Do napisania niniejszego posta zainspirowała mnie
koleżanka, pytając, jak to możliwe, że w moim świecie istnieją książki
niechciane. Pozbyłam się właśnie ostatnio paru takich, w miarę możliwości
wstawiając je do antykwariatu, głównie po to, żeby zrobić miejsce na półkach na
nowych autorów i nowe historie. Mam wrażenie, nie, raczej mam świadomość, że z
każdym rokiem moje zacofanie technologiczne się pogłębia – iPhony i cała reszta
interesują mnie mniej niż zeszłoroczny śnieg (w kwestii owego przynajmniej mam
czasem coś do powiedzenia, i jest to na pewno więcej niż „O jaki fajny masz
telefon, O BOŻE JAK SIĘ NA TYM PISZE?!”), podobnie ma się sprawa z
elektronicznymi czytnikami książek (nawet nie wiem, czy to odpowiedni
termin? Może jest on niepoprawny politycznie?...)
Kocham szelest kartek, zapach papieru i te
sprawy, podobni do mnie prehistoryczni ludzie pewnie już nieraz o tym pisali.
Krótko mówiąc, potrzebuję miejsca na moich półkach ewentualnie w moich pudłach,
najlepiej DUŻO i TERAZ. Czasem musi więc dojść do rozstania, które staram się
sobie osłodzić, wybierając tomy z którymi jak najmniej jestem związana
emocjonalnie, i tak właśnie zrobiłam ostatnio.
Pierwsza kategoria: książki z tamtych lat. Nie,
nie chodzi bynajmniej o ukochane opowieści z dzieciństwa, bo te nadal trzymam
na wypadek złego humoru i oczywiście celem być może podzielenia się nimi
pewnego dnia z własnym potomstwem. Swoją drogą, mój Tata zrobił tak samo, tyle
że okazało się, że nie wszystkie zainteresowania mu się z potomstwem pokrywają.
Tak więc dom zawalają obecnie stare westerny (jego), Ferdynandy Wspaniałe
(nasze), szkolne historie Niziurskiego (tak bardzo nasze!) czy Siesicka (no
moja, moja, trochę to wypada genderowo-stereotypowo, wiem, ale książki
przygodowe czy kryminały też czytałam, tylko te westerny mnie potwornie
nudziły) i jeszcze spokojnie co najmniej z setka innych.
Nie, „tamte lata” to okres późniejszy, naznaczony
pasjami, od których potem się odsunęłam. Nie da się ukryć, że głównie była to
historia – marzyłam w gimnazjum, żeby ją studiować (tak, tak, potem zapewne
nakładałabym keczup do frytek w Macu czy jak to tam idą te zabawne do rozpuku
pojazdy z humanistów), toteż moje półki zastawiają książki pokroju „Sejmów II
Rzeczpospolitej” (ona chyba właśnie poszła w diabły na pierwszy ogień, ale to
jeszcze nic przy moim Tacie, na którego półce dumnie stoi „Konfederacja barska”
bodajże w dwóch tomach), bynajmniej nie wszystkie przeczytane, coby ktoś z
Czytelników nie wpadł w nieuzasadniony podziw. O ile o historii najnowszej
jeszcze czasem lubię coś poczytać, tak już niespecjalnie chce mi się wnikać w
to, jakie były założenia reformy Grabskiego. A nawet gdyby naszła mnie taka
ochota, no cóż, MAM INTERNET… I okazuje się, że nawet moje zacofanie
technologiczne ma swoje granice.
Druga kategoria: książki złe. Nic nie jest tak
proste, jak się wydaje. Znalazłam głównie złe książki autorów których za inne
dokonania kocham, po czym uznałam, że nie jestem skłonna im wybaczyć tych
po-tworków. Na przykład taki Arthur Conan Doyle i jego książki science-fiction.
Nie wiem, jak wyglądają te wszystkie „Trujące pasma” i tym podobne z
perspektywy miłośnika/-czki gatunku, ale z punktu widzenia miłośniczki
Sherlocka Holmesa wyglądają jak grafomania. I mój ukochany Niziurski, ale nie w
wersji rewelacyjnych komunistycznych przygodówek, tylko fatalnych przygodówek z
początku lat 90-tych (ten nieszczęsny Bąbel i Syfon!). Czemuż ach czemuż
kapitalizm odebrał niektórym pisarzom/reżyserom talent?
Krótko mówiąc, nie za te książki powyższych
pisarzy szanuję, toteż wybieram słodkie zapomnienie. Borys Akunin, z kolei,
jest współczesnym autorem, który tworzy kryminały rozgrywające się w XIX wieku
i jednego z nich dorobiłam się na półce, nawet mi się zresztą podobał.
Niestety, wyczytałam gdzieś niedawno, że jego książki zawierają masę błędów
historycznych i zrobiło mi się łyso. To chyba poczucie winy niespełnionego
historyka, ale precz z mej pamięci!
Kolejnej książki chyba nikt nie będzie mi miał za
złe. „Władca Pierścieni”, tłumaczenie Łozińskiego… Tu pozostaje mi tylko dodać:
ja miałam zaledwie –naście lat i naprawdę nie wiedziałam…
Trzecia kategoria: książki jednorazowe. Sorry,
kochanie, było przyjemnie, ale się pożegnamy. Czasem do końca sama nie rozumiem
co mną kieruje przy podejmowaniu decyzji co do jednorazowości danej książki.
Zawala mi dom chyba z 15 książek Harlana Cobena zarówno w oryginale jak i
tłumaczeniu (kupowałam zależnie od nastroju), ale póki co nie mam serca ich
wyrzucić. I tak nie pamiętam już za cholerę, co było w której, mam tylko ogólne
wrażenie że w USA wielu ludzi umiera a potem ożywa po latach, ewentualnie są
porywani, rodzina zdąży ich dziesięć razy opłakać, po czym się odnajdują
(również po latach) – często są to ukochane żony, mężowie albo córki. Inne zawiłości
fabuły jakoś mi umknęły.
Tak więc Coben nie, bo może zacznę go dla
rozrywki czytać od nowa (mentalna notatka do samej siebie – czytaj to co już
masz skoro nic nie pamiętasz, ZAMIAST KUPOWAĆ NOWE), ale już „3096 dni”
Nataschy Kampusch to typowa „jednorazówka”. Natascha była przez ponad 8 lat
przetrzymywana w piwnicy przez austriackiego pedofila – więc jej wspomnienia są
takie, jak mają być: przykre i wstrząsające, acz również wciągające i
trzymające w napięciu. Umówmy się jednak, że nie jest to wielka literatura i
ciężko mi sobie wyobrazić, czemu ktoś miałby tę książkę czytać kilka razy (ani
się w niej zakochać, ani tak do końca przy niej odprężyć, ani zachwycić
stylem). Do zobaczenia w antykwariacie.
Jest jeszcze kategoria oczekująca – książki,
których już wiem, że nie przeczytam. „Oczekująca”, bo jeszcze nie jestem na tym
etapie w życiu. Wydaje mi się póki co, że zdołam przeczytać wszystko (z
wyjątkiem „Sejmów II Rzeczpospolitej”), że mam masę czasu, aby się przebić
przez Prousta, „Ulissesa”, czy (NAPRAWDĘ!) „Finnegans Wake” (skoro już jesteśmy
przy temacie, to: „Czy to Perrichon i Bastienne czy ciężki Humph i lekka Nan
Ricqueracqbrimbillyjicqueyjocqjolicass? Siej mówisz, dullcisamica? A i aa ab ad
abu abiad. Babbel man dub na rów łez.”) Ale pewnie z wiekiem będzie mi mijać,
czasu będzie coraz mniej, będę się chciała pozbyć książek, które będą mi o tym
przypominać, może zdecyduję się jednak wracać do tych ukochanych, zamiast
unosić się ambicją i “przemęczać” te najcięższe. Kto to może wiedzieć? A i aa
ab ad abu abiad.
(Fragmenty
“Finneganów Trenu” w przekł. Krzysztofa Bartnickiego.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz