sobota, 2 marca 2013

Osobisty przewodnik po serialach (część pierwsza)



Czas to przyznać: nigdy nie zostanę popularną blogerką, bo po prostu nie potrafię wyszukać sobie grupy docelowej i pisać na jakiś w miarę spójny i stały temat, chce mi się pisać o wszystkim albo odechciewa mi się pisania w ogóle, mieszam wątki osobiste z kulturowymi i wychodzi z tego jakiś dziwaczny bigos, a ja, jak zywkle z niedoborem patriotyzmu, nawet nie lubię bigosu. Dzisiaj na przykład wpadło mi do głowy napisanie o serialach.

Od razu informuję, że nie będę używać polskich tytułów, bo kiedy oglądam filmy czy seriale w wersji oryginalnej, to mało mnie interesuje, co też wymyślił tłumacz (chyba, że chcę coś polecić osobie nieznającej języka) – z tego, co wiedziałam, dość często polskie tytuły są dziwaczne i przekombinowane, no po prostu jakoś nie umiem się przekonać do Teorii wielkiego podrywu, wybaczcie; ale wcale przy tym nie twierdzę, że sama znalazłabym lepszy odpowiednik.

Odkąd zaczęłam pracować, rozpaczliwiej niż kiedykolwiek potrzebuję nowych amerykańskich sitcomów, bo są chwile, kiedy już zwyczajnie żaden inny wytwór kultury mi „nie wchodzi” (jeszcze prościej byłoby chyba tylko sięgnąć po „Tele Tydzień”, ale nazwanie „wytworem kultury” czegoś, gdzie aktorów z polskich telenowel określa się mianem „wybitnie utalentowanych” to chyba jednak przesada…) Od dawna oglądam wspominany już The Big Bang Theory, poza tym również dobrze w Polsce znane How I Met Your Mother i chyba trochę mniej znane Community, ale nie zawsze występowanie nowych odcinków pokrywa się akurat z moimi napadami zmęczenia/złego humoru, tak więc potrzebuję tych zapychaczy czasu nieco więcej.

Na początek przetestowałam Whitney, i po kilku odcinkach, niczym Agnieszka Chylińska, zanim stała się celebrytką, powiedziałam sobie „dość”. Nie jestem w stanie obiektywnie ocenić, czy Whitney Cummings nie ma komediowego talentu, ale moim zdaniem nie za bardzo. Jednym z pierwszych dialogów w pilotowym odcinku była rozmowa między główną bohaterką a jej chłopakiem, szykującymi się na ślub znajomych. Ona, oczywiście, ubiera się i maluje w nieskończoność (ach te kobiety!), próbując jednocześnie usprawiedliwiać stwierdzeniem, że przecież śluby i tak zawsze zaczynają się z opóźnieniem. „Bo wszyscy czekają na CIEBIE!”, odpowiada on. Nie wiem, czy widziałam już zbyt wiele sitcomów i jestem zblazowana, ale dokładnie w tym momencie stwierdziłam, że "ale to już było", lepiej żeby nie wracało, i ogólnie to chyba nie to, czego szukam (dwa kolejne odcinki mnie w tym utwierdziły). Nadejdzie jeszcze dzień, gdy komediowy dialog zaskoczy mnie błyskotliwą puentą, ale to zdecydowanie nie był ten dzień.

New Girl wcale nie jest dużo bardziej oryginalna, a jednak spodobała mi się o wiele bardziej. Nie wiem, czy to zasługa Zooey Deschanel, która – w życiu byście się tego nie spodziewali – w tym serialu nosi sukienki w kwiatki, jest dziewczęcą i bardzo niezdarną hipsterską „girl next door” – ale ma to wszystko jednak pewien urok. Niestety, historia dziewczyny, która po dramatycznym zakończeniu długoletniego związku zamieszkała z trzema chłopakami, wpłynęła już na znajome wody, i na chwilę obecną bodajże cztery odcinki minęły pod znakiem „ile komediodramatu można wycisnąć z jednego pocałunku”. (Odpowiedź, swoją drogą, brzmi: całą masę! Ona to musi przetrawić, on to musi przetrawić, muszą dowiedzieć się inni współlokatorzy, jej aktualny chłopak, jej przyjaciółka – a każda kolejna reakcja zasługuje oczywiście na oddzielną scenę – a potem jeszcze długo, długo musi być niezręcznie.) Lubię jednak ten serial za całkiem błyskotliwe dialogi, a w ogóle, to nie wiem czy wiedzieliście, ale Zooey jest istnym wulkanem wdzięku i przyjemnie się na nią patrzy.

The New Normal to już wyższa szkoła cukrzycy. Zestawiłabym ten serial z Modern Family, bo oba promują tradycyjne wartości rodzinne, ale próbując je dostosować do wymagań poprawności politycznej (czego nie krytykuję, wręcz przeciwnie) – czyli nie wszystkie pary są heteroseksualne, pojawiają się Latynosi i Afroamerykanie, jest nawet (w Modern Family) para z dużą różnicą wieku (bardzo fajnie zresztą „napisana”, a jej męską połowę stanowi mocno podstarzały i jeszcze zabawniejszy niż w latach 90-tych Al Bundy). O ile w Modern Family te wariacje na temat schematu na ogół się sprawdzają i nieraz zdarzyło mi się wybuchnąć śmiechem podczas jego oglądania, tak The New Normal zdecydowanie brakuje ikry. Bohaterowie obu seriali żyją w mocno idyllicznym świecie problemów pierwszego świata, ale ci z Modern Family wydają się bardziej ludzcy, mają przynajmniej czasem i przynajmniej cokolwiek wspólnego z paskudnością natury ludzkiej. The New Normal to już maksymalny Disney, twór, który obok realizmu nawet nie leżał, ba, nie znaleźlibyście go na tym samym regale. Mimo to wciąż jeszcze oglądam, może ze względu na postać republikańskiej babci, która jest typowym dla amerykańskiej telewizji produktem z kategorii „potwór o złotym sercu”. Też średnio życiowe, ale Ellen Barkin gra świetnie i przydaje temu średnio strawnemu ciasteczku z kremem trochę pieprzu.

Ku mojemu zdziwieniu, najbardziej póki co podoba mi się Go On. Nie widziałam jeszcze wszystkich odcinków capo di tutti capi współczesnych schematów sitcomowych, czyli Friends; lubię ten serial, ale zawsze wolałam w nim postacie dziewczyn, więc fakt, że w Go On gra Matthew Perry nie był dla mnie sam w sobie jakąś ogromną zachętą. Pierwszy odcinek też nie powalił mnie nie kolana i nie zmusił do szukania szczęki pod łóżkiem – atrakcyjny, biały, bogaty, heteroseksualny Amerykanin w średnim wieku (kolejna nowość!) ma depresję po śmierci żony, którą pomaga mu pokonać reszta obsady, wyglądająca nieco bardziej kolorowo, dziwacznie i mniej plastikowo, złożona do tego z dość chyba mało znanych aktorów. Pomysł zalatywał mi Community, które uwielbiam, ale niekoniecznie chcę oglądać jego klony. Po kilku odcinkach okazało się jednak, że serial ten ma wiele zalet domniemanego pierwowzoru – postacie niebędące bogatymi, białymi etc. Amerykanami dostają dużo czasu ekranowego, przeżywają własne, naprawdę zabawne przygody, i wcale nie są tylko dodatkiem dla „tego kolesia z Przyjaciół” - mówiąc jednak przy tym wszystkim własnym głosem i wcale z Community nie "zrzynając". Humor bywa często mocno absurdalny, a proces żałoby ukazany jest, jak na sitcom, umiarkowanie realistycznie.

Jeśli ktoś z drogich Czytelników poszukuje odprężającego zapychacza czasu, to ze wszystkich pozycji omówionych powyżej polecałabym właśnie Go On i Modern Family. Są najmniej banalne i nikt nie truje przez pół sezonu o tym, że ktoś kogoś pocałował; jako bonus nie wszyscy bohaterowi są konwencjonalnie piękni i młodzi, i chyba właśnie dzięki temu naprawdę dają się lubić. Z pewną ostrożnością stwierdzam, że może jeszcze z amerykańskiej komedii sytuacyjnej "będą ludzie".

wtorek, 19 lutego 2013

Symbolika Muminka



Podobnie jak większość posiadaczy tatuaży, trochę cieszą (bo chyba jednak do końca nie robi się „dziary” tylko dla siebie, a zainteresowanie innych osób bywa przyjemne), a trochę irytują mnie pytania w stylu „Ile kosztowało/czemu tak drogo/czy bolało?”, no i oczywiście sakramentalne: „Co on oznacza?”. Moje tatuaże nie są jakoś specjalnie duże ani widoczne, więc nie mam z tym ogromnego problemu, niemniej to ostatnie pytanie sprawia mi szczególny problem.

Symbolika moich tatuaży jest banalnie prosta, ale w sposób nasycony emocjami, przez co trudno jest mi postronnej osobie wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi. Spróbuję to jednak zrobić tutaj, może pisemnie będzie choć trochę łatwiej, a przy okazji osoby bez tatuaży będą mogły zobaczyć, czemu tak niby proste i niewinne pytanie często skutkuje bezwładnym potokiem słów ze strony odpowiadającego.

Moim pierwszym tatuażem był płatek śniegu na ramieniu (czarno-biały, drugi zresztą też jest taki, bo kompletnie nie miałam potrzeby dodawania do swojego życia kolejnych kolorów). Krótko mówiąc, miejsce średnio widoczne i dość akceptowalnie społeczne, wzorek dziewczęcy, chyba mniej więcej w tej samej lidze co delfinek na kostce czy kwiatuszek za uchem. Dla mnie posiada on jednak znaczenie ogromne, ma mi bowiem przypominać o dwóch rzeczach: po pierwsze, o własnej wyjątkowości, ale też z nutką autoironii, bo znam oczywiście angielskie wyrażenie „special little snowflake”, opisujące osobę nadmiernie o niej przekonaną. Pamiętaj, jesteś kimś wyjątkowym, ale otoczonym przez niezliczone osoby, które myślą na swój temat dokładnie to samo.

Po drugie, no właśnie. Tego drugiego już nijak wytłumaczyć się nie da, zwłaszcza osobie postronnej, chyba że takiej, które momentalnie nawiązała z nami nić porozumienia (ale te magiczne momenty są tak rzadkie…) „Jako dziecko bardzo lubiłam zimę i, uhm, śnieg kojarzy mi się z dzieciństwem.” Mogę jeszcze co najwyżej dodać „także, tego”, a potem już słowa mnie zawodzą i nie wiem jak wyrazić, że tak w ogóle to najważniejsza jest w tym wszystkim „Zima Muminków”, bo nie ma drugiej książki, która tak wspaniale oddawałaby klimat tej pory roku, moim zdaniem nawet Andersen się nie umywa, i jej lektura w cudowny sposób przydała mojemu dorastaniu magii. Napisane czy wypowiedziane w takiej formie nie ma to za bardzo sensu, prawda? A dla mnie jednak ma.

Mój drugi tatuaż jest trochę dziwny, ale też nie jest to tajemniczy symbol z innego kręgu kulturowego (swoją drogą na ogół są one bardzo ładne, po prostu nie trafiłam na taki, który wpasowywałby się w meandry mojej psychiki). Mam na nodze latarnię morską, co ciekawe, też związaną z „Muminkami”, bo podstawą dla niej był rysunek w którejś z książek Jansson. Latarnia jest, według określenia pani artystki tatuażu, bardzo „realistyczna”, według mojego raczej „bajkowa” – krótko mówiąc, jest idealna, bo każdy może w niej widzieć to, co chce.

Symbolika nie jest tu jakaś specjalnie wyrafinowana – mój obrazek ma mi zwyczajnie przypominać, że zawsze znajdę swoją drogę do domu albo innego bezpiecznego miejsca i nikt mnie z niej nie zawróci. Tak bardzo wyrafinowane, wiem, ale spróbujcie te farmazony wytłumaczyć dopiero poznanej osobie (a właśnie te są zawsze najbardziej ciekawskie kiedy już się dowiedzą, że „mam też drugi”).

Co gorsza, oba tatuaże sprawiłam sobie w momencie „leczenia się” z toksycznych mężczyzn i swoich własnych jeszcze bardziej toksycznych odczuć względem nich, chcąc w pewnym sensie oddzielić swoje własne „ja” od całego tego zamieszania. W teorii mogłabym więc zacząć żałować, że je mam, były wykonane w momentach częściowego rozstroju emocjonalnego i wcale nie poprzedzone jakimiś długimi rozważaniami. W praktyce wygląda to tak, że na ogół w ogóle o nich nie pamiętam, a kiedy czasem mi się przypomni, to po prostu stwierdzam, że są śliczne. Czuję też, że dały mi siłę której w wyżej wymienionych momentach potrzebowałam, przede wszystkim właśnie przez to, że ich symbolika jest tak bardzo „moja”.

Za pół wieku będę wytatuowaną staruszką. Mam nadzieję, że doczekam się wnuczki, która spyta mnie, co oznacza ten płatek śniegu na ramieniu, a ja jej odpowiem: „Poczekaj do zimy to sama się przekonasz, ulepimy razem bałwana. A teraz coś ci przeczytam, tak kochanie, z tej dziwacznej ‘prawdziwej’ książki, pamiętaj że babcia już od młodości nie nadąża za technologią…”

sobota, 16 lutego 2013

Książki niekochane



Do napisania niniejszego posta zainspirowała mnie koleżanka, pytając, jak to możliwe, że w moim świecie istnieją książki niechciane. Pozbyłam się właśnie ostatnio paru takich, w miarę możliwości wstawiając je do antykwariatu, głównie po to, żeby zrobić miejsce na półkach na nowych autorów i nowe historie. Mam wrażenie, nie, raczej mam świadomość, że z każdym rokiem moje zacofanie technologiczne się pogłębia – iPhony i cała reszta interesują mnie mniej niż zeszłoroczny śnieg (w kwestii owego przynajmniej mam czasem coś do powiedzenia, i jest to na pewno więcej niż „O jaki fajny masz telefon, O BOŻE JAK SIĘ NA TYM PISZE?!”), podobnie ma się sprawa z elektronicznymi czytnikami książek (nawet nie wiem, czy to  odpowiedni termin? Może jest on niepoprawny politycznie?...)

Kocham szelest kartek, zapach papieru i te sprawy, podobni do mnie prehistoryczni ludzie pewnie już nieraz o tym pisali. Krótko mówiąc, potrzebuję miejsca na moich półkach ewentualnie w moich pudłach, najlepiej DUŻO i TERAZ. Czasem musi więc dojść do rozstania, które staram się sobie osłodzić, wybierając tomy z którymi jak najmniej jestem związana emocjonalnie, i tak właśnie zrobiłam ostatnio.

Pierwsza kategoria: książki z tamtych lat. Nie, nie chodzi bynajmniej o ukochane opowieści z dzieciństwa, bo te nadal trzymam na wypadek złego humoru i oczywiście celem być może podzielenia się nimi pewnego dnia z własnym potomstwem. Swoją drogą, mój Tata zrobił tak samo, tyle że okazało się, że  nie wszystkie zainteresowania mu się z potomstwem pokrywają. Tak więc dom zawalają obecnie stare westerny (jego), Ferdynandy Wspaniałe (nasze), szkolne historie Niziurskiego (tak bardzo nasze!) czy Siesicka (no moja, moja, trochę to wypada genderowo-stereotypowo, wiem, ale książki przygodowe czy kryminały też czytałam, tylko te westerny mnie potwornie nudziły) i jeszcze spokojnie co najmniej z setka innych.

Nie, „tamte lata” to okres późniejszy, naznaczony pasjami, od których potem się odsunęłam. Nie da się ukryć, że głównie była to historia – marzyłam w gimnazjum, żeby ją studiować (tak, tak, potem zapewne nakładałabym keczup do frytek w Macu czy jak to tam idą te zabawne do rozpuku pojazdy z humanistów), toteż moje półki zastawiają książki pokroju „Sejmów II Rzeczpospolitej” (ona chyba właśnie poszła w diabły na pierwszy ogień, ale to jeszcze nic przy moim Tacie, na którego półce dumnie stoi „Konfederacja barska” bodajże w dwóch tomach), bynajmniej nie wszystkie przeczytane, coby ktoś z Czytelników nie wpadł w nieuzasadniony podziw. O ile o historii najnowszej jeszcze czasem lubię coś poczytać, tak już niespecjalnie chce mi się wnikać w to, jakie były założenia reformy Grabskiego. A nawet gdyby naszła mnie taka ochota, no cóż, MAM INTERNET… I okazuje się, że nawet moje zacofanie technologiczne ma swoje granice.

Druga kategoria: książki złe. Nic nie jest tak proste, jak się wydaje. Znalazłam głównie złe książki autorów których za inne dokonania kocham, po czym uznałam, że nie jestem skłonna im wybaczyć tych po-tworków. Na przykład taki Arthur Conan Doyle i jego książki science-fiction. Nie wiem, jak wyglądają te wszystkie „Trujące pasma” i tym podobne z perspektywy miłośnika/-czki gatunku, ale z punktu widzenia miłośniczki Sherlocka Holmesa wyglądają jak grafomania. I mój ukochany Niziurski, ale nie w wersji rewelacyjnych komunistycznych przygodówek, tylko fatalnych przygodówek z początku lat 90-tych (ten nieszczęsny Bąbel i Syfon!). Czemuż ach czemuż kapitalizm odebrał niektórym pisarzom/reżyserom talent?

Krótko mówiąc, nie za te książki powyższych pisarzy szanuję, toteż wybieram słodkie zapomnienie. Borys Akunin, z kolei, jest współczesnym autorem, który tworzy kryminały rozgrywające się w XIX wieku i jednego z nich dorobiłam się na półce, nawet mi się zresztą podobał. Niestety, wyczytałam gdzieś niedawno, że jego książki zawierają masę błędów historycznych i zrobiło mi się łyso. To chyba poczucie winy niespełnionego historyka, ale precz z mej pamięci!

Kolejnej książki chyba nikt nie będzie mi miał za złe. „Władca Pierścieni”, tłumaczenie Łozińskiego… Tu pozostaje mi tylko dodać: ja miałam zaledwie –naście lat i naprawdę nie wiedziałam…

Trzecia kategoria: książki jednorazowe. Sorry, kochanie, było przyjemnie, ale się pożegnamy. Czasem do końca sama nie rozumiem co mną kieruje przy podejmowaniu decyzji co do jednorazowości danej książki. Zawala mi dom chyba z 15 książek Harlana Cobena zarówno w oryginale jak i tłumaczeniu (kupowałam zależnie od nastroju), ale póki co nie mam serca ich wyrzucić. I tak nie pamiętam już za cholerę, co było w której, mam tylko ogólne wrażenie że w USA wielu ludzi umiera a potem ożywa po latach, ewentualnie są porywani, rodzina zdąży ich dziesięć razy opłakać, po czym się odnajdują (również po latach) – często są to ukochane żony, mężowie albo córki. Inne zawiłości fabuły jakoś mi umknęły.

Tak więc Coben nie, bo może zacznę go dla rozrywki czytać od nowa (mentalna notatka do samej siebie – czytaj to co już masz skoro nic nie pamiętasz, ZAMIAST KUPOWAĆ NOWE), ale już „3096 dni” Nataschy Kampusch to typowa „jednorazówka”. Natascha była przez ponad 8 lat przetrzymywana w piwnicy przez austriackiego pedofila – więc jej wspomnienia są takie, jak mają być: przykre i wstrząsające, acz również wciągające i trzymające w napięciu. Umówmy się jednak, że nie jest to wielka literatura i ciężko mi sobie wyobrazić, czemu ktoś miałby tę książkę czytać kilka razy (ani się w niej zakochać, ani tak do końca przy niej odprężyć, ani zachwycić stylem). Do zobaczenia w antykwariacie.

Jest jeszcze kategoria oczekująca – książki, których już wiem, że nie przeczytam. „Oczekująca”, bo jeszcze nie jestem na tym etapie w życiu. Wydaje mi się póki co, że zdołam przeczytać wszystko (z wyjątkiem „Sejmów II Rzeczpospolitej”), że mam masę czasu, aby się przebić przez Prousta, „Ulissesa”, czy (NAPRAWDĘ!) „Finnegans Wake” (skoro już jesteśmy przy temacie, to: „Czy to Perrichon i Bastienne czy ciężki Humph i lekka Nan Ricqueracqbrimbillyjicqueyjocqjolicass? Siej mówisz, dullcisamica? A i aa ab ad abu abiad. Babbel man dub na rów łez.”) Ale pewnie z wiekiem będzie mi mijać, czasu będzie coraz mniej, będę się chciała pozbyć książek, które będą mi o tym przypominać, może zdecyduję się jednak wracać do tych ukochanych, zamiast unosić się ambicją i “przemęczać” te najcięższe. Kto to może wiedzieć? A i aa ab ad abu abiad.

(Fragmenty “Finneganów Trenu” w przekł. Krzysztofa Bartnickiego.)

poniedziałek, 11 lutego 2013

Amerykański film i moment zatrzymania


Zastanawiałam się od dawna, czemu filmy amerykańskie próbujące ukazać inne kultury i kraje są tak bardzo złe. Oczywiście, można by się z miejsca kłócić, że Stany są „tyglem kulturowym” i mówienie o kulturze amerykańskiej jako jednolitym zjawisku jest ryzykowne. Mam jednak na myśli dzieła made in USA, których akcja rozgrywa się poza ich terenem, usiłujące przekonująco pokazać kraje na przykład azjatyckie czy europejskie, tak więc wymagające od amerykańskich filmowców odrobienia solidnej pracy domowej.

W praktyce wygląda to zazwyczaj mniej więcej tak, jak jeden z odcinków Detektywa Monka, w którym Joanna Pacuła zagrała dziewczynę ze zmyślonego kraju słowiańskiego, gdzie są rzeźnicy wymordowujący całe wioski, słowiańskie jedzenie, i do tego mówi się w śmiesznym języku. Krótko mówiąc, wrzucamy trochę dekoracji i stereotypów do jednego worka i serwujemy jako egzotyczną potrawę. Smacznego.

Dlatego też nie podobały mi się, żeby podać tylko kilka przykładów, Wyznania gejszy, Anna Karenina z 1997 roku (gdzie na doczepkę mamy jeszcze piękną jak zawsze Sophie Marceau, chyba po to, żeby było bardziej EUROPEJSKO – powstrzymałam się przed dodaniem w tym miejscu dziesięciu wykrzykników i słowa „jeden”, ale przed caps lockiem już nie dało rady) czy O północy w Paryżu.

Temu ostatniemu chciałam poświęcić szczególną uwagę, bo przerost rekwizytów nad treścią jest w nim wyjątkowo rażący. Główny bohater jest dość mdłym amerykańskim chłopcem, jego narzeczona „się nie nadaje” (jak nasze babcie zwykły określać nieodpowiednich dla nas mężczyzn), ale nic to, bo w sklepie (a może na targu? Nie pamiętam, nie każcie mi oglądać drugi raz...) pracuje cud dziewczyna, która podobnie jak on czuje bluesa. (I zdaje się, że oboje kochają Paryż w deszczu - na ile pamiętam, to jest zrobione zupełnie bez ironii, po prostu druga laska się nadaje, bo kocha Paryż w deszczu - uwierzycie, że ten sam reżyser miał dawno temu talent i stworzył postać Annie Hall??)

Żeby te ich nudne problemy toczyły się w NY, dałabym spokój, ale wykorzystanie Paryża jako pocztówki podkreśla tylko, że twórcy nie mają bladego pojęcia o prawdziwej Europie i postrzegają nasz kontytent z punktu widzenia turysty strzelającego fotki. Swoją drogą, wszystkie prawie miejsca ukazane w tym filmie widziałam z Triadą w czasie wycieczki autokarowej, co raczej nienajlepiej świadczy o oryginalności ich doboru. Bla bla wieża Eiffla bla muzeum Rodina bla łaaaał, Carla Bruni! (Na jakieś trzy minuty. Po co? Dlaczego? Żeby było EUROPEJSKO.)

Oszczędzę sobie już pastwienia się nad zbrodnią dokonaną na postaciach historycznych w scenach podróży w czasie – powiem tylko, że Dali czy Stein są w tym filmie jedynie (moim zdaniem mało zabawnymi) karykaturami samych siebie, naszkicowanymi chyba według notek z Wikipedii.

Swoją drogą – byłam wściekła, że ten film dostał Oscara za scenariusz, dokąd nie uświadomiłam sobie, że Oscary są przyznawane przez podstarzałych białych mężczyzn (http://www.cbsnews.com/8301-215_162-57383854/who-decides-oscar-winners-white-men-over-60/), więc może już pora przestać się ekscytować nagrodą, która nijak nie odzwierciedla gustu amerykańskiego społeczeństwa.

Zaczynam jednak rozumieć, czemu wyżej wymienione i inne pokrewne dzieła napełniają mnie takim niesmakiem. Brakuje mi w nich tego, co nazwałabym „momentem zatrzymania”. Skonfrontowana z kulturą, która jest mi obca – choćby francuską, japońską czy rosyjską – chciałabym od czasu do czasu przeżyć moment, w którym nie rozumiem, w którym jestem Anglikiem w Nowym Jorku i mam poczucie dziwności i wyobcowania, a może nawet i pewnej wrogości. Chcę się nauczyć czegoś nowego, chcę poznać inną mentalność – i TAK, niech to będzie też i mentalność amerykańska, ale ta prawdziwa, a nie przebrana w kimono.

Czasem to „zatrzymanie” trwa tak długo, że nagle uświadamiam sobie, że nie jestem mile widzianym gościem. Filmy Hayao Miyazakiego są dla mnie „zbyt japońskie”, historia mnie nie wciąga i nie rozumiem odniesień kulturowych, nie widzę tam dla siebie miejsca – trudno, przynajmniej wiem, że obcowałam z czymś autentycznym, a nie podróbką.

Na zakończenie przykład pozytywny amerykańskiej kreatywności. Friedrich Dürrenmatt pisał w sposób bardzo „szwajcarski”, krytykując znane mu społeczeństwo i jego przywary. Jednak amerykańska ekranizacja The Pledge: Requiem for the Detective Novel z Jackiem Nicholsonem w roli głównej jest według mnie filmem wspaniałym. Dlaczego? Bo przeniesiono akcję w realia amerykańskie, szukając (uwaga, teraz będzie coś bardzo ważnego!) wspólnych mianowników.

Zamiast więc przebierać bohaterów za Szwajcarów, reżyser Sean Penn skupił się na treści dzieła – szaleństwie, obsesji, subiektywności prawdy, starzeniu i samotności. Dekoracje też są, a i owszem – przepiękne zdjęcia nakręcone w Kanadzie (mającej chyba naśladować któryś z północnych stanów USA – proszę mnie poprawić, jeśli się mylę) i do tego bohaterowie, bardzo dürrenmattowscy, bo zdziwaczali, przeciętni, brzydcy ciałem i duchem, autentyczni. I nie trzeba wcale było kazać im jodłować, żeby oddać ducha historii Dürrenmatta.


niedziela, 7 października 2012

Zabierzcie ten wehikuł czasu



Chociaż zdarza mi się patrzeć z sentymentem w przeszłość (nawet i na tym blogu: http://girl-who-played-with-fire.blogspot.com/2012/07/latom-90-tym-z-mioscia.html), dumać o metafizyce gumy Donald oraz kaset wideo, nostalgii mojej nie budzi osoba, którą byłam jeszcze kilka lat temu. Ta z lat wczesnego dzieciństwa może bardziej, trudno nie mieć słabości do szkraba, który w wieku czterech lat nauczył się czytać i cztery lata później postanowił przeczytać „Przeminęło z wiatrem”, mały kochany nerdzik – natomiast myśl o mojej personie sprzed lat, dajmy na to, czterech czy nawet dwóch, wywołuje we mnie jedynie bezmierną irytację.

Nie rozumiem osób, które marzą, żeby znowu mieć –naście lat. Może zrozumiem lepiej, kiedy będę mieć ich na przykład osiemdziesiąt, a nie dwadzieścia cztery – ale naprawdę, co jest fajnego w byciu nastolatkiem? Bezdenna głupota i niedoświadczenie życiowe dawały znać o sobie na każdym kroku, a fakt, że byłam ich nieświadoma, jeszcze potęgował bolesność wstrząsu. Do zamieszczonej niedawno na HuffPo listy „mądrości życiowych” 25-latek (http://www.huffingtonpost.com/emma-gray/25-things-i-know-now-that-im-turning-25_b_1726642.html) mogłabym dopisać jeszcze ze sto własnych rzeczy, łudzę się, że parę może nawet trochę bardziej celnych niż tamte.

Tak czy inaczej, strasznie lubię swoją powoli postępującą dojrzałość. Cieszę się, że słowa Borgesa o subtelnej różnicy między trzymaniem kogoś za rękę a krępowaniem duszy (bardzo, bardzo wolne tłumaczenie wiersza „You Learn”) nie są już dla mnie tylko pustymi słowami i zastanawiam się czasem, ilu idiotyzmów w swoim życiu mogłabym uniknąć, gdybym zrozumiała je wcześniej. Z drugiej strony – zrozumienie przyszło oczywiście tylko i wyłącznie dzięki doświadczeniom. Błędne koło – niestety, literatura pomaga zrozumieć pewne mechanizmy tego, co nas spotyka, ale na ogół dopiero po fakcie (podobnie rzecz ma się z radami mądrzejszych od nas osób).

Cieszę się, że potrafię docenić różne rodzaje miłości, że nauczyłam się nie wartościować, tylko po prostu akceptować ich wszelakie osobliwości. Cieszę się, że chociaż nadal nie zawsze potrafię odróżnić miłość od tego, co nią nie jest, to nie traktuję już jako osobistej zniewagi, jeśli ktoś wprowadzi mnie w błąd. Podobnie jest ze świadomością, że za spełnienie czyichś marzeń często nie spotka mnie żadna nagroda. Pewne rzeczy po prostu są, trudno, idziemy dalej.

Smutek jest jednak potrzebny i dobry, nawet poczucie upokorzenia nie jest upokarzające samo w sobie – można je wykorzystać, żeby czegoś się nauczyć i stać się silniejszą osobą, ale można też po prostu nakryć się kocem, wziąć do ręki Houellebecqa i przez dłuższą chwilę kontemplować własny smutek i obrzydzenie rzeczywistością. Uwielbiam scenę, w której bohater serialu „The Newsroom” stwierdza, że ma dość ludzi każących mu po prostu „zapomnieć” o trudnym doświadczeniu. „Pieprzcie się,” – mówi – „nie wiecie, co naprawdę jest w mojej głowie”. To nie zawsze jest właściwy moment żeby „wziąć się w garść”, czasami potrzeba więcej niż wieczoru z pudełkiem lodów i komedią romantyczną, żeby zacząć choćby kontemplować nowy etap życia. Walczmy o swoje prawo do kryzysów egzystencjalnych!

Doceniam jednak każdy bolesny moment i nauczkę, doceniam, że będzie ich jeszcze wiele i rozumiem już, że jestem w stanie znieść je wszystkie. Mam wrażenie, że będąc młodszą, kompletnie nie potrafiłam docenić jak niesamowite jest posiadanie przyjaciół i osób, z którymi można przeprowadzić autentyczną rozmowę, niekoniecznie w dramatycznych okolicznościach, niekoniecznie o trzeciej w nocy, niekoniecznie nad butelką wina. Pewne rzeczy przyjmowałam kiedyś za pewnik, teraz już jakoś nie potrafię. I wbrew temu, co głosi mądrość demotywatorowo-złotomyślowa, fakt, że ktoś przestał być przyjacielem, nie oznacza, że nigdy nim nie był. Czy to ludzie się zmieniają, czy tylko okoliczności? Tego jeszcze nie wiem, ale prowadzę w tym kierunku intensywne badania i może kiedyś i to zdołam sobie poustawiać w głowie.

Za nic w świecie nie cofnęłabym czasu, wcale nie tylko dlatego, że nastraszył mnie Stephen King swoim „Dallas ‘63”. Szkoda by mi było energii na naprawianie starych błędów, chyba jednak wolę dobrze się bawić popełniając nowe.

sobota, 25 sierpnia 2012

O miłości i artefaktach


Pisałam już kiedyś o rozstaniach i o tym, jak bardzo utrudnia solidne usunięcie kogoś ze swojego życia współczesna technologia. Dziś jednak naszły mnie myśli dotyczące bardziej namacalnych pozostałości romansu, które zazwyczaj nawarstwiają się wprost proporcjonalnie do długości jego trwania. Mnie po ostatnim, długodystansowym (odległościowo), ale niezbyt długim (czasowo) związku, pozostał przede wszystkim bezprzewodowy internet, dwa szaliki w szkocką kratę i proszek do udrażniania rur. Po kolei.

Z internetem przerąbane, bo jaka szanująca się uzależniona od portali społecznościowych osoba wyrzuciłaby tak po prostu wraży router przez okno? Naprawdę bardzo lubię mieć możliwość wejść na Fejsika leżąc w łóżku, i kto to w ogóle słyszał, żeby pisać pracę magisterską na siedząco? Rozwiązanie: opanować pozycję dystansu w stosunku do owego routera, i nawet kiedy czasem podczas przenoszenia laptopa do łóżka na krawędzi świadomości pojawi się zarys myśli o tym, komu zawdzięczam tę możliwość, zatłuc bez litości jak pająka w wannie. Tym bardziej nie chcę sobie wyobrażać, co będzie, jeśli coś zacznie szwankować i będę musiała tłumaczyć panu technikowi, że ja nic nie wiem, to instalował mój były chłopak, który nie dość, że nie mówi po polsku, to do mnie nie odzywa się już w żadnym języku.
                                                        
Jeszcze gorzej z szalikami, które są przedmiotami o charakterze znacznie bardziej osobistym i wściekle nacechowanym emocjonalnie, czytaj: aktualnie ich widok wywołuje u mnie efekt gorszy niż „Titanic” i „Trędowata” razem wzięte. Na szczęście, póki co mamy gorące lato a szmatki owe mają charakter jesienno-zimowy,  pozostaje więc mieć nadzieję, że nim liście rozpłomienią się na dobre, serce zdąży się już nieco scalić i będę mogła znowu robić szał tartanem MacDonaldów. Alternatywne rozwiązania na wypadek, jakby się jednak nie zagoiło: spalić, oddać, zakopać w ziemi, tylko proszę, niech nikt mi nawet nie wspomina o Allegro - jedyna korzyść finansowa, jaką moje wysoko rozwinięte poczucie moralności pozwoliłoby mi odnieść z rozstania, to tantiemy z Wybitnej Powieści o Trudnych Związkach, do której może mnie wreszcie (!) zainspiruje.

I jeszcze ten cholerny proszek. Dopóki nie pojawił się On, żyłam sobie radośnie z pozatykanymi zlewami i wanną, kompletnie się nie zastanawiając nad marnością swojej egzystencji. Niestety, mieszkanie z kimś przez kilka dni poza porywami ciała i ducha oznacza także, jak się okazało (nie śmiać się, byłam troszkę nieuświadomiona), że kupujemy razem papier toaletowy i „kreta”. Macie pojęcie, jakie to uczucie, doznawać bolesnego drżenia serca przy każdym udrażnianiu odpływu? I co, może ów wspaniały wynalazek też mam wyrzucić i polecieć do Carrefoura po nową butelkę? Jak dobrze, że przynajmniej papier toaletowy nie przetrwał tak długo, to  dopiero groziłoby bolesnymi dylematami…

A poważnie mówiąc, szkoda mi tak naprawdę każdego przedmiotu, wiadomości czy zdjęcia, niezależnie od tego, jaki los postanowię im ostatecznie zgotować – bo każda z tych rzeczy nosi na sobie jakieś piętno silnego uczucia, i dla idiotycznie sentymentalnych ludzi takich jak ja pożegnanie się z nimi jest niemal bardziej bolesne niż to „właściwe” rozstanie. Może dlatego, że w przeciwieństwie do osoby, z którą zrywamy, która okazała się taka-i-owaka, i zawiodła i zraniła, przedmioty i wiadomości są na zawsze niewinne, trochę zaklęte w czasie, należące wyłącznie do tej bardziej radosnej, prostszej i pełnej nadziei przeszłości, która je zrodziła. I nie ma najmniejszego znaczenia, że potem już wszystko, wszystko poszło źle.

Tak oto zaklęłam magię w proszku do udrażniania rur.

wtorek, 24 lipca 2012

Latom 90-tym z miłością

Pora napisać coś lekkiego i zabawnego, bo kiedy nic już nie jest ani lekkie, ani zabawne, pozostaje jedynie szukanie zapomnienia w potoku własnych niezobowiązujących słów. A cóż może być bardziej rozrywkowego niż przeszłość, która jest już na tyle odległa, że nie wiążą się z nią żadne oczekiwania? Mem „problemy lat 90-tych” (http://afternoonsnoozebutton.com/post/26515631154/pleatedjeans-best-of-the-1990s-problems-meme) (nadal nie umiem wstawiać hyperlinków) przypomniał mi moje własne problemy z owych czasów.

Słyszałam opowieści o dziewczynkach, które zwalniały się wcześniej z lekcji, żeby zdążyć na kolejny odcinek „Klanu” – w moim przypadku aż tak źle nie było, niemniej „pierwsza polska telenowela” zdecydowanie przez pewien czas królowała w moim życiu. Najlepiej zapamiętałam odcinki, w których blok Grażynki i Rysia (RIP) stał się siedzibą burdelu. Była tam jedna straszliwa scena, gdzie nieco nazbyt podekscytowany klient owego przybytku napastuje Grażynkę nocną porą na klatce schodowej – nie wiem, może dlatego, że byłam jeszcze dzieciakiem, ale w mojej pamięci epizod ów mógłby rywalizować z najstraszniejszym horrorem ("Blair Witch" może iść się kochać!), trauma po nim trwała u mnie tygodniami i wątku burdelowego nie zapomnę nigdy, choćbym dożyła 90-tki i doczekała się stadka prawnucząt.

Wszystko co związane z telefonami stacjonarnymi jest również niezmiernie zabawne. Chodzi nie tylko o uniemożliwiającą prywatność długość kabla telefonicznego, czy znajomych, którzy wyszli z domu, a w międzyczasie okazało się, że lepiej, gdyby jednak nie przychodzili – dla mnie osobiście szczytem stresu było dzwonienie do koleżanek, gdy miałam świadomość, że odebrać mogą ich rodzice. Niezależnie od tego, jak bardzo byli oni sympatyczni i jak bardzo mnie lubili, konieczność przedstawienia się i poproszenia do telefonu Kasi/Oli/Ani/itd. przyprawiało mnie o silną nerwicę i do dziś jeszcze tym tłumaczę sobie przyśpieszone bicie serca, kiedy muszę zadzwonić do kogokolwiek, nawet do mężczyzny własnego albo takiego, który chciałabym, żeby był własnym, nawet na komórkę. Jak dobrze, że są sms-y, chociaż czekanie aż komórka wyda z siebie piśnięcie też potrafi wywołać u mnie zimne poty. No, ale jak widać są ludzie i neurotycy, nie mogę chyba winić za to lat 90-tych.

Inna komiczna sytuacja: odwiedziny z rodzicami u znajomych mieszkających w mieście położonym około 100 km od naszego. Wiele lat, nim czasownik „ogarniać” stał się modny, my już nie ogarnialiśmy gremialnie, toteż wsiedliśmy do pociągu jadącego w odwrotnym kierunku. Po zorientowaniu się w sytuacji i powrocie do punktu wyjścia okazało się, że nie mamy adresu znajomych (mieli czekać na dworcu, ale przecież kilka godzin później czekać już nie będą). Tak więc nastąpił powrót taty do domu, bynajmniej nie mający na celu zadzwonienia do owych znajomych, bo nawet nie posiadali oni telefonu stacjonarnego, jedynie zdobycie ich adresu, jako że nawet nie mieliśmy go przy sobie. Wreszcie udało się złapać kolejny pociąg, jadący już we właściwą stronę, przez cały czas bez możliwości szybkiego poinformowania przyjaciół o dramatyczno-żałosnym rozwoju wydarzeń. (Trochę szkoda, że nie mieli telefonu, bo budki telefoniczne to też skarbnica opowieści i nigdy nie zapomnę o wieloosobowych kolejkach w małych nadmorskich miejscowościach, ustawiających się, by opowiedzieć najbliższym o stanie pogody i temperaturze Bałtyku, jak również pani, która po kilkunastu minutach trajkotania wydała z siebie wreszcie radosne "Kończę, muszę jeszcze zadzwonić do babci!", wywołując w tym jęk zawodu około dziesięciu osób czekających z kartami TP w ręku.)

I to nagrywanie na kasety piosenek z radia! Miałam o tyle szczęścia, że nawet jeśli kilka sekund zajęte było przez rozgadanego „DJ-a”, to na ogół był nim pan Niedźwiecki, w którym kochałam się straszliwie i byłabym w stanie wszystko mu wybaczyć. Hm, w tej akurat sytuacji czas przeszły niekoniecznie ma zastosowanie… Tylko nagrywać już nie ma sensu, nawet gdy na pierwszym miejscu przez dwadzieścia tygodni króluje Gotye.

I jeszcze wypożyczalnie kaset! Niekończące się szeregi bajek, często wypożyczanych po dziesięć razy, jakieś amerykańskie komedie, irytacja, gdy poprzedni klient nie przewinął taśmy, albo gdy była zanieczyszczona i trzeba było użyć kasety czyszczącej. I regał z filmami erotycznymi, które zdawały się wtedy szczytem nieosiągalności i grozy, że aż strach było rzucić choćby ukradkowe spojrzenie na te wszystkie gołe panie.

Z projektami szkolnymi nie było tak źle, jeśli miało się w domu masę książek, w tym oczywiście encyklopedie, które dzisiaj zalegają w piwnicach albo porastają kurzem w tylnich rzędach półek. Tele Tydzień, bez którego nie wiadomo byłoby, o której ulubiona telenowela (ta brazylijska, ze śliczną dziewczyną), książka telefoniczna, używana choćby do znalezienia numeru telefonu przystojnego nauczyciela, a potem głośnych westchnień nad jego nazwiskiem i adresem. (Czy mieszka daleko, czy jest szansa na niego wpaść? Oby tylko nie był z żoną i dziećmi. Wszystko w porządku, nie było jeszcze wtedy słowa „stalking”!)

I gry na konsoli, dzień w dzień, zwłaszcza w wakacje, kiedy przyjeżdżał mój kuzyn, aż się zepsuła do szczętu. Możemy znowu zagrać w Contrę albo tanki, ale jeśli chcesz grać w Mario, to ty będziesz Luigi, musisz mi ustąpić, tylko nie w szczepionkę. A potem pierwszy komputer i fatalnie działający, śpiewający milionem rozedrganych głosów, gdy usiłował nawiązać połączenie, internet, i ilość miejsca na dysku tak mała, że zdjęcia mężczyzn, w których się wówczas kochałam, trzeba było zapisywać na dyskietkach. Mężczyźni zmieniali się rok po roku, tak jak zmieniały się zainteresowania, ci dawni siłą rzeczy szli w zapomnienie, skoro telewizja nie pokazywała już „Ptaków ciernistych krzewów”, którego DVD dopiero po latach zakupiłam na Allegro w przypływie nostalgii za księdzem Ralphem. „Klan” też nie był już nawet w połowie tak ciekawy odkąd burdel zamknięto i nikt nikogo nie molestował na klatce.

Piękne jest to angielskie określenie „memory lane”, próbuję je czymś zastąpić i mam problem. Każda próba tłumaczenia po polsku brzmi pretensjonalnie i nie ma w sobie nic z urody Natalii Oreiro wirującej w czołówce „Zbuntowanego anioła”. Nie, nie zawróciłabym czasu, gdybym mogła, zawsze przecież mogę sobie włączyć Spice Girls na youtubie i wysłać na fejsie wiadomość do dawnych znajomych. Tylko czasem jest mi smutno, gdy sobie to wszystko przypomnę i uświadomię, że Rysiek już nie żyje i nie ocali więcej Grażynki przed zboczeńcem.