niedziela, 7 października 2012

Zabierzcie ten wehikuł czasu



Chociaż zdarza mi się patrzeć z sentymentem w przeszłość (nawet i na tym blogu: http://girl-who-played-with-fire.blogspot.com/2012/07/latom-90-tym-z-mioscia.html), dumać o metafizyce gumy Donald oraz kaset wideo, nostalgii mojej nie budzi osoba, którą byłam jeszcze kilka lat temu. Ta z lat wczesnego dzieciństwa może bardziej, trudno nie mieć słabości do szkraba, który w wieku czterech lat nauczył się czytać i cztery lata później postanowił przeczytać „Przeminęło z wiatrem”, mały kochany nerdzik – natomiast myśl o mojej personie sprzed lat, dajmy na to, czterech czy nawet dwóch, wywołuje we mnie jedynie bezmierną irytację.

Nie rozumiem osób, które marzą, żeby znowu mieć –naście lat. Może zrozumiem lepiej, kiedy będę mieć ich na przykład osiemdziesiąt, a nie dwadzieścia cztery – ale naprawdę, co jest fajnego w byciu nastolatkiem? Bezdenna głupota i niedoświadczenie życiowe dawały znać o sobie na każdym kroku, a fakt, że byłam ich nieświadoma, jeszcze potęgował bolesność wstrząsu. Do zamieszczonej niedawno na HuffPo listy „mądrości życiowych” 25-latek (http://www.huffingtonpost.com/emma-gray/25-things-i-know-now-that-im-turning-25_b_1726642.html) mogłabym dopisać jeszcze ze sto własnych rzeczy, łudzę się, że parę może nawet trochę bardziej celnych niż tamte.

Tak czy inaczej, strasznie lubię swoją powoli postępującą dojrzałość. Cieszę się, że słowa Borgesa o subtelnej różnicy między trzymaniem kogoś za rękę a krępowaniem duszy (bardzo, bardzo wolne tłumaczenie wiersza „You Learn”) nie są już dla mnie tylko pustymi słowami i zastanawiam się czasem, ilu idiotyzmów w swoim życiu mogłabym uniknąć, gdybym zrozumiała je wcześniej. Z drugiej strony – zrozumienie przyszło oczywiście tylko i wyłącznie dzięki doświadczeniom. Błędne koło – niestety, literatura pomaga zrozumieć pewne mechanizmy tego, co nas spotyka, ale na ogół dopiero po fakcie (podobnie rzecz ma się z radami mądrzejszych od nas osób).

Cieszę się, że potrafię docenić różne rodzaje miłości, że nauczyłam się nie wartościować, tylko po prostu akceptować ich wszelakie osobliwości. Cieszę się, że chociaż nadal nie zawsze potrafię odróżnić miłość od tego, co nią nie jest, to nie traktuję już jako osobistej zniewagi, jeśli ktoś wprowadzi mnie w błąd. Podobnie jest ze świadomością, że za spełnienie czyichś marzeń często nie spotka mnie żadna nagroda. Pewne rzeczy po prostu są, trudno, idziemy dalej.

Smutek jest jednak potrzebny i dobry, nawet poczucie upokorzenia nie jest upokarzające samo w sobie – można je wykorzystać, żeby czegoś się nauczyć i stać się silniejszą osobą, ale można też po prostu nakryć się kocem, wziąć do ręki Houellebecqa i przez dłuższą chwilę kontemplować własny smutek i obrzydzenie rzeczywistością. Uwielbiam scenę, w której bohater serialu „The Newsroom” stwierdza, że ma dość ludzi każących mu po prostu „zapomnieć” o trudnym doświadczeniu. „Pieprzcie się,” – mówi – „nie wiecie, co naprawdę jest w mojej głowie”. To nie zawsze jest właściwy moment żeby „wziąć się w garść”, czasami potrzeba więcej niż wieczoru z pudełkiem lodów i komedią romantyczną, żeby zacząć choćby kontemplować nowy etap życia. Walczmy o swoje prawo do kryzysów egzystencjalnych!

Doceniam jednak każdy bolesny moment i nauczkę, doceniam, że będzie ich jeszcze wiele i rozumiem już, że jestem w stanie znieść je wszystkie. Mam wrażenie, że będąc młodszą, kompletnie nie potrafiłam docenić jak niesamowite jest posiadanie przyjaciół i osób, z którymi można przeprowadzić autentyczną rozmowę, niekoniecznie w dramatycznych okolicznościach, niekoniecznie o trzeciej w nocy, niekoniecznie nad butelką wina. Pewne rzeczy przyjmowałam kiedyś za pewnik, teraz już jakoś nie potrafię. I wbrew temu, co głosi mądrość demotywatorowo-złotomyślowa, fakt, że ktoś przestał być przyjacielem, nie oznacza, że nigdy nim nie był. Czy to ludzie się zmieniają, czy tylko okoliczności? Tego jeszcze nie wiem, ale prowadzę w tym kierunku intensywne badania i może kiedyś i to zdołam sobie poustawiać w głowie.

Za nic w świecie nie cofnęłabym czasu, wcale nie tylko dlatego, że nastraszył mnie Stephen King swoim „Dallas ‘63”. Szkoda by mi było energii na naprawianie starych błędów, chyba jednak wolę dobrze się bawić popełniając nowe.

2 komentarze:

  1. To, że tekst jest dobrze napisany, nie stanowi żadnej nowości. To, że czuję wręcz bliźniaczo, już tak.:) Wiesz, że lubię Cię czytać.;)
    AW (ta od ogoniastych dzieci ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, pozdrowienia od koleżanki od szczekających. ;)

      Usuń