sobota, 26 maja 2012

O, matko...


Poruszę dziś temat dość niepopularny, z którym zapewne większość osób nie będzie w stanie się zidentyfikować, ale ciąży mi na sercu ten 26 maja potwornie. Od lat najmłodszych jesteśmy wychowywani w swoistym kulcie matki. Już w szkole podstawowej uczy się nas wierszyków i piosenek o tej, co kochała i wychowała, żaden maj obejść się nie może bez wycinania i malowania dla niej kwiatuszków. Nie jestem osobą, której trzeba by tłumaczyć, jak bardzo w Polsce nie docenia się kobiet i ich poświęceń, ze szczególnym uwzględnieniem tych, które zajmują się domem, więc „nie pracują”. Dobrze więc, że chociaż ten jeden dzień przypomina rozkapryszonym bachorom w wieku dowolnym o wdzięczności, którą tak naprawdę powinny wyrażać bezustannie i na każdym kroku, prawda?

Nie do końca. Bo w tym całym świątecznym zamieszaniu nie ma miejsca dla tych, którzy w nim udziału wziąć nie chcą albo nie mogą. Prawie nieobecna w dyskursie publicznym jest postać matki, która matką wcale być nie powinna. Delikatnie ten temat wypłynął przy sprawie Madzi z Sosnowca, ale szybko został rozcieńczony w oceanie sensacji i obyło się bez głębszej refleksji czy konkluzji. A ja nie chcę nikogo szczuć ani piętnować. Apelowałabym raczej o wrażliwość względem dzieci dziarsko i równo wycinających kwiaty z kolorowego papieru, które po powrocie do domu będą usiłować wręczyć matce pijanej albo chorej.

Prawie też nie mówi się o tym, że prawdziwą, wypełniającą niemal każdą oprócz biologicznej rolę, matką może być też ojciec. Babcia, siostra, w rzadkich przypadkach nawet nauczycielka. A może po prostu wiele różnych osób, razem składających się na to, czego matka „prawdziwa” dać nie może albo nie chce. Czy są w stanie zastąpić matkę? Może raczej wypełnić rolę, którą po angielsku pięknie nazywa się „mother figure” – niby niewielka różnica, ale jakże istotna. Ale przecież w idealizacji macierzyństwa nie ma miejsca na takie niuanse. Dziwię się, jakby w polskim systemie edukacji było w ogóle miejsce na jakiekolwiek niuanse…

Tak więc według wierszyka i piosenki rolę matki spełniać może jedynie ta, co „urodziła i wykarmiła”. W późniejszym wieku człowiekowi jakoś łatwiej jest poradzić sobie z tym dysonansem, ale lata najmłodsze upływają pod znakiem wielkiej konfuzji. Czuje taki mały człowiek że u niego w domu jest „jakoś inaczej”, jakoś mu te wierszyki i piosenki nie przystają do rzeczywistości, i nawet jeżeli ma solidne oparcie w reszcie rodziny, nie uniknie potwornej samotności w obliczu tęsknoty za tym wyśnionym ideałem.

Nie twierdzę, że dysponuję jakimś złotym rozwiązaniem, które uczyni świat łatwiejszym dla dzieciaków pozbawionych z jakiegoś powodu obecności czy zainteresowania kobiety, które teoretycznie powinna być najważniejszą kobietą w ich życiu. Co więcej, mam w pełni świadomość, że jestem obiektywna – nie zamierzam pisać podobnego felietonu na Dzień Ojca, nie tylko dlatego, że medialne zamieszanie wokół niego jest znacznie mniejsze. Wydaje mi się jednak, że postać nieobecnego czy mającego problemy z używkami ojca pojawia się w naszym kręgu kulturowym często. Ojciec znika, romansuje, upija się, popada w chorobę psychiczną – ale matka, o ile tylko żyje, pozostaje opoką dla całej rodziny. Oczywiście, że tak właśnie jest w wielu domach. I oczywiście, że są też domy, w których jest dokładnie odwrotnie.

Może część mojego zgorzknienia bierze się z tego, że z każdym rokiem coraz mniej wierzę w to, że jakakolwiek miłość może być bezwarunkowa. Ale wszystkim matkom, które tak właśnie kochają swoje dzieciaki – najlepszego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz