sobota, 16 lutego 2013

Książki niekochane



Do napisania niniejszego posta zainspirowała mnie koleżanka, pytając, jak to możliwe, że w moim świecie istnieją książki niechciane. Pozbyłam się właśnie ostatnio paru takich, w miarę możliwości wstawiając je do antykwariatu, głównie po to, żeby zrobić miejsce na półkach na nowych autorów i nowe historie. Mam wrażenie, nie, raczej mam świadomość, że z każdym rokiem moje zacofanie technologiczne się pogłębia – iPhony i cała reszta interesują mnie mniej niż zeszłoroczny śnieg (w kwestii owego przynajmniej mam czasem coś do powiedzenia, i jest to na pewno więcej niż „O jaki fajny masz telefon, O BOŻE JAK SIĘ NA TYM PISZE?!”), podobnie ma się sprawa z elektronicznymi czytnikami książek (nawet nie wiem, czy to  odpowiedni termin? Może jest on niepoprawny politycznie?...)

Kocham szelest kartek, zapach papieru i te sprawy, podobni do mnie prehistoryczni ludzie pewnie już nieraz o tym pisali. Krótko mówiąc, potrzebuję miejsca na moich półkach ewentualnie w moich pudłach, najlepiej DUŻO i TERAZ. Czasem musi więc dojść do rozstania, które staram się sobie osłodzić, wybierając tomy z którymi jak najmniej jestem związana emocjonalnie, i tak właśnie zrobiłam ostatnio.

Pierwsza kategoria: książki z tamtych lat. Nie, nie chodzi bynajmniej o ukochane opowieści z dzieciństwa, bo te nadal trzymam na wypadek złego humoru i oczywiście celem być może podzielenia się nimi pewnego dnia z własnym potomstwem. Swoją drogą, mój Tata zrobił tak samo, tyle że okazało się, że  nie wszystkie zainteresowania mu się z potomstwem pokrywają. Tak więc dom zawalają obecnie stare westerny (jego), Ferdynandy Wspaniałe (nasze), szkolne historie Niziurskiego (tak bardzo nasze!) czy Siesicka (no moja, moja, trochę to wypada genderowo-stereotypowo, wiem, ale książki przygodowe czy kryminały też czytałam, tylko te westerny mnie potwornie nudziły) i jeszcze spokojnie co najmniej z setka innych.

Nie, „tamte lata” to okres późniejszy, naznaczony pasjami, od których potem się odsunęłam. Nie da się ukryć, że głównie była to historia – marzyłam w gimnazjum, żeby ją studiować (tak, tak, potem zapewne nakładałabym keczup do frytek w Macu czy jak to tam idą te zabawne do rozpuku pojazdy z humanistów), toteż moje półki zastawiają książki pokroju „Sejmów II Rzeczpospolitej” (ona chyba właśnie poszła w diabły na pierwszy ogień, ale to jeszcze nic przy moim Tacie, na którego półce dumnie stoi „Konfederacja barska” bodajże w dwóch tomach), bynajmniej nie wszystkie przeczytane, coby ktoś z Czytelników nie wpadł w nieuzasadniony podziw. O ile o historii najnowszej jeszcze czasem lubię coś poczytać, tak już niespecjalnie chce mi się wnikać w to, jakie były założenia reformy Grabskiego. A nawet gdyby naszła mnie taka ochota, no cóż, MAM INTERNET… I okazuje się, że nawet moje zacofanie technologiczne ma swoje granice.

Druga kategoria: książki złe. Nic nie jest tak proste, jak się wydaje. Znalazłam głównie złe książki autorów których za inne dokonania kocham, po czym uznałam, że nie jestem skłonna im wybaczyć tych po-tworków. Na przykład taki Arthur Conan Doyle i jego książki science-fiction. Nie wiem, jak wyglądają te wszystkie „Trujące pasma” i tym podobne z perspektywy miłośnika/-czki gatunku, ale z punktu widzenia miłośniczki Sherlocka Holmesa wyglądają jak grafomania. I mój ukochany Niziurski, ale nie w wersji rewelacyjnych komunistycznych przygodówek, tylko fatalnych przygodówek z początku lat 90-tych (ten nieszczęsny Bąbel i Syfon!). Czemuż ach czemuż kapitalizm odebrał niektórym pisarzom/reżyserom talent?

Krótko mówiąc, nie za te książki powyższych pisarzy szanuję, toteż wybieram słodkie zapomnienie. Borys Akunin, z kolei, jest współczesnym autorem, który tworzy kryminały rozgrywające się w XIX wieku i jednego z nich dorobiłam się na półce, nawet mi się zresztą podobał. Niestety, wyczytałam gdzieś niedawno, że jego książki zawierają masę błędów historycznych i zrobiło mi się łyso. To chyba poczucie winy niespełnionego historyka, ale precz z mej pamięci!

Kolejnej książki chyba nikt nie będzie mi miał za złe. „Władca Pierścieni”, tłumaczenie Łozińskiego… Tu pozostaje mi tylko dodać: ja miałam zaledwie –naście lat i naprawdę nie wiedziałam…

Trzecia kategoria: książki jednorazowe. Sorry, kochanie, było przyjemnie, ale się pożegnamy. Czasem do końca sama nie rozumiem co mną kieruje przy podejmowaniu decyzji co do jednorazowości danej książki. Zawala mi dom chyba z 15 książek Harlana Cobena zarówno w oryginale jak i tłumaczeniu (kupowałam zależnie od nastroju), ale póki co nie mam serca ich wyrzucić. I tak nie pamiętam już za cholerę, co było w której, mam tylko ogólne wrażenie że w USA wielu ludzi umiera a potem ożywa po latach, ewentualnie są porywani, rodzina zdąży ich dziesięć razy opłakać, po czym się odnajdują (również po latach) – często są to ukochane żony, mężowie albo córki. Inne zawiłości fabuły jakoś mi umknęły.

Tak więc Coben nie, bo może zacznę go dla rozrywki czytać od nowa (mentalna notatka do samej siebie – czytaj to co już masz skoro nic nie pamiętasz, ZAMIAST KUPOWAĆ NOWE), ale już „3096 dni” Nataschy Kampusch to typowa „jednorazówka”. Natascha była przez ponad 8 lat przetrzymywana w piwnicy przez austriackiego pedofila – więc jej wspomnienia są takie, jak mają być: przykre i wstrząsające, acz również wciągające i trzymające w napięciu. Umówmy się jednak, że nie jest to wielka literatura i ciężko mi sobie wyobrazić, czemu ktoś miałby tę książkę czytać kilka razy (ani się w niej zakochać, ani tak do końca przy niej odprężyć, ani zachwycić stylem). Do zobaczenia w antykwariacie.

Jest jeszcze kategoria oczekująca – książki, których już wiem, że nie przeczytam. „Oczekująca”, bo jeszcze nie jestem na tym etapie w życiu. Wydaje mi się póki co, że zdołam przeczytać wszystko (z wyjątkiem „Sejmów II Rzeczpospolitej”), że mam masę czasu, aby się przebić przez Prousta, „Ulissesa”, czy (NAPRAWDĘ!) „Finnegans Wake” (skoro już jesteśmy przy temacie, to: „Czy to Perrichon i Bastienne czy ciężki Humph i lekka Nan Ricqueracqbrimbillyjicqueyjocqjolicass? Siej mówisz, dullcisamica? A i aa ab ad abu abiad. Babbel man dub na rów łez.”) Ale pewnie z wiekiem będzie mi mijać, czasu będzie coraz mniej, będę się chciała pozbyć książek, które będą mi o tym przypominać, może zdecyduję się jednak wracać do tych ukochanych, zamiast unosić się ambicją i “przemęczać” te najcięższe. Kto to może wiedzieć? A i aa ab ad abu abiad.

(Fragmenty “Finneganów Trenu” w przekł. Krzysztofa Bartnickiego.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz