To nie będzie jeden z komentarzy zaczynających się od „Nie jestem
feministką, ale…” Nie. Oczywiście, że jestem feministką, a w każdym na tyle, na
ile jestem w stanie o sobie powiedzieć, że podpisuję się pod jakąkolwiek
ideologią albo światopoglądem.
Po kolei. Nigdy nie mogłabym chyba należeć do żadnej partii politycznej.
Nie implikuję tu, że każdy, kto zapisuje się do partii, jest dającą prowadzić
się biernie owieczką pozbawioną własnego zdania. Niemniej, jeśli już ja
osobiście miałabym podpisywać coś swoim nazwiskiem, chciałabym, żeby było to w
stu procentach zgodne z moimi poglądami. Niestety, każdy znany mi światopogląd
wydaje mi się wybrakowany albo naznaczony jakimiś błędami. Tak więc ideologia
moja osobista jest powiększającym się zbiorkiem poglądów z paru różnych worków,
i na ogół jest mi z tym dobrze.
Niemniej, do feminizmu jest mi bardzo blisko pod wieloma względami.
Obrzydzeniem napawa mnie uprzedmiotowienie kobiet i sprowadzanie ich seksualności
do dychotomii madonna/dziwka, denerwują mnie szklane sufity i nierówności
płacowe, opowiadam się także całkowicie za tym, co pewnie niektórzy nazwaliby
„walką z kościołem”, a co jest według mnie prawem kobiety do decydowania
o własnym ciele. (Walka z kościołem, naprawdę? Przypomina mi się od razu Carly
Simon i jej „You’re so vain, you probably think this song is about you”. Ale to
temat na zupełnie inny tekst.)
Niestety, jak już napisałam powyżej, nie potrafię odnaleźć się tak do końca
w ramach żadnej doktryny, tak więc od czasu do czasu także i feministkom zdarza
się napisać coś, z czym się nie zgadzam. Ostatnio niezmiernie zirytował mnie
tekst z Guardiana „Ladies: why you should stop shaving” (http://www.guardian.co.uk/commentisfree/2012/may/02/ladies-why-you-should-stop-shaving
- przepraszam za prymitywnie dodawane linki, ale moja przeglądarka ma
jakieś dziwne problemy; „LOL GIRL BLOGGERS”, oczywiście). (Mała edycja: przyjaciółka mnie uświadomiła, że pełna historia znajduje się tu: http://vagendamag.blogspot.co.uk/2012/04/hair-not-musical.html , warto się zapoznać z całością.)
Począwszy od samego tytułu, razi po oczach czasownik modalny ‘should’ i
jego konotacje. Można go pewnie zinterpretować w tonie dobrej rady,
niemniej i tak narzuca się skojarzenie z kimś, kto lepiej od nas wie, co jest
dla nas dobre. Zaraz, zaraz, czy nie od tego właśnie ucieczką miała być
feminizm? Co z prawem z decydowaniu o własnym ciele, nawet jeśli to wybór tak
trywialny, jak używanie bądź nie depilatora? Czyżby wąsatego "wujka dobra
rada" podstępnie usiłowała zastąpić ciotka?
Przyznaję się bez bicia: kobiety z nieogolonymi nogami wydają mi się trochę
nieestetyczne, mam też oczywiście świadomość, że zostałam do takiego
postrzegania „wytresowana” przez współczesne społeczeństwo. No cóż, zostałam
też wytresowana, żeby uważać człowieka niemyjącego się przez kilka dni za
śmierdzącego a jeszcze dwieście lat temu zapewne nie miałabym z takowym
większego problemu. Oczywiście, jest różnica, bo presja dotycząca depilacji
dotyczy przede wszystkim kobiet, niemniej trudno nie zauważyć, że standardy
estetyczne (także te podwójne) zmieniają się z czasem.
Tylko że w porównaniu z ryzykiem niesionym przez wszechobecność obrobionych
w Photoshopie zdjęć modelek, do których porównują się potem młodziutkie
dziewczyny z nikłą samooceną, niebezpieczeństwo związane z zamiłowaniem do
gładkich nóg wydaje mi się minimalne. Makijaż, depilacja czy farbowanie włosów
mogą być uciążliwe, mogą nie być dla każdego, ale demonizowanie ich robi na
mnie wrażenie dość absurdalne.
Do głowy by mi oczywiście nie przyszło, by komukolwiek coś narzucać. Jeśli
dziewczyna nie lubi się depilować, ma moje pełne błogosławieństwo, na pewno nie
będę się też na jej widok ostentacyjnie krzywić, bo nie tak mnie wychowano,
właściwie co mnie obchodzi, co komu rośnie na łydkach? Problem zaczyna się
momencie, gdy ta łydka zaczyna obrastać ideologią.
Widzę tu pewną rozbieżność z odłamem feminizmu, który mnie osobiście bardzo
przypadł do serca. Od 2011 roku urządzane są SlutWalki (http://en.wikipedia.org/wiki/SlutWalk),
które w skrócie mają sprzeciwiać się przerzucaniu odpowiedzialności za gwałt na
ofiarę i długość jej spódnicy. Można by więc powiedzieć, że owe marsze m.in.
bronią prawa kobiety do ubierania się w dowolny sposób bez obawy o swoje
bezpieczeństwo. Zostało już zresztą udowodnione (źródło: choćby tu
http://www.usu.edu/saavi/docs/myths_realities.pdf), że ewentualna
„prowokacyjność” stroju czy zachowania wcale nie zwiększa ryzyka gwałtu, więc
ten argument od dawna każdy myślący człowiek powinien umieścić w koszu.
Chciałam się jednak przyczepić do czegoś innego: w moim pojmowaniu idei
SlutWalków (które są bliskie mojemu „ideałowi” feminizmu) nie ma miejsca na
krytykę kobiet, które lubią się ubierać w sposób „konwencjonalnie” atrakcyjny.
Skoro chcemy być traktowane poważnie, jak możemy wzajemnie wytykać się palcami za noszenie minispódniczek albo golenie pach? Nie tym według mnie powinien być feminizm, a z tymi jego gałęziami,
które są, nie chcę mieć nic wspólnego. Jedyna ideologia, która choć
minimalnie zbliża się do moich własnych poglądów, to taka, która opiera się na
prawie wyboru. Pewnie część tych wyborów jest podyktowanych presją
społeczną, ale czy naprawdę najbardziej dramatycznym symbolem patriarchatu stał
się dzisiaj depilator?
Wracając do artykułu z Guardiana: autorka konkluduje go stwierdzeniem, że
zaprzestanie depilacji jest rzuceniem wyzwania jakimś narzuconym z góry,
uwarunkowanym genderowo standardom. Czy rzeczywiście tak ma wyglądać ten
"important work", który wszystkie kobiety powinny wykonać, żeby żyło
się im lepiej? Ośmielę się zauważyć, radosny to będzie dzień, gdy nie będziemy
miały poważniejszych zmartwień, niż presja dotycząca gładkiego ciała. Jeśli
jednak naprawdę ten dzień już nastał, to chyba pora go uczcić, wydając z tej
okazji wielką imprezę. Pozwólcie jednak, że ja przyjdę na nią w sukience i z
gładkimi nogami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz