poniedziałek, 11 lutego 2013

Amerykański film i moment zatrzymania


Zastanawiałam się od dawna, czemu filmy amerykańskie próbujące ukazać inne kultury i kraje są tak bardzo złe. Oczywiście, można by się z miejsca kłócić, że Stany są „tyglem kulturowym” i mówienie o kulturze amerykańskiej jako jednolitym zjawisku jest ryzykowne. Mam jednak na myśli dzieła made in USA, których akcja rozgrywa się poza ich terenem, usiłujące przekonująco pokazać kraje na przykład azjatyckie czy europejskie, tak więc wymagające od amerykańskich filmowców odrobienia solidnej pracy domowej.

W praktyce wygląda to zazwyczaj mniej więcej tak, jak jeden z odcinków Detektywa Monka, w którym Joanna Pacuła zagrała dziewczynę ze zmyślonego kraju słowiańskiego, gdzie są rzeźnicy wymordowujący całe wioski, słowiańskie jedzenie, i do tego mówi się w śmiesznym języku. Krótko mówiąc, wrzucamy trochę dekoracji i stereotypów do jednego worka i serwujemy jako egzotyczną potrawę. Smacznego.

Dlatego też nie podobały mi się, żeby podać tylko kilka przykładów, Wyznania gejszy, Anna Karenina z 1997 roku (gdzie na doczepkę mamy jeszcze piękną jak zawsze Sophie Marceau, chyba po to, żeby było bardziej EUROPEJSKO – powstrzymałam się przed dodaniem w tym miejscu dziesięciu wykrzykników i słowa „jeden”, ale przed caps lockiem już nie dało rady) czy O północy w Paryżu.

Temu ostatniemu chciałam poświęcić szczególną uwagę, bo przerost rekwizytów nad treścią jest w nim wyjątkowo rażący. Główny bohater jest dość mdłym amerykańskim chłopcem, jego narzeczona „się nie nadaje” (jak nasze babcie zwykły określać nieodpowiednich dla nas mężczyzn), ale nic to, bo w sklepie (a może na targu? Nie pamiętam, nie każcie mi oglądać drugi raz...) pracuje cud dziewczyna, która podobnie jak on czuje bluesa. (I zdaje się, że oboje kochają Paryż w deszczu - na ile pamiętam, to jest zrobione zupełnie bez ironii, po prostu druga laska się nadaje, bo kocha Paryż w deszczu - uwierzycie, że ten sam reżyser miał dawno temu talent i stworzył postać Annie Hall??)

Żeby te ich nudne problemy toczyły się w NY, dałabym spokój, ale wykorzystanie Paryża jako pocztówki podkreśla tylko, że twórcy nie mają bladego pojęcia o prawdziwej Europie i postrzegają nasz kontytent z punktu widzenia turysty strzelającego fotki. Swoją drogą, wszystkie prawie miejsca ukazane w tym filmie widziałam z Triadą w czasie wycieczki autokarowej, co raczej nienajlepiej świadczy o oryginalności ich doboru. Bla bla wieża Eiffla bla muzeum Rodina bla łaaaał, Carla Bruni! (Na jakieś trzy minuty. Po co? Dlaczego? Żeby było EUROPEJSKO.)

Oszczędzę sobie już pastwienia się nad zbrodnią dokonaną na postaciach historycznych w scenach podróży w czasie – powiem tylko, że Dali czy Stein są w tym filmie jedynie (moim zdaniem mało zabawnymi) karykaturami samych siebie, naszkicowanymi chyba według notek z Wikipedii.

Swoją drogą – byłam wściekła, że ten film dostał Oscara za scenariusz, dokąd nie uświadomiłam sobie, że Oscary są przyznawane przez podstarzałych białych mężczyzn (http://www.cbsnews.com/8301-215_162-57383854/who-decides-oscar-winners-white-men-over-60/), więc może już pora przestać się ekscytować nagrodą, która nijak nie odzwierciedla gustu amerykańskiego społeczeństwa.

Zaczynam jednak rozumieć, czemu wyżej wymienione i inne pokrewne dzieła napełniają mnie takim niesmakiem. Brakuje mi w nich tego, co nazwałabym „momentem zatrzymania”. Skonfrontowana z kulturą, która jest mi obca – choćby francuską, japońską czy rosyjską – chciałabym od czasu do czasu przeżyć moment, w którym nie rozumiem, w którym jestem Anglikiem w Nowym Jorku i mam poczucie dziwności i wyobcowania, a może nawet i pewnej wrogości. Chcę się nauczyć czegoś nowego, chcę poznać inną mentalność – i TAK, niech to będzie też i mentalność amerykańska, ale ta prawdziwa, a nie przebrana w kimono.

Czasem to „zatrzymanie” trwa tak długo, że nagle uświadamiam sobie, że nie jestem mile widzianym gościem. Filmy Hayao Miyazakiego są dla mnie „zbyt japońskie”, historia mnie nie wciąga i nie rozumiem odniesień kulturowych, nie widzę tam dla siebie miejsca – trudno, przynajmniej wiem, że obcowałam z czymś autentycznym, a nie podróbką.

Na zakończenie przykład pozytywny amerykańskiej kreatywności. Friedrich Dürrenmatt pisał w sposób bardzo „szwajcarski”, krytykując znane mu społeczeństwo i jego przywary. Jednak amerykańska ekranizacja The Pledge: Requiem for the Detective Novel z Jackiem Nicholsonem w roli głównej jest według mnie filmem wspaniałym. Dlaczego? Bo przeniesiono akcję w realia amerykańskie, szukając (uwaga, teraz będzie coś bardzo ważnego!) wspólnych mianowników.

Zamiast więc przebierać bohaterów za Szwajcarów, reżyser Sean Penn skupił się na treści dzieła – szaleństwie, obsesji, subiektywności prawdy, starzeniu i samotności. Dekoracje też są, a i owszem – przepiękne zdjęcia nakręcone w Kanadzie (mającej chyba naśladować któryś z północnych stanów USA – proszę mnie poprawić, jeśli się mylę) i do tego bohaterowie, bardzo dürrenmattowscy, bo zdziwaczali, przeciętni, brzydcy ciałem i duchem, autentyczni. I nie trzeba wcale było kazać im jodłować, żeby oddać ducha historii Dürrenmatta.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz