Z pewnych względów przypomniałam sobie dzisiaj o mojej pierwszej miłości, przynajmniej z tych, które uznaję za prawdziwe i godne uwzględnienia w tej klasyfikacji. I jakoś tak dotarło do mnie, jak zupełnie różne jest doświadczenie zakochania teraz, w porównaniu do tego, co było osiem lat temu. Wrażenie dysonansu zaowocowało ostatecznie metaforą, która może nie jest jakoś specjalnie wyszukana, ale w końcu od tego mam bloga, żeby się takimi rzeczami dzielić.
Bycie młodą zakochaną przypomina kupienie wielkiej torby cukierków i wepchnięcie sobie ich wszystkich naraz do ust. Ach, ten nagły skok cukru i zawrót głowy, ach ten ból brzucha i nieprzespane noce z głową w muszli klozetowej. Czasem się zastanawiam, czy istnieje w ogóle jakiś sposób uniknięcia tego etapu, ale jedynym rozwiązaniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest podróż w czasie. No, ale wszyscy wiemy jak to się kończy, człowiek omal nie zostaje własnym ojcem tudzież dziadkiem, albo zakochuje się w kobiecie, która zmarła 80 lat temu, albo mało się nie zabija próbując ocalić prezydenta Kennedy’ego, ogólnie dzieją się rzeczy straszne. Nie, nikt mnie nie namówi do podróży w czasie po tym, jak mnie nastraszyła popkultura.
Na szczęście, z wiekiem (wiem, że to śmieszne, żeby mając dwadzieścia kilka lat używać takich wyrażeń, ale chyba nikt nie zaprzeczy że już w tym momencie odczuwa się pewne sprawy inaczej w porównaniu z okresem nastoletnim, co nie zmienia faktu, że pewnie za 30 lat przeczytam te słowa i będę się z nich śmiać, mam przynajmniej taką nadzieję, podobno w Internecie nic nie ginie) następuje jakże przyjemny i przynoszący ulgę proces spowolnienia. Zakochanie nie jest już jak zachłyśnięcie się toffi, które potrafi zakleić usta jak jasna cholera, ale przypomina raczej delektowanie się dobrą kolacją. Oczywiście, czasem trzeba zjeść coś nieprzyjemnego (jak lazania, uwielbiam Garfielda ale lazanii po prostu nie znoszę), czasem się człowiek zakrztusi i łzy staną mu w oczach. Ale tym bardziej jest się potem w stanie docenić te najlepsze dania, i wcale nie ma się ochoty ich pochłonąć wszystkich naraz, tym bardziej, że w pamięci ma się wciąż jeszcze te młodzieńcze noce spędzone na oddawaniu hołdów sedesowi.
Strasznie mi wstyd że porównuję miłość do jedzenia, stawia mnie to chyba w jednym szeregu z autorami odnajdującymi sens życia w słonecznej Toskanii albo w mazurskich lasach (z dwojga złego wolałabym już chyba to drugie, współczuję każdemu, kto po sens życia musiał jechać aż do Włoch, z ręką na sercu mogę obiecać, że jest go tam równie trudno znaleźć, jak gdziekolwiek indziej), z tą drobną różnicą, że ja za moje wypociny nie biorę pieniędzy i wszystko jest pro publico bono. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że według mojej osobistej filozofii, jedzenie nigdy i w żadnych okolicznościach nie jest nie na temat.
IMHO, metafora całkiem na miejscu i pozostająca w zgodzie z moimi doświadczeniami. A jedzenie jest dobre. Mniam.
OdpowiedzUsuńZaryzykowałabym tezę, że to doświadczenie jest niezbywalne dla procesu dojrzewania. ;-) JEDZENIE!
Usuń