Odkryłam przez przypadek rewelacyjną pisarkę. Przypadek wyglądał tak, że jej opowiadania w „taniej książce” kosztowały 3 zł 70 gr., a na okładce było napisane, że podziwiał ją Truman Capote. Powinnam aktualnie czytać Houellebecqa, bo jest mi wstyd, że mam uporczywą skłonność do wymądrzania się na temat jego książek, a nie przeczytałam jeszcze wszystkich, ale niestety mam małą „kosę” z Houellebecquiem odkąd w ubiegłym roku poleciał sobie w kulki i nie przyjechał do Krakowa na Targi Książki. Poddało to moje uczucia do niego dość ciężkiej próbie, a ponieważ mam żeńskie geny, to mimo upływu miesięcy złość jeszcze mi nie przeszła, przyjęła tylko formę biernej agresji.
Tak czy inaczej, pokazałam Panu H. środkowy palec i ochoczo zabrałam się do tomu opowiadań „Proste przyjemności” autorstwa Jane Bowles. Banalne wyrażenie o zanurzeniu się w świat czyichś historii nabrało natychmiast nowego sensu – autorka nie tworzy może własnego świata, ale opisuje przeciętność w sposób, który wywołuje doznania zazwyczaj z nią nie kojarzone. Groza, poczucie alienacji, absolutne przytłoczenie najdrobniejszymi codziennymi sytuacjami, czyli, krótko mówiąc, dobrze znana z lekcji polskiego litość i trwoga.
Nie sam wydźwięk tych opowiadań wydaje mi się jednak najbardziej frapujący. Jane Bowles w ciągu swojego pięćdziesięciokilkuletniego życia stworzyła jedną powieść, jedną sztukę i jeden tom opowiadań. Jak dowiedziałam się z krótkiego eseju na jej temat zamieszczonego na początku kupionej przeze mnie książki, autorka nie znosiła pisania, uważała je za zajęcie wstrętne i męczące. Z jednej strony, jestem w stanie to zrozumieć, bo kiedy człowiek tak dogłębnie jak ona postrzega rzeczywistość w każdym jej nawet najwstrętniejszym detalu, przelewanie tego na papier musi być niebywale wyczerpującym doświadczeniem.
Z drugiej strony, archetyp cierpiącego artysty jest już do cna wyeksploatowany i dla wielu osób stał się on zapewne nieco komicznym reliktem. Nastały bowiem czasy pisarzy bez skrępowania określających siebie mianem rzemieślników i opisujących proces twórczy za pomocą terminów, które można by odnieść do wielu innych zawodów. Często nie są to literaci z najwyższej półki – lubię Stephena Kinga, ale chyba nikt nie skrzywi się na nazwanie go sprawnym rzemieślnikiem, skoro sam siebie tak on określa. Fajne jest to, że pisarze (także polscy, czego dowodzi choćby Marek Krajewski) potrafią z dystansem spojrzeć na uprawiany przez siebie zawód i nie bredzić o porywach natchnienia, skoro cała rzecz sprowadza się dla nich do 5 stron przed pierwszym papierosem i kolejnych 5 po obiedzie. Nie przestają przez to przecież dostarczać nam rozrywki i znakomitych historii.
A jednak, serce rwie mi się do tych dusz umęczonych pisaniem, do tych flaki z siebie wypruwających geniuszy. Wspomniany już Capote na przykład tak oto wypowiadał się na temat powieści „Z zimną krwią” (przepraszam, że po angielsku): „No one will ever know what 'In Cold Blood' took out of me. It scraped me right down to the marrow of my bones. It nearly killed me. I think, in a way, it did kill me.”
Pewnie i w przypadku literatury ambitnej trafiłby się niejeden autor traktujący pisanie jako zwyczajny zawód, może nawet zdarzali się autorzy wybitni z takim podejściem. Ale mnie tłucze się po głowie jedno z napisanych przez Jane Bowles zdań (cytuję z pamięci, więc możliwe nieścisłości): „Była osobą, która potrafiła padać raz za razem na kupę tłuczonego szkła, i za każdym razem równie głośno krzyczeć”. Taki drobiazg, a lepiej opisuje niektóre znane mi osoby, niż całe stronice tworzone przez innych pisarzy. Nie, nie potrafię sobie wyobrazić, że coś tak zmyślnego można napisać w trakcie „porannej zmiany” i że zupełnie nic wspólnego nie ma z tym natchnienie, i że wreszcie można pisać takie rzeczy i wieść całkowicie normalne życie (Jane bynajmniej nie wiodła).
Szanuję rzemieślników, nawet trochę podziwiam rzemieślników za samodyscyplinę, której mnie osobiście brakuje, czytuję rzemieślników z przyjemnością, ale wielbić jestem chyba w stanie tylko artystów, o których wiem, że za swoją sztukę musieli zapłacić jakąś cenę. Carramba, jak to strasznie pretensjonalnie brzmi. A może to wszystko dlatego, że ja sama systematycznie nie jestem w stanie pisać nawet prac na studia, potrzebuję mocnej motywacji albo tzw. "kopa" w wiadomą część ciała, i dopiero w takiej sytuacji jestem w stanie wpaść w kilkugodzinny „szał tworzenia”. I tak oto usprawiedliwiłam własne lenistwo podziwem dla wielkich pisarzy. Quod erat demonstrandum!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz