Pisałam już kiedyś o rozstaniach i o tym, jak bardzo utrudnia solidne
usunięcie kogoś ze swojego życia współczesna technologia. Dziś jednak naszły mnie
myśli dotyczące bardziej namacalnych pozostałości romansu, które zazwyczaj nawarstwiają się wprost proporcjonalnie do długości jego trwania. Mnie po
ostatnim, długodystansowym (odległościowo), ale niezbyt długim (czasowo) związku,
pozostał przede wszystkim bezprzewodowy internet, dwa szaliki w szkocką kratę i
proszek do udrażniania rur. Po kolei.
Z internetem przerąbane, bo jaka szanująca się uzależniona od portali
społecznościowych osoba wyrzuciłaby tak po prostu wraży router przez okno?
Naprawdę bardzo lubię mieć możliwość wejść na Fejsika leżąc w łóżku, i kto to w ogóle słyszał, żeby pisać pracę magisterską na siedząco?
Rozwiązanie: opanować pozycję dystansu w stosunku do owego routera, i nawet kiedy
czasem podczas przenoszenia laptopa do łóżka na krawędzi świadomości pojawi się zarys
myśli o tym, komu zawdzięczam tę możliwość, zatłuc bez litości jak pająka w wannie. Tym bardziej nie chcę sobie wyobrażać, co będzie, jeśli coś zacznie szwankować i będę
musiała tłumaczyć panu technikowi, że ja nic nie wiem, to instalował mój były chłopak, który nie
dość, że nie mówi po polsku, to do mnie nie odzywa się już w żadnym języku.
Jeszcze gorzej z szalikami, które są przedmiotami o charakterze znacznie
bardziej osobistym i wściekle nacechowanym emocjonalnie, czytaj: aktualnie ich widok wywołuje u mnie efekt
gorszy niż „Titanic” i „Trędowata” razem wzięte. Na szczęście, póki co
mamy gorące lato a szmatki owe mają charakter jesienno-zimowy, pozostaje więc mieć
nadzieję, że nim liście rozpłomienią się na dobre, serce zdąży się już nieco
scalić i będę mogła znowu robić szał tartanem MacDonaldów. Alternatywne rozwiązania na wypadek, jakby się jednak nie zagoiło:
spalić, oddać, zakopać w ziemi, tylko proszę, niech nikt mi nawet nie wspomina o
Allegro - jedyna korzyść finansowa, jaką moje wysoko rozwinięte poczucie moralności
pozwoliłoby mi odnieść z rozstania, to tantiemy z Wybitnej Powieści o Trudnych
Związkach, do której może mnie wreszcie (!) zainspiruje.
I jeszcze ten cholerny proszek. Dopóki nie pojawił się On, żyłam sobie
radośnie z pozatykanymi zlewami i wanną, kompletnie się nie zastanawiając nad
marnością swojej egzystencji. Niestety, mieszkanie z kimś przez kilka dni
poza porywami ciała i ducha oznacza także, jak się okazało (nie śmiać się, byłam troszkę nieuświadomiona), że kupujemy razem papier toaletowy i „kreta”. Macie
pojęcie, jakie to uczucie, doznawać bolesnego drżenia serca przy każdym
udrażnianiu odpływu? I co, może ów wspaniały wynalazek też mam wyrzucić i
polecieć do Carrefoura po nową butelkę? Jak dobrze, że przynajmniej papier
toaletowy nie przetrwał tak długo, to dopiero groziłoby
bolesnymi dylematami…
A poważnie mówiąc, szkoda mi tak naprawdę każdego przedmiotu, wiadomości czy zdjęcia, niezależnie
od tego, jaki los postanowię im ostatecznie zgotować – bo każda z tych rzeczy
nosi na sobie jakieś piętno silnego uczucia, i dla idiotycznie sentymentalnych
ludzi takich jak ja pożegnanie się z nimi jest niemal bardziej bolesne niż to
„właściwe” rozstanie. Może dlatego, że w przeciwieństwie do osoby, z którą
zrywamy, która okazała się taka-i-owaka, i zawiodła i zraniła, przedmioty i
wiadomości są na zawsze niewinne, trochę zaklęte w czasie, należące wyłącznie
do tej bardziej radosnej, prostszej i pełnej nadziei przeszłości, która je
zrodziła. I nie ma najmniejszego znaczenia, że potem już wszystko, wszystko poszło źle.
Tak oto zaklęłam magię w proszku do udrażniania rur.
Ty brutalu Ty! kto to widział tłuc biedne pająki bez litości??? Cóż one Ci winne? Straszne straszne straszne to!
OdpowiedzUsuń/Elda(ale za cholerę o tej porze mi się nie chce logować i szukać hasła)
Czy ja kiedyś twierdziłam że jestem pozbawiona wad i słabości? :-*
UsuńNotka ta rozczuliła mnie do cna :) Bardzo celna ;) Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńDziękuję czytelnikowi/czytelniczce! :)
Usuń