finansowa, jaką moje wysoko rozwinięte poczucie moralności pozwoliłoby mi odnieść z rozstania, to tantiemy z Wybitnej Powieści o Trudnych Związkach, do której może mnie wreszcie (!) zainspiruje.

I jeszcze ten cholerny proszek. Dopóki nie pojawił się On, żyłam sobie radośnie z pozatykanymi zlewami i wanną, kompletnie się nie zastanawiając nad marnością swojej egzystencji. Niestety, mieszkanie z kimś przez kilka dni poza porywami ciała i ducha oznacza także, jak się okazało (nie śmiać się, byłam troszkę nieuświadomiona), że kupujemy razem papier toaletowy i „kreta”. Macie pojęcie, jakie to uczucie, doznawać bolesnego drżenia serca przy każdym udrażnianiu odpływu? I co, może ów wspaniały wynalazek też mam wyrzucić i polecieć do Carrefoura po nową butelkę? Jak dobrze, że przynajmniej papier toaletowy nie przetrwał tak długo, to  dopiero groziłoby bolesnymi dylematami…

A poważnie mówiąc, szkoda mi tak naprawdę każdego przedmiotu, wiadomości czy zdjęcia, niezależnie od tego, jaki los postanowię im ostatecznie zgotować – bo każda z tych rzeczy nosi na sobie jakieś piętno silnego uczucia, i dla idiotycznie sentymentalnych ludzi takich jak ja pożegnanie się z nimi jest niemal bardziej bolesne niż to „właściwe” rozstanie. Może dlatego, że w przeciwieństwie do osoby, z którą zrywamy, która okazała się taka-i-owaka, i zawiodła i zraniła, przedmioty i wiadomości są na zawsze niewinne, trochę zaklęte w czasie, należące wyłącznie do tej bardziej radosnej, prostszej i pełnej nadziei przeszłości, która je zrodziła. I nie ma najmniejszego znaczenia, że potem już wszystko, wszystko poszło źle.

Tak oto zaklęłam magię w proszku do udrażniania rur.

wtorek, 24 lipca 2012

Latom 90-tym z miłością

Pora napisać coś lekkiego i zabawnego, bo kiedy nic już nie jest ani lekkie, ani zabawne, pozostaje jedynie szukanie zapomnienia w potoku własnych niezobowiązujących słów. A cóż może być bardziej rozrywkowego niż przeszłość, która jest już na tyle odległa, że nie wiążą się z nią żadne oczekiwania? Mem „problemy lat 90-tych” (http://afternoonsnoozebutton.com/post/26515631154/pleatedjeans-best-of-the-1990s-problems-meme) (nadal nie umiem wstawiać hyperlinków) przypomniał mi moje własne problemy z owych czasów.

Słyszałam opowieści o dziewczynkach, które zwalniały się wcześniej z lekcji, żeby zdążyć na kolejny odcinek „Klanu” – w moim przypadku aż tak źle nie było, niemniej „pierwsza polska telenowela” zdecydowanie przez pewien czas królowała w moim życiu. Najlepiej zapamiętałam odcinki, w których blok Grażynki i Rysia (RIP) stał się siedzibą burdelu. Była tam jedna straszliwa scena, gdzie nieco nazbyt podekscytowany klient owego przybytku napastuje Grażynkę nocną porą na klatce schodowej – nie wiem, może dlatego, że byłam jeszcze dzieciakiem, ale w mojej pamięci epizod ów mógłby rywalizować z najstraszniejszym horrorem ("Blair Witch" może iść się kochać!), trauma po nim trwała u mnie tygodniami i wątku burdelowego nie zapomnę nigdy, choćbym dożyła 90-tki i doczekała się stadka prawnucząt.

Wszystko co związane z telefonami stacjonarnymi jest również niezmiernie zabawne. Chodzi nie tylko o uniemożliwiającą prywatność długość kabla telefonicznego, czy znajomych, którzy wyszli z domu, a w międzyczasie okazało się, że lepiej, gdyby jednak nie przychodzili – dla mnie osobiście szczytem stresu było dzwonienie do koleżanek, gdy miałam świadomość, że odebrać mogą ich rodzice. Niezależnie od tego, jak bardzo byli oni sympatyczni i jak bardzo mnie lubili, konieczność przedstawienia się i poproszenia do telefonu Kasi/Oli/Ani/itd. przyprawiało mnie o silną nerwicę i do dziś jeszcze tym tłumaczę sobie przyśpieszone bicie serca, kiedy muszę zadzwonić do kogokolwiek, nawet do mężczyzny własnego albo takiego, który chciałabym, żeby był własnym, nawet na komórkę. Jak dobrze, że są sms-y, chociaż czekanie aż komórka wyda z siebie piśnięcie też potrafi wywołać u mnie zimne poty. No, ale jak widać są ludzie i neurotycy, nie mogę chyba winić za to lat 90-tych.

Inna komiczna sytuacja: odwiedziny z rodzicami u znajomych mieszkających w mieście położonym około 100 km od naszego. Wiele lat, nim czasownik „ogarniać” stał się modny, my już nie ogarnialiśmy gremialnie, toteż wsiedliśmy do pociągu jadącego w odwrotnym kierunku. Po zorientowaniu się w sytuacji i powrocie do punktu wyjścia okazało się, że nie mamy adresu znajomych (mieli czekać na dworcu, ale przecież kilka godzin później czekać już nie będą). Tak więc nastąpił powrót taty do domu, bynajmniej nie mający na celu zadzwonienia do owych znajomych, bo nawet nie posiadali oni telefonu stacjonarnego, jedynie zdobycie ich adresu, jako że nawet nie mieliśmy go przy sobie. Wreszcie udało się złapać kolejny pociąg, jadący już we właściwą stronę, przez cały czas bez możliwości szybkiego poinformowania przyjaciół o dramatyczno-żałosnym rozwoju wydarzeń. (Trochę szkoda, że nie mieli telefonu, bo budki telefoniczne to też skarbnica opowieści i nigdy nie zapomnę o wieloosobowych kolejkach w małych nadmorskich miejscowościach, ustawiających się, by opowiedzieć najbliższym o stanie pogody i temperaturze Bałtyku, jak również pani, która po kilkunastu minutach trajkotania wydała z siebie wreszcie radosne "Kończę, muszę jeszcze zadzwonić do babci!", wywołując w tym jęk zawodu około dziesięciu osób czekających z kartami TP w ręku.)

I to nagrywanie na kasety piosenek z radia! Miałam o tyle szczęścia, że nawet jeśli kilka sekund zajęte było przez rozgadanego „DJ-a”, to na ogół był nim pan Niedźwiecki, w którym kochałam się straszliwie i byłabym w stanie wszystko mu wybaczyć. Hm, w tej akurat sytuacji czas przeszły niekoniecznie ma zastosowanie… Tylko nagrywać już nie ma sensu, nawet gdy na pierwszym miejscu przez dwadzieścia tygodni króluje Gotye.

I jeszcze wypożyczalnie kaset! Niekończące się szeregi bajek, często wypożyczanych po dziesięć razy, jakieś amerykańskie komedie, irytacja, gdy poprzedni klient nie przewinął taśmy, albo gdy była zanieczyszczona i trzeba było użyć kasety czyszczącej. I regał z filmami erotycznymi, które zdawały się wtedy szczytem nieosiągalności i grozy, że aż strach było rzucić choćby ukradkowe spojrzenie na te wszystkie gołe panie.

Z projektami szkolnymi nie było tak źle, jeśli miało się w domu masę książek, w tym oczywiście encyklopedie, które dzisiaj zalegają w piwnicach albo porastają kurzem w tylnich rzędach półek. Tele Tydzień, bez którego nie wiadomo byłoby, o której ulubiona telenowela (ta brazylijska, ze śliczną dziewczyną), książka telefoniczna, używana choćby do znalezienia numeru telefonu przystojnego nauczyciela, a potem głośnych westchnień nad jego nazwiskiem i adresem. (Czy mieszka daleko, czy jest szansa na niego wpaść? Oby tylko nie był z żoną i dziećmi. Wszystko w porządku, nie było jeszcze wtedy słowa „stalking”!)

I gry na konsoli, dzień w dzień, zwłaszcza w wakacje, kiedy przyjeżdżał mój kuzyn, aż się zepsuła do szczętu. Możemy znowu zagrać w Contrę albo tanki, ale jeśli chcesz grać w Mario, to ty będziesz Luigi, musisz mi ustąpić, tylko nie w szczepionkę. A potem pierwszy komputer i fatalnie działający, śpiewający milionem rozedrganych głosów, gdy usiłował nawiązać połączenie, internet, i ilość miejsca na dysku tak mała, że zdjęcia mężczyzn, w których się wówczas kochałam, trzeba było zapisywać na dyskietkach. Mężczyźni zmieniali się rok po roku, tak jak zmieniały się zainteresowania, ci dawni siłą rzeczy szli w zapomnienie, skoro telewizja nie pokazywała już „Ptaków ciernistych krzewów”, którego DVD dopiero po latach zakupiłam na Allegro w przypływie nostalgii za księdzem Ralphem. „Klan” też nie był już nawet w połowie tak ciekawy odkąd burdel zamknięto i nikt nikogo nie molestował na klatce.

Piękne jest to angielskie określenie „memory lane”, próbuję je czymś zastąpić i mam problem. Każda próba tłumaczenia po polsku brzmi pretensjonalnie i nie ma w sobie nic z urody Natalii Oreiro wirującej w czołówce „Zbuntowanego anioła”. Nie, nie zawróciłabym czasu, gdybym mogła, zawsze przecież mogę sobie włączyć Spice Girls na youtubie i wysłać na fejsie wiadomość do dawnych znajomych. Tylko czasem jest mi smutno, gdy sobie to wszystko przypomnę i uświadomię, że Rysiek już nie żyje i nie ocali więcej Grażynki przed zboczeńcem.

sobota, 26 maja 2012

O, matko...


Poruszę dziś temat dość niepopularny, z którym zapewne większość osób nie będzie w stanie się zidentyfikować, ale ciąży mi na sercu ten 26 maja potwornie. Od lat najmłodszych jesteśmy wychowywani w swoistym kulcie matki. Już w szkole podstawowej uczy się nas wierszyków i piosenek o tej, co kochała i wychowała, żaden maj obejść się nie może bez wycinania i malowania dla niej kwiatuszków. Nie jestem osobą, której trzeba by tłumaczyć, jak bardzo w Polsce nie docenia się kobiet i ich poświęceń, ze szczególnym uwzględnieniem tych, które zajmują się domem, więc „nie pracują”. Dobrze więc, że chociaż ten jeden dzień przypomina rozkapryszonym bachorom w wieku dowolnym o wdzięczności, którą tak naprawdę powinny wyrażać bezustannie i na każdym kroku, prawda?

Nie do końca. Bo w tym całym świątecznym zamieszaniu nie ma miejsca dla tych, którzy w nim udziału wziąć nie chcą albo nie mogą. Prawie nieobecna w dyskursie publicznym jest postać matki, która matką wcale być nie powinna. Delikatnie ten temat wypłynął przy sprawie Madzi z Sosnowca, ale szybko został rozcieńczony w oceanie sensacji i obyło się bez głębszej refleksji czy konkluzji. A ja nie chcę nikogo szczuć ani piętnować. Apelowałabym raczej o wrażliwość względem dzieci dziarsko i równo wycinających kwiaty z kolorowego papieru, które po powrocie do domu będą usiłować wręczyć matce pijanej albo chorej.

Prawie też nie mówi się o tym, że prawdziwą, wypełniającą niemal każdą oprócz biologicznej rolę, matką może być też ojciec. Babcia, siostra, w rzadkich przypadkach nawet nauczycielka. A może po prostu wiele różnych osób, razem składających się na to, czego matka „prawdziwa” dać nie może albo nie chce. Czy są w stanie zastąpić matkę? Może raczej wypełnić rolę, którą po angielsku pięknie nazywa się „mother figure” – niby niewielka różnica, ale jakże istotna. Ale przecież w idealizacji macierzyństwa nie ma miejsca na takie niuanse. Dziwię się, jakby w polskim systemie edukacji było w ogóle miejsce na jakiekolwiek niuanse…

Tak więc według wierszyka i piosenki rolę matki spełniać może jedynie ta, co „urodziła i wykarmiła”. W późniejszym wieku człowiekowi jakoś łatwiej jest poradzić sobie z tym dysonansem, ale lata najmłodsze upływają pod znakiem wielkiej konfuzji. Czuje taki mały człowiek że u niego w domu jest „jakoś inaczej”, jakoś mu te wierszyki i piosenki nie przystają do rzeczywistości, i nawet jeżeli ma solidne oparcie w reszcie rodziny, nie uniknie potwornej samotności w obliczu tęsknoty za tym wyśnionym ideałem.

Nie twierdzę, że dysponuję jakimś złotym rozwiązaniem, które uczyni świat łatwiejszym dla dzieciaków pozbawionych z jakiegoś powodu obecności czy zainteresowania kobiety, które teoretycznie powinna być najważniejszą kobietą w ich życiu. Co więcej, mam w pełni świadomość, że jestem obiektywna – nie zamierzam pisać podobnego felietonu na Dzień Ojca, nie tylko dlatego, że medialne zamieszanie wokół niego jest znacznie mniejsze. Wydaje mi się jednak, że postać nieobecnego czy mającego problemy z używkami ojca pojawia się w naszym kręgu kulturowym często. Ojciec znika, romansuje, upija się, popada w chorobę psychiczną – ale matka, o ile tylko żyje, pozostaje opoką dla całej rodziny. Oczywiście, że tak właśnie jest w wielu domach. I oczywiście, że są też domy, w których jest dokładnie odwrotnie.

Może część mojego zgorzknienia bierze się z tego, że z każdym rokiem coraz mniej wierzę w to, że jakakolwiek miłość może być bezwarunkowa. Ale wszystkim matkom, które tak właśnie kochają swoje dzieciaki – najlepszego.

wtorek, 22 maja 2012

Ideologia i metafizyka nieogolonych pach

To nie będzie jeden z komentarzy zaczynających się od „Nie jestem feministką, ale…” Nie. Oczywiście, że jestem feministką, a w każdym na tyle, na ile jestem w stanie o sobie powiedzieć, że podpisuję się pod jakąkolwiek ideologią albo światopoglądem.

Po kolei. Nigdy nie mogłabym chyba należeć do żadnej partii politycznej. Nie implikuję tu, że każdy, kto zapisuje się do partii, jest dającą prowadzić się biernie owieczką pozbawioną własnego zdania. Niemniej, jeśli już ja osobiście miałabym podpisywać coś swoim nazwiskiem, chciałabym, żeby było to w stu procentach zgodne z moimi poglądami. Niestety, każdy znany mi światopogląd wydaje mi się wybrakowany albo naznaczony jakimiś błędami. Tak więc ideologia moja osobista jest powiększającym się zbiorkiem poglądów z paru różnych worków, i na ogół jest mi z tym dobrze.

Niemniej, do feminizmu jest mi bardzo blisko pod wieloma względami. Obrzydzeniem napawa mnie uprzedmiotowienie kobiet i sprowadzanie ich seksualności do dychotomii madonna/dziwka, denerwują mnie szklane sufity i nierówności płacowe, opowiadam się także całkowicie za tym, co pewnie niektórzy nazwaliby „walką z kościołem”, a co jest według mnie  prawem kobiety do decydowania o własnym ciele. (Walka z kościołem, naprawdę? Przypomina mi się od razu Carly Simon i jej „You’re so vain, you probably think this song is about you”. Ale to temat na zupełnie inny tekst.)

Niestety, jak już napisałam powyżej, nie potrafię odnaleźć się tak do końca w ramach żadnej doktryny, tak więc od czasu do czasu także i feministkom zdarza się napisać coś, z czym się nie zgadzam. Ostatnio niezmiernie zirytował mnie tekst z Guardiana „Ladies: why you should stop shaving” (http://www.guardian.co.uk/commentisfree/2012/may/02/ladies-why-you-should-stop-shaving -  przepraszam za prymitywnie dodawane linki, ale moja przeglądarka ma jakieś dziwne problemy; „LOL GIRL BLOGGERS”, oczywiście). (Mała edycja: przyjaciółka mnie uświadomiła, że pełna historia znajduje się tu: http://vagendamag.blogspot.co.uk/2012/04/hair-not-musical.html , warto się zapoznać z całością.)

Począwszy od samego tytułu, razi po oczach czasownik modalny ‘should’ i jego konotacje. Można go pewnie zinterpretować w tonie dobrej rady, niemniej i tak narzuca się skojarzenie z kimś, kto lepiej od nas wie, co jest dla nas dobre. Zaraz, zaraz, czy nie od tego właśnie ucieczką miała być feminizm? Co z prawem z decydowaniu o własnym ciele, nawet jeśli to wybór tak trywialny, jak używanie bądź nie depilatora? Czyżby wąsatego "wujka dobra rada" podstępnie usiłowała zastąpić ciotka?

Przyznaję się bez bicia: kobiety z nieogolonymi nogami wydają mi się trochę nieestetyczne, mam też oczywiście świadomość, że zostałam do takiego postrzegania „wytresowana” przez współczesne społeczeństwo. No cóż, zostałam też wytresowana, żeby uważać człowieka niemyjącego się przez kilka dni za śmierdzącego a jeszcze dwieście lat temu zapewne nie miałabym z takowym większego problemu. Oczywiście, jest różnica, bo presja dotycząca depilacji dotyczy przede wszystkim kobiet, niemniej trudno nie zauważyć, że standardy estetyczne (także te podwójne) zmieniają się z czasem.

Tylko że w porównaniu z ryzykiem niesionym przez wszechobecność obrobionych w Photoshopie zdjęć modelek, do których porównują się potem młodziutkie dziewczyny z nikłą samooceną, niebezpieczeństwo związane z zamiłowaniem do gładkich nóg wydaje mi się minimalne. Makijaż, depilacja czy farbowanie włosów mogą być uciążliwe, mogą nie być dla każdego, ale demonizowanie ich robi na mnie wrażenie dość absurdalne.

Do głowy by mi oczywiście nie przyszło, by komukolwiek coś narzucać. Jeśli dziewczyna nie lubi się depilować, ma moje pełne błogosławieństwo, na pewno nie będę się też na jej widok ostentacyjnie krzywić, bo nie tak mnie wychowano, właściwie co mnie obchodzi, co komu rośnie na łydkach? Problem zaczyna się momencie, gdy ta łydka zaczyna obrastać ideologią.

Widzę tu pewną rozbieżność z odłamem feminizmu, który mnie osobiście bardzo przypadł do serca. Od 2011 roku urządzane są SlutWalki (http://en.wikipedia.org/wiki/SlutWalk), które w skrócie mają sprzeciwiać się przerzucaniu odpowiedzialności za gwałt na ofiarę i długość jej spódnicy. Można by więc powiedzieć, że owe marsze m.in. bronią prawa kobiety do ubierania się w dowolny sposób bez obawy o swoje bezpieczeństwo. Zostało już zresztą udowodnione (źródło: choćby tu http://www.usu.edu/saavi/docs/myths_realities.pdf), że ewentualna „prowokacyjność” stroju czy zachowania wcale nie zwiększa ryzyka gwałtu, więc ten argument od dawna każdy myślący człowiek powinien umieścić w koszu.

Chciałam się jednak przyczepić do czegoś innego: w moim pojmowaniu idei SlutWalków (które są bliskie mojemu „ideałowi” feminizmu) nie ma miejsca na krytykę kobiet, które lubią się ubierać w sposób „konwencjonalnie” atrakcyjny. Skoro chcemy być traktowane poważnie, jak możemy wzajemnie wytykać się palcami za noszenie minispódniczek albo golenie pach? Nie tym według mnie powinien być feminizm, a z tymi jego gałęziami, które są, nie chcę mieć nic wspólnego. Jedyna ideologia, która choć minimalnie zbliża się do moich własnych poglądów, to taka, która opiera się na prawie wyboru. Pewnie część tych wyborów jest podyktowanych presją społeczną, ale czy naprawdę najbardziej dramatycznym symbolem patriarchatu stał się dzisiaj depilator?

Wracając do artykułu z Guardiana: autorka konkluduje go stwierdzeniem, że zaprzestanie depilacji jest rzuceniem wyzwania jakimś narzuconym z góry, uwarunkowanym genderowo standardom. Czy rzeczywiście tak ma wyglądać ten "important work", który wszystkie kobiety powinny wykonać, żeby żyło się im lepiej? Ośmielę się zauważyć, radosny to będzie dzień, gdy nie będziemy miały poważniejszych zmartwień, niż presja dotycząca gładkiego ciała. Jeśli jednak naprawdę ten dzień już nastał, to chyba pora go uczcić, wydając z tej okazji wielką imprezę. Pozwólcie jednak, że ja przyjdę na nią w sukience i z gładkimi nogami.

sobota, 12 maja 2012

Poliytcznie, bez zacięcia

Ogarnęło mnie w ostatnim czasie tak ogromne zaabsorbowanie własnymi sprawami, że właściwie przestała mnie interesować polityka. Nie podpisałam apelu o uwolnienie Julii, nie urządziłam sobie minuty ciszy nad emeryturą, której pewnie nie doczekam, bo jak fajki i niezdrowy tryb życia mnie nie zabiją, to i tak wcześniej zrobią to nerwy, a słowo „kryzys” najbardziej kojarzy mi się w tym momencie ze stanem mojego własnego życia.

Gardziłam kiedyś ludźmi, którzy nie interesują się polityką. Oczywiście, mając lat –naście, gardzi się z łatwością wszystkim i wszystkimi, począwszy od samego siebie. Niektórzy nawet nigdy z tego nie wyrastają, zostaje im ta pogarda niczym jakiś bardziej wstydliwy odpowiednik ssania kciuka w nocy, w zdumiewający doprawdy sposób czynią z niej nawet sztukę, sposób zarabiania pieniędzy, albo nawet jedno i drugie.

Tak czy inaczej, wydawało mi się swojego czasu, że postawa w stylu „wszyscy kradną” jest niegodna porządnego obywatela, oparta na kompleksach i niedoinformowaniu. Wyewoluowałam od tego czasu na tyle, że już wiem, że wszyscy kradną, bycie porządnym obywatelem nie zamierzam być nawet w marzeniach, a moje zgorzknienie rośnie wprost proporcjonalnie do ilości przyswajanych informacji ze świata i zza płotu.

Niemniej, do dzisiaj czasem drga mi żyłka, kiedy ludzie nie chodzący na wybory krytykują decyzje rządzących. (Dygresja: to akurat może niewiele znaczyć, bo czasami mam wrażenie, że ta żyłka rozedrgała mi się już permanentnie, przechodzi tylko niekiedy w zwodnicze okresy uśpienia). Z drugiej strony, po cholerę się właściwie czepiam? Branie udziału w wyborach nie jest i nie musi być jedynym przejawem działalności obywatelskiej. Są jeszcze akcje, petycje, marsze, blogi (o zgrozo), listy otwarte, organizacje pozarządowe i milion innych rzeczy.

Do rzeczy. Nie dziwi mnie już i nie budzi we mnie ukrytej pogardy zbrzydzenie albo znudzenie tematami politycznymi. Nie jest to też nasza immanentna cecha narodowa, żebym znowu mogła sobie ponarzekać jak mnie ci Polacy denerwują – w końcu dla ogromnej rzeszy Amerykanów ulubionym źródłem informacji są programy satyryczne w rodzaju The Daily Show Jona Stewarta (też lubię). U nas niestety chyba już od dawna nie ma niczego na tym poziomie – był Dziennik telewizyjny, który potem trochę zszedł na psy, potem zniknął z anteny, a Fedorowicz zaczął się produkować w felietonach których jedynym tematem była bojaźń i drżenie przed PiS-em.

Podnieciłam się chwilowo protestami przeciw ACTA, potem i to jakoś przestało mnie interesować, co jak ostatnio wyczytałam w „Polityce” (a jednak!) jest typową dla mojego pokolenia postawą. Może po prostu nie lubię piosenek które już znam („Rejsu” swoją drogą też nie lubię, i nawet nie jest mi z tego powodu wstyd), a czytanie o polityce chwilami przypomina mi serial, którego zakończenie jest dokładnie takie samo z odcinka na odcinek. Czegoś tak nudnego nie wymyśliłaby nawet Ilona Łepkowska (i już chyba nawet w jej scenariuszach są lepsze dialogi).

Nie chcę też jednak kompletnie się odcinać, nie przestanę chodzić na wybory, lubię czasem podpisać jakiś list protestacyjny, kiedy coś mnie dokumentnie wkurzy. Może w tym właśnie ujawnia się u mnie postawa typowo polska – protesty i rewolucje tak, praca u podstaw, niekoniecznie. Mało widowiskowa, przewidywalna i na wskroś przygnębiająca. To ja już chyba wolę pójść na jakiś marsz protestacyjny.

I to już wszystko w dzisiejszym programie.

sobota, 24 marca 2012

Proszę, zejdźmy z siebie nawzajem

Nie, wbrew tytułowi, nie będzie nic a nic o seksie.

Pojawiły się w moim życiu bardzo wcześnie, może nawet kiedy miałam zaledwie cztery lata. W miarę, jak dorastałam, było ich coraz więcej, ale to właściwie dobrze, bo dopiero z czasem nauczyłam się sobie z nimi radzić. Na początku sprawiały bowiem, że czułam się strasznie, miałam bolesne poczucie inności i nie odpowiadania jakiemuś niesamowicie istotnemu standardowi. Wraz z upływem lat zaczęły mi sprawiać pewnego rodzaju perwersyjną przyjemność, bo zrozumiałam, że to wcale nie we mnie tkwi sedno problemu. Dochodzę powoli do etapu, gdzie właściwie już nie umiałabym bez nich żyć, a gdyby zniknęły zupełnie, to uznałabym, że robię ze swoim życiem coś nie tak.

A wyglądały i wyglądają one mniej więcej tak jak poniżej.

Czemu się nie bawisz, tylko czytasz książkę? Czemu taką poważną? Czemu przebrałaś się na szkolną zabawę za kowboja, a nie za księżniczkę? Czemu się nie uśmiechasz, czemu jesteś taka smutna, czym się tak przejmujesz? Przestań się przejmować, to przecież takie proste.

Czemu wybrałaś akurat taki kierunek studiów, co ty będziesz potem robić w życiu? (Występujące także w ekskluzywnej wersji: „Dlaczego nie pójdziesz na prawo i jak możesz w tym wieku farbować włosy?”) Czemu chcesz zostać w rodzinnym mieście, dlaczego nie wyjedziesz do Warszaaaawy albo Krakoooowa? Czemu po trzech latach wyjeżdżasz do Krakowa, dlaczego nie kontynuujesz studiów w rodzinnym mieście? No dobrze, ten Kraków, ale że akurat na tej uczelni?

O boże, zrobiłaś sobie tatuaż? A jak ci się znudzi? A jak będziesz stara, brzydka i obwisła, to co wtedy? (Tu akurat jest jedna tylko odpowiedź: tatuaż będzie moim najmniejszym zmartwieniem.)

Czemu nie masz chłopaka? Czemu nie masz dziewczyny? Spotykasz się z kimś? Ale dlaczego taki stary? Dlaczego nie znajdziesz sobie kogoś w Polsce? Czy z twoim patriotyzmem jest coś nie tak i jak możesz nie lubić bigosu? Czemu chodzisz sama do kina, jak możesz pójść sama na piwo, nie czujesz się wtedy głupio? Czemu ciągle piszesz po angielsku? Czemu nie pojedziesz na Erazmusa albo do UK, bez tego twój angielski nigdy nie będzie taki, no wiesz?

I wreszcie: czemu pijesz tyle kawy, czemu już nie pijesz kawy, czemu pijesz tyle piwa, czemu nic nie pijesz, jak możesz tyle palić, może byś w końcu rzuciła? (Kawę, papierosy, piwo, faceta, niepotrzebne skreślić.)

Trwają wciąż jeszcze moje badania nad ustaleniem, czy krytykanctwo na masową skalę jest specyfiką wyłącznie polską. Nie miałam jak dotąd możliwości prawdziwie naukowego zajęcia się tematem, niemniej ze wszystkich odbytych przeze mnie podróży i rozmów, przeczytanych książek, artykułów i obejrzanych filmów wynika jasno: mało gdzie poziom owego zjawiska jest tak wysoki jak u nas. Nawet by mi w głowie nie postało, żeby apelować w Polsce akurat o tolerancję, apele nic tu nie pomogą, wiele jeszcze musi wody upłynąć, nim coś się zmieni.

Nie, jedyna rzecz, jakiej bym chciała, to żebyśmy niekiedy, w codziennych, najzwyklejszych sytuacjach, potrafili wybaczyć innym osobom, że trochę nie do końca dorastają do wyobrażeń, jakie mamy na ich temat. Żebyśmy choć spróbowali zaakceptować, że inni ludzie czasami, a nawet często, robią rzeczy, które nam osobiście wydają się dziwne, i na ogół nie mają chęci się z tego tłumaczyć. Nie, nie uważam, że każdy, kto daje rady, robi to ze złej woli, i nie, nie wykluczam, że czasem krytykanctwo ma swoje źródło w autentycznej trosce; niemniej, w moim akurat przypadku skutki jego są odwrotnie proporcjonalne do intensywności perswazji. Reakcja znana także pod nazwą "a po to, żebyście się pytali".

Co przypomina mi o ostatnim na dziś pytaniu: czemu ja mam, do cholery, taki paskudny charakter?

wtorek, 13 marca 2012

O pisarzach i rzemieślnikach

Odkryłam przez przypadek rewelacyjną pisarkę. Przypadek wyglądał tak, że jej opowiadania w „taniej książce” kosztowały 3 zł 70 gr., a na okładce było napisane, że podziwiał ją Truman Capote. Powinnam aktualnie czytać Houellebecqa, bo jest mi wstyd, że mam uporczywą skłonność do wymądrzania się na temat jego książek, a nie przeczytałam jeszcze wszystkich, ale niestety mam małą „kosę” z Houellebecquiem odkąd w ubiegłym roku poleciał sobie w kulki i nie przyjechał do Krakowa na Targi Książki. Poddało to moje uczucia do niego dość ciężkiej próbie, a ponieważ mam żeńskie geny, to mimo upływu miesięcy złość jeszcze mi nie przeszła, przyjęła tylko formę biernej agresji.

Tak czy inaczej, pokazałam Panu H. środkowy palec i ochoczo zabrałam się do tomu opowiadań „Proste przyjemności” autorstwa Jane Bowles. Banalne wyrażenie o zanurzeniu się w świat czyichś historii nabrało natychmiast nowego sensu – autorka nie tworzy może własnego świata, ale opisuje przeciętność w sposób, który wywołuje doznania zazwyczaj z nią nie kojarzone. Groza, poczucie alienacji, absolutne przytłoczenie najdrobniejszymi codziennymi sytuacjami, czyli, krótko mówiąc, dobrze znana z lekcji polskiego litość i trwoga.

Nie sam wydźwięk tych opowiadań wydaje mi się jednak najbardziej frapujący. Jane Bowles w ciągu swojego pięćdziesięciokilkuletniego życia stworzyła jedną powieść, jedną sztukę i jeden tom opowiadań. Jak dowiedziałam się z krótkiego eseju na jej temat zamieszczonego na początku kupionej przeze mnie książki, autorka nie znosiła pisania, uważała je za zajęcie wstrętne i męczące. Z jednej strony, jestem w stanie to zrozumieć, bo kiedy człowiek tak dogłębnie jak ona postrzega rzeczywistość w każdym jej nawet najwstrętniejszym detalu, przelewanie tego na papier musi być niebywale wyczerpującym doświadczeniem.

Z drugiej strony, archetyp cierpiącego artysty jest już do cna wyeksploatowany i dla wielu osób stał się on zapewne nieco komicznym reliktem. Nastały bowiem czasy pisarzy bez skrępowania określających siebie mianem rzemieślników i opisujących proces twórczy za pomocą terminów, które można by odnieść do wielu innych zawodów. Często nie są to literaci z najwyższej półki – lubię Stephena Kinga, ale chyba nikt nie skrzywi się na nazwanie go sprawnym rzemieślnikiem, skoro sam siebie tak on określa. Fajne jest to, że pisarze (także polscy, czego dowodzi choćby Marek Krajewski) potrafią z dystansem spojrzeć na uprawiany przez siebie zawód i nie bredzić o porywach natchnienia, skoro cała rzecz sprowadza się dla nich do 5 stron przed pierwszym papierosem i kolejnych 5 po obiedzie. Nie przestają przez to przecież dostarczać nam rozrywki i znakomitych historii.

A jednak, serce rwie mi się do tych dusz umęczonych pisaniem, do tych flaki z siebie wypruwających geniuszy. Wspomniany już Capote na przykład tak oto wypowiadał się na temat powieści „Z zimną krwią” (przepraszam, że po angielsku): „No one will ever know what 'In Cold Blood' took out of me. It scraped me right down to the marrow of my bones. It nearly killed me. I think, in a way, it did kill me.”

Pewnie i w przypadku literatury ambitnej trafiłby się niejeden autor traktujący pisanie jako zwyczajny zawód, może nawet zdarzali się autorzy wybitni z takim podejściem. Ale mnie tłucze się po głowie jedno z napisanych przez Jane Bowles zdań (cytuję z pamięci, więc możliwe nieścisłości): „Była osobą, która potrafiła padać raz za razem na kupę tłuczonego szkła, i za każdym razem równie głośno krzyczeć”. Taki drobiazg, a lepiej opisuje niektóre znane mi osoby, niż całe stronice tworzone przez innych pisarzy. Nie, nie potrafię sobie wyobrazić, że coś tak zmyślnego można napisać w trakcie „porannej zmiany” i że zupełnie nic wspólnego nie ma z tym natchnienie, i że wreszcie można pisać takie rzeczy i wieść całkowicie normalne życie (Jane bynajmniej nie wiodła).

Szanuję rzemieślników, nawet trochę podziwiam rzemieślników za samodyscyplinę, której mnie osobiście brakuje, czytuję rzemieślników z przyjemnością, ale wielbić jestem chyba w stanie tylko artystów, o których wiem, że za swoją sztukę musieli zapłacić jakąś cenę. Carramba, jak to strasznie pretensjonalnie brzmi. A może to wszystko dlatego, że ja sama systematycznie nie jestem w stanie pisać nawet prac na studia, potrzebuję mocnej motywacji albo tzw. "kopa" w wiadomą część ciała, i dopiero w takiej sytuacji jestem w stanie wpaść w kilkugodzinny „szał tworzenia”. I tak oto usprawiedliwiłam własne lenistwo podziwem dla wielkich pisarzy. Quod erat demonstrandum!

środa, 29 lutego 2012

Myśl potargana

Z pewnych względów przypomniałam sobie dzisiaj o mojej pierwszej miłości, przynajmniej z tych, które uznaję za prawdziwe i godne uwzględnienia w tej klasyfikacji. I jakoś tak dotarło do mnie, jak zupełnie różne jest doświadczenie zakochania teraz, w porównaniu do tego, co było osiem lat temu. Wrażenie dysonansu zaowocowało ostatecznie metaforą, która może nie jest jakoś specjalnie wyszukana, ale w końcu od tego mam bloga, żeby się takimi rzeczami dzielić.

Bycie młodą zakochaną przypomina kupienie wielkiej torby cukierków i wepchnięcie sobie ich wszystkich naraz do ust. Ach, ten nagły skok cukru i zawrót głowy, ach ten ból brzucha i nieprzespane noce z głową w muszli klozetowej. Czasem się zastanawiam, czy istnieje w ogóle jakiś sposób uniknięcia tego etapu, ale jedynym rozwiązaniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest podróż w czasie. No, ale wszyscy wiemy jak to się kończy, człowiek omal nie zostaje własnym ojcem tudzież dziadkiem, albo zakochuje się w kobiecie, która zmarła 80 lat temu, albo mało się nie zabija próbując ocalić prezydenta Kennedy’ego, ogólnie dzieją się rzeczy straszne. Nie, nikt mnie nie namówi do podróży w czasie po tym, jak mnie nastraszyła popkultura.

Na szczęście, z wiekiem (wiem, że to śmieszne, żeby mając dwadzieścia kilka lat używać takich wyrażeń, ale chyba nikt nie zaprzeczy że już w tym momencie odczuwa się pewne sprawy inaczej w porównaniu z okresem nastoletnim, co nie zmienia faktu, że pewnie za 30 lat przeczytam te słowa i będę się z nich śmiać, mam przynajmniej taką nadzieję, podobno w Internecie nic nie ginie) następuje jakże przyjemny i przynoszący ulgę proces spowolnienia. Zakochanie nie jest już jak zachłyśnięcie się toffi, które potrafi zakleić usta jak jasna cholera, ale przypomina raczej delektowanie się dobrą kolacją. Oczywiście, czasem trzeba zjeść coś nieprzyjemnego (jak lazania, uwielbiam Garfielda ale lazanii po prostu nie znoszę), czasem się człowiek zakrztusi i łzy staną mu w oczach. Ale tym bardziej jest się potem w stanie docenić te najlepsze dania, i wcale nie ma się ochoty ich pochłonąć wszystkich naraz, tym bardziej, że w pamięci ma się wciąż jeszcze te młodzieńcze noce spędzone na oddawaniu hołdów sedesowi.

Strasznie mi wstyd że porównuję miłość do jedzenia, stawia mnie to chyba w jednym szeregu z autorami odnajdującymi sens życia w słonecznej Toskanii albo w mazurskich lasach (z dwojga złego wolałabym już chyba to drugie, współczuję każdemu, kto po sens życia musiał jechać aż do Włoch, z ręką na sercu mogę obiecać, że jest go tam równie trudno znaleźć, jak gdziekolwiek indziej), z tą drobną różnicą, że ja za moje wypociny nie biorę pieniędzy i wszystko jest pro publico bono. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że według mojej osobistej filozofii, jedzenie nigdy i w żadnych okolicznościach nie jest nie na temat.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Różnice i podobieństwa kulturowe (rozprawka)

Zostałam w ostatnim czasie obdarzona przez los kilkoma okazjami do przeprowadzenia mini-badań komparatystycznych w kwestiach kulturowych. Nie mam w tym kierunku wykształcenia, raczej nigdy mieć go nie będę, a jednak pozwolę sobie ulżyć rozpaczliwej potrzebie wypowiedzenia się – z czego chyba łatwo można wywnioskować, że większość moich doświadczeń było negatywnych. Mówiąc prosto, będę narzekać.

Po pierwsze, dotarło do mnie, jak wielką niedogodnością dla polskiej służby zdrowia jest fakt posiadania przeze mnie ułomnej fizjologii. Inaczej mówiąc, miałam czelność zachorować, do tego nagle, boleśnie i w sposób, który czyniłby dłuższe czekanie na wizytę torturą. Dopiero jednak kiedy dotarłam do przychodni całodobowej, uświadomiłam sobie, że popełniam ogromny nietakt. Pan doktor, nie tylko swoim zachowaniem, ale i w bardzo bezpośrednich słowach, wyraził nieskrępowane rozgoryczenie moim brakiem ogłady. Nasz kontakt ograniczył się ostatecznie do powitania (jednostronnego), pretensji, dlaczego nie poszłam wczoraj do własnego lekarza (dlatego, że wczoraj jeszcze aż tak nie bolało, głupia może wymówka ale kto jest bez winy, niechaj rzuca kamieniem, byle nie w głowę, bo jest mi obecnie potrzebna), milczącego wypisania recepty i pożegnania (jednostronnego).

Dlaczego się czepiam, skoro zostałam przyjęta i dostałam leki? Bo bardzo chciałabym mieć pewność, że jeśli w przyszłości znów będę zmuszona złożyć taką wizytę, może znajdując się w znacznie poważniejszym stanie niż wtedy, albo, co gorsza (mniejsza już o mnie), towarzyszyć będę ważnej dla mnie osobie, przyjmie nas ktoś, kto okaże minimum empatii. Z pierwszej ręki dowiedziałam się, że są w Europie kraje, gdzie ludzkie zachowanie jest standardem, a lekarze nie zachowują się jak roboty do wypisywania recept. 

Nie marudzę jednak tylko z pobudek humanitarnych – przeraża mnie przede wszystkim polski brak profesjonalizmu. Nie otrzymałam od pana doktora absolutnie żadnych dodatkowych informacji na temat dość silnego antybiotyku, który mi przepisał. Owszem, miałam szczęście być pod opieką osoby kompetentnej, która pomogła mi ustalić jak często brać leki czy jakich napojów unikać – szkoda tylko, że nie był nią lekarz. Oczywiście, jest Internet i są ulotki dołączone do opakowań, wszystko mogę sobie sama posprawdzać i mieć nadzieję że niczego nie przeoczyłam, czego ja właściwie jeszcze chcę, u diabła?

Żeby uniknąć oskarżeń o antypolskość, dodam szybko, że żenujący brak profesjonalizmu nie jest unikalną cechą ani Polski, ani nawet służb zdrowia jako takich. Wkrótce po moich przygodach u lekarza, miałam nieszczęście pojechać do Belgii. Podróżowanie po tym kraju na własną rękę jest absolutnie tragicznym pomysłem, jest to jeden z nielicznych przypadków, gdy już lepiej wyjechać na zorganizowaną wycieczkę, spać w autokarze z głową na własnych kolanach, słuchać nudnego przewodnika i skarg pretensjonalnych pań z Poznania. (Uwielbiam Poznań i nie mam nic do poznaniaków, po prostu tak się złożyło że najbardziej antypatyczni turyści jakich w życiu poznałam byli z Poznania i powstał w mojej głowie pewien krzywdzący archetyp.)

Lista zażaleń zatem. Belgia nie ma transportu publicznego który funkcjonowałby w godzinach wieczornych, taksówkarze zdzierają (co może brzmieć jak tautologia, ale nie w Belgii) i ciężko ich złapać. Dotarcie gdziekolwiek pieszo graniczy z cudem, jedyne mapy rozstawione na dworcach to mapy samego dworca, kierujące nas do punktów informacji, które i tak są nieczynne. Kasjerzy uważają za wybitny akt łaski samą sprzedaż biletu (brzmi znajomo?), a kioskarze, którym próbuje się zapłacić kartą, patrzą na nas jak na przybyszów z trzeciego świata i natychmiast odmawiają, mimo że portal ewidentnie jest gotowy do użytku.

Co więcej, to zabrzmi jak truizm, ale perony kolejowe są równie paskudne jak w Polsce, palić można tam wszędzie, co teoretycznie powinno mnie akurat cieszyć, tylko że betony zasłane petami wcale nie wyglądają fajnie, no ale kogo obchodzą śmieci, skoro mamy RECYKLING na każdym cholernym kroku. Wspomniałabym jeszcze o hostelach z brakiem możliwości regulacji temperatury wody pod prysznicem, o Arabach przeczesujących ulice nocami w poszukiwaniu Europejek które nachalnie zapraszają na „disco”, ale konkluzja staje się już chyba jasna i bez tego. Belgia jest jak stary, popsuty mebel pomalowany ładną farbą, która odłazi płatami po najmniejszym skrobnięciu paznokciem. Może to i lepiej, że turyści są stamtąd odstraszani już od samego momentu przybycia, żałuję, że nie dałam się odstraszyć skutecznie.

Podsumowując, bo muszę przecież udawać, że wszystkie te obserwacje łączy jakaś myśl przewodnia, są kraje, które nie lubią turystów i wcale się z tym nie kryją, są i takie, które szczerą niechęcią pałają do własnych obywateli. Nie miałam na szczęście okazji zachorować w Belgii (może jedynie na kaca po nadmiernej ilości Chimaya, piwo trzeba im przyznać robią dobre), ale nie mogę się wyzbyć perwersyjnej ciekawości, jaka jest tamtejsza służba zdrowia, skoro pod tak wieloma względami kraj ten przypomina Polskę.

Niestety, jedyny Belg jakiego miałam w życiu okazję bliżej poznać był niezmiernie dziwnym człowiekiem – zazwyczaj jest to z moich ust komplement, ale proszę mi wierzyć, nie w tym wypadku, tym razem chodzi o dziwność z gatunku „jaka szkoda że się poznaliśmy”. Nie mam więc kogo zapytać i na razie pozostawiam temat otwarty. Na koniec proszę mi wybaczyć małe odstępstwo od zasady nie używania angielskiego, ale nie mam wyjścia: droga Belgio, go recycle yourself.

piątek, 27 stycznia 2012

Odrobina magii

Mam straszliwą obawę, że w poniższej notce będę brzmieć jak Natchniona Licealistka. Najbardziej na świecie chyba nie chcę być Natchnioną Licealistką. Już raz w życiu nią byłam (dziękować Bogu, w wyznaczonym do tego przedziale czasowym) i wystarczy. Próbuję sobie ułożyć w myślach listę osób zajmujących się profesjonalnie albo hobbystycznie pisaniem, których nie chciałabym przypominać jeszcze bardziej, i przychodzi mi do głowy Salman Rushdie.

To nie żadna prowokacja, tylko smutne wyznanie: Salman Rushdie jest być może numerem jeden na liście moich wrogów (co oczywiście nie jest równie przykre, co fatwa, ale jednak), będąc jedynym powieściopisarzem, który potrafił sprawić, że poczułam się głupia jak but. Bywały już książki, których nie dokańczałam, książki, przy których musiałam się wysilić aż do przegrzania obwodów, ale „Szatańskimi wersetami” miałam chęć po prostu rzucić o ścianę. Najwyższy możliwy stopień frustracji czytelniczej. Salmanie, jeszcze się kiedyś spotkamy, muszę tylko stać się mądrzejsza o jakieś 30 lat.

A cóż to była za dygresja niepowiązana z niczym? Mózgu, skup się. Tak więc, myślałam ostatnio sporo o tych nieoczekiwanych chwilach w życiu, które nie mają w sobie pozornie nic epickiego (żadnych pocałunków w deszczu, proszę), a jednak stają się kołem zamachowym… czegoś. Nie chodzi mi tutaj o zmianę – kojarzy mi się ona z czymś niedobrym i wymuszonym - ale raczej o przesunięcie i gotowość korekty. Może ona być spowodowana jednym, jedynym wypowiedzianym albo napisanym przez kogoś zdaniem na dowolny temat – doświadczasz tego, i nagle pojawia się to ledwo uświadomione odczucie, że kolory wokół ciebie trochę się zmieniły.

Uwaga, nadchodzi nieco tandetna analogia: porównałabym to doznanie do tatuażu. Może być maleńki i mało widoczny, ale jednak odbija to cholerstwo permanentny ślad na skórze, a usunięcie go jest bardzo bolesne i pozostawia blizny albo zmienia na jakimś małym obszarze kolor skóry. Jeżeli wystarczy ci odwagi, żeby go nie usuwać, będziesz go widzieć przynajmniej kątem oka już do końca życia.

Osobiście, lubię straszliwie te momenty uświadomienia, ekscytują mnie one niesamowicie i jestem wręcz od nich uzależniona. Tak samo jak niemal uzależniona jestem od ludzi, którzy potrafią mnie wyciągnąć z mojej normalnej strefy komfortu i zabrać na spacer po zupełnie nieznanych mi terenach. Czasem może nawet nieświadomie, wyrywają mnie z pseudobłogiego samozadowolenia i dają w ten sposób coś niebywale cennego.

Wcale nie będzie to żadna permanentna życiowa zmiana, wiem dobrze, że kolejnego dnia wstanę i będzie to samo – Trójka, herbata, łóżko pościelić, ząbki umyć – a jednak pozostanie we mnie ta nowa myśl, dobra czy zła, i będzie się rozwijać, i kroczyć w czasem zupełnie zapewne przez nadawcę niezamierzonych kierunkach. Sama nie wiem, czy to jest bardziej pogoń za nowością, czy za własnym rozwojem. Ale, nie umniejszając w niczym Chwilom Epickim (no już niech będzie ten cholerny deszcz mieszający się ze łzami), kocham te chwile bardziej niż moją kolekcję płyt Dylana. Który też swoją drogą dał mi parę razy po łbie.

Drogi Czytający To Człowieku: jeżeli kiedykolwiek sprawiłeś, że nabrałam nagłej potrzeby przeanalizowania jakiegokolwiek aspektu mojego życia albo interesujących mnie spraw, jeżeli kiedykolwiek dałeś mi impuls, żeby się zatrzymać i pobawić zupełnie nieoczekiwaną refleksją… z głębi swojego zdziwaczałego, nieodpowiedzialnego serca, dziękuję. Postaram się któregoś dnia, jeżeli tylko będę  dostatecznie wyspana i nie skacowana, odwdzięczyć Ci się tym samym.

środa, 18 stycznia 2012

Powieść jak marzenie

Moja radość z akceptacji (bardzo, bardzo mizernego) początku mojej pracy magisterskiej przez panią promotor nie mogła się oczywiście wyrazić inaczej, jak głęboką potrzebą napisania czegoś zupełnie innego. Z niedostatku talentu i z lenistwa, będzie to wpis na blogu, ale w Idealnym Świecie, do którego portalu wciąż jeszcze nie udało mi się odkryć (a podobno ktoś go kiedyś znalazł, w szemranym barze po wielu, wielu drinkach… ale może to tylko miejska legenda) piszę swoją wymarzoną powieść.

Brakuje mi fabuły, konkretnych bohaterów i szerszego tematu. A, i może jeszcze talentu, ale o tym już wspomniałam. Niestety, mam tylko słodko-gorzką garstkę doświadczeń i przemyśleń życiowych które chciałabym tam zawrzeć. Nie będę się tutaj na ich temat rozwodzić, bo ktoś mi jeszcze podkradnie te moje perełki mądrości, które tak bardzo są przecież oryginalne i nie występujące w naturze.

Zaraz, a może jednak nie są. Lepiej się chyba nad tym nie zastanawiać.

Będąc dziewczęciem młodszym jeszcze niż obecnie, miałam tych pomysłów całkiem sporo. Niektóre zaowocowały przeciętnymi opowiadaniami, niewiele lepszymi wierszami, w jednym wypadku nawet mini-powieścią detektywistyczną, ale jest im wszystkim tak daleko do tej mojej wymarzonej Wielkiej Epickiej, jak poziomowi humoru w polskich komediach do seriali HBO. (Przepraszam. Musiałam. A nawet jeśli nie musiałam, to chciałam.)

Przyrodzone gatunkowi ludzkiemu lenistwo każde mi także wzdrygać się przed koniecznością zbierania informacji (jakże gładko ominęłam pułapkę użycia słowa „research”). Oczywiście, można sobie poradzić bez tego, na przykład jeśli pisze się sagę „Zmierzch”, ale moje marzenia obejmują nie tylko sam akt twórczy, ale i jego równie rozkoszne konsekwencje takie jak publikacja, przeciętne choćby uznanie ze strony krytyków, a w najmniej korzystnym dla mnie scenariuszu, przynajmniej nie bycie uznaną za idiotkę bez talentu realizującą swoje nastoletnie fantazje.

Oczywiście, każdy pisarz w jakimś chyba stopniu traktuje tworzenie jako realizację fantazji, cały myk jednak w tym, żeby to zrobić dyskretnie i żeby zbyt wiele osób się nie domyśliło. Nie wspomnę już o tym, że moja powieść nie obyłaby się zapewne bez scen erotycznych, a na samą myśl o tym, że miałaby je czytać moja rodzina, czuję się gorzej niż po przejedzeniu w wigilijny wieczór. A jeśli, co gorsza, nawet oni nie będą chcieli czytać? A jeśli nie przeczyta nikt i cholerstwo wyląduje na wieki w mojej szufladzie? To po to męczyłam swój kręgosłup, mordując tylko dodatkowo wadę którą mam od dzieciństwa, nie poszłam na imprezę w ostatni piątek i zawaliłam terminy na studiach?? Tyle problemów naraz, nie, chyba nie zacznę dziś pisać.

Podsumowując, przeraża mnie i pociąga jednocześnie wizja długich godzin spędzonych nad komputerem i próby wykreowania własnego świata. Napisawszy teraz to zdanie, zdałam sobie sprawę, że właściwie to tak właśnie spędzam większość swoich dni, tylko że żadna powieść z tego nie powstaje. Złośliwość losu!

sobota, 14 stycznia 2012

Czekając aż załaduje się e-papieros

Ostrzeżenie: poniższy post nie będzie zrozumiały dla nikogo, kto uważa, że papierosy są wyłącznie wstrętne, obrzydliwe i śmierdzą. Na przykład dla osób takich, jak mężczyzna w którym miałam nieszczęście być zakochana w ubiegłym roku, który potrafił na podstawie samego zapachu kołnierza mojej kurtki podać markę palonych przeze mnie papierosów. Krzywiąc się przy tym niemiłosiernie, rzecz jasna.

Nie, to jest post dla tych, którzy lubią zacząć swój dzień od małej fajki albo dwóch. Oczywiście, jesteśmy obrzydliwi i śmierdzimy, ale w jakimś chyba sensie tworzymy rodzaj wspólnoty, prawda? Zadymionej, dusznej i zmuszonej do bezustannego wysłuchiwania, jak to rujnujemy swoje zdrowie.

Tak, w ubiegłym roku uzależniłam się od papierosów. Można by podać wiele przyczyn (brawo, Sherlocku, mężczyzna wspomniany w pierwszym paragrafie mógł tam odegrać niejaką rolę), ale właściwie po co? O negatywach można sobie przeczytać na pierwszym lepszym portalu zdrowotnym, a ja właśnie chciałam tak lekko demoralizująco o tym, co mnie w paleniu pociąga.

Ale po kolei. Żeby trochę podratować swoje systematycznie rujnowane zdrowie, sprawiłam sobie e-papierosa, ze względu na to że jest smaczny i zdrowy. Zdrowszy. Do tego nie śmierdzi, nie zatruwa i ogólnie to alleluja, już żaden facet nie będzie się krzywił (ewentualnie – i co dość prawdopodobne – znajdzie sobie do krzywienia inny powód). Proste?

Nie. Bo jak wszystkie substytuty, zdrowe, koszerne i legalne, e-papieros jest pozbawiony duszy. I znów, nie zrozumie tego nikt kto uważa jedynie że zapach zwyczajnych papierosów jest ohydny. Dla mnie jest on źródłem niemal metafizycznej ekscytacji. Na pewno w jakimś stopniu ukształtowała mnie kultura, te wszystkie uromantycznione ujęcia znanych pisarzy i aktorów z fajką zwisającą nonszalancko z kącika ust, że już nie wspomnę o femmes fatales, dmuchających w twarz dymem uwodzonym przez siebie nieszczęśnikom. Dziś próbuje się te sceny sterylizować, pewnie już niebawem nawet James Dean zostanie zgwałcony Photoshopem i pozbawiony jednego ze swoich głównych atrybutów. Ale mnie ta oldschoolowa dekadencja pociąga.

Tak, nie można zaprzeczyć, że palenie jest niezdrowe i w jakimś sensie odrażające. Releguje się nas do sal dla palących, niechętnie wydzielonych kącików dla palaczy, do tych małych gett gdzie możemy wzajemnie się zatruwać nie robiąc nikomu przykrości. Nie mam o to pretensji, zawsze mogę przecież wyjąć swojego e-papierosa i zrobić to smacznie i zdrowo, a ewentualnemu adoratorowi dmuchnąć w twarz bezpłciową parą wodną. Ale kiedy będę mieć potrzebę doznania, czy kiedy będę chciała nawet tylko pobudzić się przed pisaniem magisterki, i tak pobiegnę do Żabki po najtańsze fajki. Rzucajcie na mnie gromy i każcie mi wyjść na zewnątrz, ja po prostu jestem niereformowalna.

Jak dobrze, że mamy internet. Przynajmniej mogę sobie powiedzieć, że w końcu ludzie miewają fetysze znacznie bardziej obrzydliwe niż ten mój nieszczęsny nikotynowy. A któregoś dnia i tak rzucę...

środa, 11 stycznia 2012

Obrączka menela


To nie była chwila magiczna ani przywracająca wiarę w (nad) przyrodzoną dobroć natury ludzkiej. Nie było romantyzmu, był tylko autobus jak na standardy krakowskie zatłoczony w stopniu umiarkowanym. I potworny, potworny smród którego źródłem był menel objuczony pustymi puszkami. Jego strój wskazywał wyraźnie na wielotygodniowy brak kontaktu z proszkiem do prania, i przyznaję, że na mojej twarzy mimowolnie ukazał się grymas. Wpaja się nam ten szacunek do drugiego człowieka, gdzieś tam człowiek ma zakodowane, że menel też człowiek i minimum respektu mu się należy, a jednak… Ten odruch się pojawia zanim jeszcze zdąży się go zarejestrować, a co dopiero nad nim zapanować.

Nie wiem skąd ten człowiek przyszedł, nie wiem dokąd zmierzał. Wiem tylko, że kiedy wyciągnął swoją (brudną, a jakże, ale przecież nie chodzi w tej notce o to aby odmieniać słowa „brud” i „smród” przez wszystkie przypadki) dłoń, żeby nacisnąć guzik otwierający drzwi, coś nagle błysnęło przed moimi oczami. Nie, nie był to zabłąkany promień słońca, który przydałby nadziei temu smutnemu obrazkowi – było to coś w pewnym sensie o wiele bardziej tandetnego. Na serdecznym palcu menela tkwiła mała obrączka.

Jako osoba obdarzona wybujałą wyobraźnią, mogłabym wysnuć tysiąc rzewnych historii na temat tej obrączki. Nie wiem nic o tym człowieku i nigdy się nie dowiem, a jednak, pomimo usilnych starań, napełnił mnie jakąś durną tkliwością. Wyjaśnienie może być bardzo proste, pewnie obrączka jest wykonana z tak tandetnego materiału, że jej wartość nie umywałaby się do brzęczącego worka. A może jednak nie. A może… może… Znów w mojej głowie rodzą się sentymentalne scenariusze i ogarnia mnie idiotyczne wzruszenie. A od dawna nie wierzę już, że amor vincit omnia.

Tak oto potraktowałam tego człowieka instrumentalnie, czyniąc go nośnikiem swojego zdychającego idealizmu.