wtorek, 22 maja 2012

Ideologia i metafizyka nieogolonych pach

To nie będzie jeden z komentarzy zaczynających się od „Nie jestem feministką, ale…” Nie. Oczywiście, że jestem feministką, a w każdym na tyle, na ile jestem w stanie o sobie powiedzieć, że podpisuję się pod jakąkolwiek ideologią albo światopoglądem.

Po kolei. Nigdy nie mogłabym chyba należeć do żadnej partii politycznej. Nie implikuję tu, że każdy, kto zapisuje się do partii, jest dającą prowadzić się biernie owieczką pozbawioną własnego zdania. Niemniej, jeśli już ja osobiście miałabym podpisywać coś swoim nazwiskiem, chciałabym, żeby było to w stu procentach zgodne z moimi poglądami. Niestety, każdy znany mi światopogląd wydaje mi się wybrakowany albo naznaczony jakimiś błędami. Tak więc ideologia moja osobista jest powiększającym się zbiorkiem poglądów z paru różnych worków, i na ogół jest mi z tym dobrze.

Niemniej, do feminizmu jest mi bardzo blisko pod wieloma względami. Obrzydzeniem napawa mnie uprzedmiotowienie kobiet i sprowadzanie ich seksualności do dychotomii madonna/dziwka, denerwują mnie szklane sufity i nierówności płacowe, opowiadam się także całkowicie za tym, co pewnie niektórzy nazwaliby „walką z kościołem”, a co jest według mnie  prawem kobiety do decydowania o własnym ciele. (Walka z kościołem, naprawdę? Przypomina mi się od razu Carly Simon i jej „You’re so vain, you probably think this song is about you”. Ale to temat na zupełnie inny tekst.)

Niestety, jak już napisałam powyżej, nie potrafię odnaleźć się tak do końca w ramach żadnej doktryny, tak więc od czasu do czasu także i feministkom zdarza się napisać coś, z czym się nie zgadzam. Ostatnio niezmiernie zirytował mnie tekst z Guardiana „Ladies: why you should stop shaving” (http://www.guardian.co.uk/commentisfree/2012/may/02/ladies-why-you-should-stop-shaving -  przepraszam za prymitywnie dodawane linki, ale moja przeglądarka ma jakieś dziwne problemy; „LOL GIRL BLOGGERS”, oczywiście). (Mała edycja: przyjaciółka mnie uświadomiła, że pełna historia znajduje się tu: http://vagendamag.blogspot.co.uk/2012/04/hair-not-musical.html , warto się zapoznać z całością.)

Począwszy od samego tytułu, razi po oczach czasownik modalny ‘should’ i jego konotacje. Można go pewnie zinterpretować w tonie dobrej rady, niemniej i tak narzuca się skojarzenie z kimś, kto lepiej od nas wie, co jest dla nas dobre. Zaraz, zaraz, czy nie od tego właśnie ucieczką miała być feminizm? Co z prawem z decydowaniu o własnym ciele, nawet jeśli to wybór tak trywialny, jak używanie bądź nie depilatora? Czyżby wąsatego "wujka dobra rada" podstępnie usiłowała zastąpić ciotka?

Przyznaję się bez bicia: kobiety z nieogolonymi nogami wydają mi się trochę nieestetyczne, mam też oczywiście świadomość, że zostałam do takiego postrzegania „wytresowana” przez współczesne społeczeństwo. No cóż, zostałam też wytresowana, żeby uważać człowieka niemyjącego się przez kilka dni za śmierdzącego a jeszcze dwieście lat temu zapewne nie miałabym z takowym większego problemu. Oczywiście, jest różnica, bo presja dotycząca depilacji dotyczy przede wszystkim kobiet, niemniej trudno nie zauważyć, że standardy estetyczne (także te podwójne) zmieniają się z czasem.

Tylko że w porównaniu z ryzykiem niesionym przez wszechobecność obrobionych w Photoshopie zdjęć modelek, do których porównują się potem młodziutkie dziewczyny z nikłą samooceną, niebezpieczeństwo związane z zamiłowaniem do gładkich nóg wydaje mi się minimalne. Makijaż, depilacja czy farbowanie włosów mogą być uciążliwe, mogą nie być dla każdego, ale demonizowanie ich robi na mnie wrażenie dość absurdalne.

Do głowy by mi oczywiście nie przyszło, by komukolwiek coś narzucać. Jeśli dziewczyna nie lubi się depilować, ma moje pełne błogosławieństwo, na pewno nie będę się też na jej widok ostentacyjnie krzywić, bo nie tak mnie wychowano, właściwie co mnie obchodzi, co komu rośnie na łydkach? Problem zaczyna się momencie, gdy ta łydka zaczyna obrastać ideologią.

Widzę tu pewną rozbieżność z odłamem feminizmu, który mnie osobiście bardzo przypadł do serca. Od 2011 roku urządzane są SlutWalki (http://en.wikipedia.org/wiki/SlutWalk), które w skrócie mają sprzeciwiać się przerzucaniu odpowiedzialności za gwałt na ofiarę i długość jej spódnicy. Można by więc powiedzieć, że owe marsze m.in. bronią prawa kobiety do ubierania się w dowolny sposób bez obawy o swoje bezpieczeństwo. Zostało już zresztą udowodnione (źródło: choćby tu http://www.usu.edu/saavi/docs/myths_realities.pdf), że ewentualna „prowokacyjność” stroju czy zachowania wcale nie zwiększa ryzyka gwałtu, więc ten argument od dawna każdy myślący człowiek powinien umieścić w koszu.

Chciałam się jednak przyczepić do czegoś innego: w moim pojmowaniu idei SlutWalków (które są bliskie mojemu „ideałowi” feminizmu) nie ma miejsca na krytykę kobiet, które lubią się ubierać w sposób „konwencjonalnie” atrakcyjny. Skoro chcemy być traktowane poważnie, jak możemy wzajemnie wytykać się palcami za noszenie minispódniczek albo golenie pach? Nie tym według mnie powinien być feminizm, a z tymi jego gałęziami, które są, nie chcę mieć nic wspólnego. Jedyna ideologia, która choć minimalnie zbliża się do moich własnych poglądów, to taka, która opiera się na prawie wyboru. Pewnie część tych wyborów jest podyktowanych presją społeczną, ale czy naprawdę najbardziej dramatycznym symbolem patriarchatu stał się dzisiaj depilator?

Wracając do artykułu z Guardiana: autorka konkluduje go stwierdzeniem, że zaprzestanie depilacji jest rzuceniem wyzwania jakimś narzuconym z góry, uwarunkowanym genderowo standardom. Czy rzeczywiście tak ma wyglądać ten "important work", który wszystkie kobiety powinny wykonać, żeby żyło się im lepiej? Ośmielę się zauważyć, radosny to będzie dzień, gdy nie będziemy miały poważniejszych zmartwień, niż presja dotycząca gładkiego ciała. Jeśli jednak naprawdę ten dzień już nastał, to chyba pora go uczcić, wydając z tej okazji wielką imprezę. Pozwólcie jednak, że ja przyjdę na nią w sukience i z gładkimi nogami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz