Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 czerwca 2013

Krakowski



Chciałabym mieć coś, co będę mogła przeczytać, kiedy zatęsknię za Krakowem. To będą tylko impresje ze szczyptą fikcji literackiej, żadnej publicystyki, żadnej opinii na jakichkolwiek liczący się temat. Pewnie będę trochę zmyślać, ale chyba już najwyższy czas, żeby znów zacząć, tak bardzo mi tego brakowało.

Chciałam przez chwilę zrelaksować się sama w Alchemii, bo lubię ponure wnętrza rozświetlone świecami  i stare meble. Niestety, w międzyczasie przypomniały o sobie stresy, uwiesiłam się na telefonie i nawet piwo za dziesięć złotych nie smakowało tak jak powinno, a świece nie paliły się na żadnym stoliku, więc było mi jakoś głupio zapalać swoją. Na zewnątrz też było smutno, turyści mieli kurtki przeciwdeszczowe i wyglądali na zagubionych.

Wyszłam i skierowałam się w stronę przystanku Stradom. Przypomniało mi się, jak dawno temu z koleżanką, z którą już się nie lubimy, radośnie zataczałyśmy się (bo jakoś w wieku 19 lat bycie wstawionym po dwóch piwach nie było jeszcze obciachem) tą samą ulicą, też wracając z Alchemii (tylko wtedy świeczki były zapalone),  i głośno chichotałyśmy, bo nazwa ulicy przypominała nam jedną z licealnych nauczycielek. A potem powiedziałam coś o byciu „pod Wawlem” i to też było tak straszliwie śmieszne.

Po drodze odkryłyśmy jeszcze hostel filmowy, nie jakiś rozbrajająco ponury Motel Batesa, ale hostel z motywami filmowymi, o ile pamiętam, to pokoje miały magiczne nazwy pochodzące od tytułów, a koło recepcji wisiało dużo czarno-białych fotosów. Solennie przyrzekłyśmy zamieszkać tam następnym razem i oczywiście nigdy więcej tam nie trafiłyśmy, a nasza znajomość przestała istnieć, być może hostel też.

Teraz jednak byłam sama, i choć trochę wcześniej tak bardzo pragnęłam tej samotności, nagle poczułam, że doganiają mnie obowiązki i smutki, a już w tramwaju zrozumiałam, że właściwie to nawet mi się spieszy.

Kilka siedzeń przede mną siedziała kobieta w średnim wieku, do której z radosnym bełkotem kleił się jakiś wyrostek. Założyłam automatycznie, że to jej niepełnosprawny syn, widywałam nieraz podobne pary, irytowało mnie, że inni pasażerowie tak się na nich gapią, już sobie tam w głowie układałam na własny użytek traktat o nietolerancji w tym kraju. Tymczasem towarzysz kobiety nagle odwrócił głowę tak, że mogłam zobaczyć jego twarz i okazało się, że to nie żaden syn, a raczej jej mąż, bądź też – brzydkie słowo – konkubent - wąsaty pijaczek. Właściwie to jednak oboje wyglądali na szczęśliwych.

Na kolejnym przystanku wsiadł człowiek o kulach i zaczął prosić o pieniądze, wyglądał na takiego, co to za kołnierz nie wylewa. Nie jestem jakąś największą obrończynią praw lokalnej żulerii (na przykład poziom ich higieny osobistej trochę mnie razi), nie uważam też jednak, że należy ich (albo kogokolwiek innego) publicznie upokarzać. Pieniędzy nie daję, bo nie mam, ale nie wygłaszam też umoralniających przemów na temat etyki pracy. Tak czy inaczej, widząc zbliżającego się inwalidę siedząca obok mnie starsza pani zerwała się jak oparzona i pognała w stronę najbliższego wyjścia, mimo że do kolejnego przystanku był jeszcze spory kawałek – ktoś kiedyś widział, żeby starsza osoba przed czasem dobrowolnie zrezygnowała ze swojego siedzenia w transporcie publicznym? Do tego żul był bardzo miły, mówił „proszę państwa” i „bardzo proszę”.

Byłam pewna, że wysiądzie przy jakimś większym węźle komunikacyjnym, i oczywiście wysiadł pod Bagatelą, razem z dziwną parą, która wciąż wyglądała na zadowoloną, mężczyzna paplał jak dziecko. Byłam trochę rozczarowana, bo miałam nadzieję, że uda mi się wymyślić jakąś ciekawą historię z ich udziałem, ale wyobraźnia mnie zawiodła, a może po prostu było za zimno.


wtorek, 19 lutego 2013

Symbolika Muminka



Podobnie jak większość posiadaczy tatuaży, trochę cieszą (bo chyba jednak do końca nie robi się „dziary” tylko dla siebie, a zainteresowanie innych osób bywa przyjemne), a trochę irytują mnie pytania w stylu „Ile kosztowało/czemu tak drogo/czy bolało?”, no i oczywiście sakramentalne: „Co on oznacza?”. Moje tatuaże nie są jakoś specjalnie duże ani widoczne, więc nie mam z tym ogromnego problemu, niemniej to ostatnie pytanie sprawia mi szczególny problem.

Symbolika moich tatuaży jest banalnie prosta, ale w sposób nasycony emocjami, przez co trudno jest mi postronnej osobie wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi. Spróbuję to jednak zrobić tutaj, może pisemnie będzie choć trochę łatwiej, a przy okazji osoby bez tatuaży będą mogły zobaczyć, czemu tak niby proste i niewinne pytanie często skutkuje bezwładnym potokiem słów ze strony odpowiadającego.

Moim pierwszym tatuażem był płatek śniegu na ramieniu (czarno-biały, drugi zresztą też jest taki, bo kompletnie nie miałam potrzeby dodawania do swojego życia kolejnych kolorów). Krótko mówiąc, miejsce średnio widoczne i dość akceptowalnie społeczne, wzorek dziewczęcy, chyba mniej więcej w tej samej lidze co delfinek na kostce czy kwiatuszek za uchem. Dla mnie posiada on jednak znaczenie ogromne, ma mi bowiem przypominać o dwóch rzeczach: po pierwsze, o własnej wyjątkowości, ale też z nutką autoironii, bo znam oczywiście angielskie wyrażenie „special little snowflake”, opisujące osobę nadmiernie o niej przekonaną. Pamiętaj, jesteś kimś wyjątkowym, ale otoczonym przez niezliczone osoby, które myślą na swój temat dokładnie to samo.

Po drugie, no właśnie. Tego drugiego już nijak wytłumaczyć się nie da, zwłaszcza osobie postronnej, chyba że takiej, które momentalnie nawiązała z nami nić porozumienia (ale te magiczne momenty są tak rzadkie…) „Jako dziecko bardzo lubiłam zimę i, uhm, śnieg kojarzy mi się z dzieciństwem.” Mogę jeszcze co najwyżej dodać „także, tego”, a potem już słowa mnie zawodzą i nie wiem jak wyrazić, że tak w ogóle to najważniejsza jest w tym wszystkim „Zima Muminków”, bo nie ma drugiej książki, która tak wspaniale oddawałaby klimat tej pory roku, moim zdaniem nawet Andersen się nie umywa, i jej lektura w cudowny sposób przydała mojemu dorastaniu magii. Napisane czy wypowiedziane w takiej formie nie ma to za bardzo sensu, prawda? A dla mnie jednak ma.

Mój drugi tatuaż jest trochę dziwny, ale też nie jest to tajemniczy symbol z innego kręgu kulturowego (swoją drogą na ogół są one bardzo ładne, po prostu nie trafiłam na taki, który wpasowywałby się w meandry mojej psychiki). Mam na nodze latarnię morską, co ciekawe, też związaną z „Muminkami”, bo podstawą dla niej był rysunek w którejś z książek Jansson. Latarnia jest, według określenia pani artystki tatuażu, bardzo „realistyczna”, według mojego raczej „bajkowa” – krótko mówiąc, jest idealna, bo każdy może w niej widzieć to, co chce.

Symbolika nie jest tu jakaś specjalnie wyrafinowana – mój obrazek ma mi zwyczajnie przypominać, że zawsze znajdę swoją drogę do domu albo innego bezpiecznego miejsca i nikt mnie z niej nie zawróci. Tak bardzo wyrafinowane, wiem, ale spróbujcie te farmazony wytłumaczyć dopiero poznanej osobie (a właśnie te są zawsze najbardziej ciekawskie kiedy już się dowiedzą, że „mam też drugi”).

Co gorsza, oba tatuaże sprawiłam sobie w momencie „leczenia się” z toksycznych mężczyzn i swoich własnych jeszcze bardziej toksycznych odczuć względem nich, chcąc w pewnym sensie oddzielić swoje własne „ja” od całego tego zamieszania. W teorii mogłabym więc zacząć żałować, że je mam, były wykonane w momentach częściowego rozstroju emocjonalnego i wcale nie poprzedzone jakimiś długimi rozważaniami. W praktyce wygląda to tak, że na ogół w ogóle o nich nie pamiętam, a kiedy czasem mi się przypomni, to po prostu stwierdzam, że są śliczne. Czuję też, że dały mi siłę której w wyżej wymienionych momentach potrzebowałam, przede wszystkim właśnie przez to, że ich symbolika jest tak bardzo „moja”.

Za pół wieku będę wytatuowaną staruszką. Mam nadzieję, że doczekam się wnuczki, która spyta mnie, co oznacza ten płatek śniegu na ramieniu, a ja jej odpowiem: „Poczekaj do zimy to sama się przekonasz, ulepimy razem bałwana. A teraz coś ci przeczytam, tak kochanie, z tej dziwacznej ‘prawdziwej’ książki, pamiętaj że babcia już od młodości nie nadąża za technologią…”

wtorek, 24 lipca 2012

Latom 90-tym z miłością

Pora napisać coś lekkiego i zabawnego, bo kiedy nic już nie jest ani lekkie, ani zabawne, pozostaje jedynie szukanie zapomnienia w potoku własnych niezobowiązujących słów. A cóż może być bardziej rozrywkowego niż przeszłość, która jest już na tyle odległa, że nie wiążą się z nią żadne oczekiwania? Mem „problemy lat 90-tych” (http://afternoonsnoozebutton.com/post/26515631154/pleatedjeans-best-of-the-1990s-problems-meme) (nadal nie umiem wstawiać hyperlinków) przypomniał mi moje własne problemy z owych czasów.

Słyszałam opowieści o dziewczynkach, które zwalniały się wcześniej z lekcji, żeby zdążyć na kolejny odcinek „Klanu” – w moim przypadku aż tak źle nie było, niemniej „pierwsza polska telenowela” zdecydowanie przez pewien czas królowała w moim życiu. Najlepiej zapamiętałam odcinki, w których blok Grażynki i Rysia (RIP) stał się siedzibą burdelu. Była tam jedna straszliwa scena, gdzie nieco nazbyt podekscytowany klient owego przybytku napastuje Grażynkę nocną porą na klatce schodowej – nie wiem, może dlatego, że byłam jeszcze dzieciakiem, ale w mojej pamięci epizod ów mógłby rywalizować z najstraszniejszym horrorem ("Blair Witch" może iść się kochać!), trauma po nim trwała u mnie tygodniami i wątku burdelowego nie zapomnę nigdy, choćbym dożyła 90-tki i doczekała się stadka prawnucząt.

Wszystko co związane z telefonami stacjonarnymi jest również niezmiernie zabawne. Chodzi nie tylko o uniemożliwiającą prywatność długość kabla telefonicznego, czy znajomych, którzy wyszli z domu, a w międzyczasie okazało się, że lepiej, gdyby jednak nie przychodzili – dla mnie osobiście szczytem stresu było dzwonienie do koleżanek, gdy miałam świadomość, że odebrać mogą ich rodzice. Niezależnie od tego, jak bardzo byli oni sympatyczni i jak bardzo mnie lubili, konieczność przedstawienia się i poproszenia do telefonu Kasi/Oli/Ani/itd. przyprawiało mnie o silną nerwicę i do dziś jeszcze tym tłumaczę sobie przyśpieszone bicie serca, kiedy muszę zadzwonić do kogokolwiek, nawet do mężczyzny własnego albo takiego, który chciałabym, żeby był własnym, nawet na komórkę. Jak dobrze, że są sms-y, chociaż czekanie aż komórka wyda z siebie piśnięcie też potrafi wywołać u mnie zimne poty. No, ale jak widać są ludzie i neurotycy, nie mogę chyba winić za to lat 90-tych.

Inna komiczna sytuacja: odwiedziny z rodzicami u znajomych mieszkających w mieście położonym około 100 km od naszego. Wiele lat, nim czasownik „ogarniać” stał się modny, my już nie ogarnialiśmy gremialnie, toteż wsiedliśmy do pociągu jadącego w odwrotnym kierunku. Po zorientowaniu się w sytuacji i powrocie do punktu wyjścia okazało się, że nie mamy adresu znajomych (mieli czekać na dworcu, ale przecież kilka godzin później czekać już nie będą). Tak więc nastąpił powrót taty do domu, bynajmniej nie mający na celu zadzwonienia do owych znajomych, bo nawet nie posiadali oni telefonu stacjonarnego, jedynie zdobycie ich adresu, jako że nawet nie mieliśmy go przy sobie. Wreszcie udało się złapać kolejny pociąg, jadący już we właściwą stronę, przez cały czas bez możliwości szybkiego poinformowania przyjaciół o dramatyczno-żałosnym rozwoju wydarzeń. (Trochę szkoda, że nie mieli telefonu, bo budki telefoniczne to też skarbnica opowieści i nigdy nie zapomnę o wieloosobowych kolejkach w małych nadmorskich miejscowościach, ustawiających się, by opowiedzieć najbliższym o stanie pogody i temperaturze Bałtyku, jak również pani, która po kilkunastu minutach trajkotania wydała z siebie wreszcie radosne "Kończę, muszę jeszcze zadzwonić do babci!", wywołując w tym jęk zawodu około dziesięciu osób czekających z kartami TP w ręku.)

I to nagrywanie na kasety piosenek z radia! Miałam o tyle szczęścia, że nawet jeśli kilka sekund zajęte było przez rozgadanego „DJ-a”, to na ogół był nim pan Niedźwiecki, w którym kochałam się straszliwie i byłabym w stanie wszystko mu wybaczyć. Hm, w tej akurat sytuacji czas przeszły niekoniecznie ma zastosowanie… Tylko nagrywać już nie ma sensu, nawet gdy na pierwszym miejscu przez dwadzieścia tygodni króluje Gotye.

I jeszcze wypożyczalnie kaset! Niekończące się szeregi bajek, często wypożyczanych po dziesięć razy, jakieś amerykańskie komedie, irytacja, gdy poprzedni klient nie przewinął taśmy, albo gdy była zanieczyszczona i trzeba było użyć kasety czyszczącej. I regał z filmami erotycznymi, które zdawały się wtedy szczytem nieosiągalności i grozy, że aż strach było rzucić choćby ukradkowe spojrzenie na te wszystkie gołe panie.

Z projektami szkolnymi nie było tak źle, jeśli miało się w domu masę książek, w tym oczywiście encyklopedie, które dzisiaj zalegają w piwnicach albo porastają kurzem w tylnich rzędach półek. Tele Tydzień, bez którego nie wiadomo byłoby, o której ulubiona telenowela (ta brazylijska, ze śliczną dziewczyną), książka telefoniczna, używana choćby do znalezienia numeru telefonu przystojnego nauczyciela, a potem głośnych westchnień nad jego nazwiskiem i adresem. (Czy mieszka daleko, czy jest szansa na niego wpaść? Oby tylko nie był z żoną i dziećmi. Wszystko w porządku, nie było jeszcze wtedy słowa „stalking”!)

I gry na konsoli, dzień w dzień, zwłaszcza w wakacje, kiedy przyjeżdżał mój kuzyn, aż się zepsuła do szczętu. Możemy znowu zagrać w Contrę albo tanki, ale jeśli chcesz grać w Mario, to ty będziesz Luigi, musisz mi ustąpić, tylko nie w szczepionkę. A potem pierwszy komputer i fatalnie działający, śpiewający milionem rozedrganych głosów, gdy usiłował nawiązać połączenie, internet, i ilość miejsca na dysku tak mała, że zdjęcia mężczyzn, w których się wówczas kochałam, trzeba było zapisywać na dyskietkach. Mężczyźni zmieniali się rok po roku, tak jak zmieniały się zainteresowania, ci dawni siłą rzeczy szli w zapomnienie, skoro telewizja nie pokazywała już „Ptaków ciernistych krzewów”, którego DVD dopiero po latach zakupiłam na Allegro w przypływie nostalgii za księdzem Ralphem. „Klan” też nie był już nawet w połowie tak ciekawy odkąd burdel zamknięto i nikt nikogo nie molestował na klatce.

Piękne jest to angielskie określenie „memory lane”, próbuję je czymś zastąpić i mam problem. Każda próba tłumaczenia po polsku brzmi pretensjonalnie i nie ma w sobie nic z urody Natalii Oreiro wirującej w czołówce „Zbuntowanego anioła”. Nie, nie zawróciłabym czasu, gdybym mogła, zawsze przecież mogę sobie włączyć Spice Girls na youtubie i wysłać na fejsie wiadomość do dawnych znajomych. Tylko czasem jest mi smutno, gdy sobie to wszystko przypomnę i uświadomię, że Rysiek już nie żyje i nie ocali więcej Grażynki przed zboczeńcem.