Zastanawiałam się od
dawna, czemu filmy amerykańskie próbujące ukazać inne kultury i kraje są tak
bardzo złe. Oczywiście, można by się z miejsca kłócić, że Stany są „tyglem
kulturowym” i mówienie o kulturze amerykańskiej jako jednolitym zjawisku jest
ryzykowne. Mam jednak na myśli dzieła made in USA, których akcja
rozgrywa się poza ich terenem, usiłujące przekonująco pokazać kraje na przykład
azjatyckie czy europejskie, tak więc wymagające od amerykańskich filmowców
odrobienia solidnej pracy domowej.
W praktyce wygląda to
zazwyczaj mniej więcej tak, jak jeden z odcinków Detektywa Monka, w
którym Joanna Pacuła zagrała dziewczynę ze zmyślonego kraju słowiańskiego,
gdzie są rzeźnicy wymordowujący całe wioski, słowiańskie jedzenie, i do tego
mówi się w śmiesznym języku. Krótko mówiąc, wrzucamy trochę dekoracji i
stereotypów do jednego worka i serwujemy jako egzotyczną potrawę. Smacznego.
Dlatego też nie podobały
mi się, żeby podać tylko kilka przykładów, Wyznania gejszy, Anna
Karenina z 1997 roku (gdzie na doczepkę mamy jeszcze piękną jak zawsze
Sophie Marceau, chyba po to, żeby było bardziej EUROPEJSKO – powstrzymałam się
przed dodaniem w tym miejscu dziesięciu wykrzykników i słowa „jeden”, ale przed
caps lockiem już nie dało rady) czy O północy w Paryżu.
Temu ostatniemu chciałam
poświęcić szczególną uwagę, bo przerost rekwizytów nad treścią jest w nim
wyjątkowo rażący. Główny bohater jest dość mdłym amerykańskim chłopcem, jego
narzeczona „się nie nadaje” (jak nasze babcie zwykły określać nieodpowiednich dla
nas mężczyzn), ale nic to, bo w sklepie (a może na targu? Nie pamiętam, nie
każcie mi oglądać drugi raz...) pracuje cud dziewczyna, która podobnie jak on
czuje bluesa. (I zdaje się, że oboje kochają Paryż w deszczu - na ile pamiętam,
to jest zrobione zupełnie bez ironii, po prostu druga laska się nadaje, bo
kocha Paryż w deszczu - uwierzycie, że ten sam reżyser miał dawno temu talent i
stworzył postać Annie Hall??)
Żeby te ich nudne
problemy toczyły się w NY, dałabym spokój, ale wykorzystanie Paryża jako
pocztówki podkreśla tylko, że twórcy nie mają bladego pojęcia o prawdziwej
Europie i postrzegają nasz kontytent z punktu widzenia turysty strzelającego
fotki. Swoją drogą, wszystkie prawie miejsca ukazane w tym filmie widziałam z
Triadą w czasie wycieczki autokarowej, co raczej nienajlepiej świadczy o
oryginalności ich doboru. Bla bla wieża Eiffla bla muzeum Rodina bla łaaaał,
Carla Bruni! (Na jakieś trzy minuty. Po co? Dlaczego? Żeby było EUROPEJSKO.)
Oszczędzę sobie już
pastwienia się nad zbrodnią dokonaną na postaciach historycznych w scenach
podróży w czasie – powiem tylko, że Dali czy Stein są w tym filmie jedynie
(moim zdaniem mało zabawnymi) karykaturami samych siebie, naszkicowanymi chyba
według notek z Wikipedii.
Swoją drogą – byłam
wściekła, że ten film dostał Oscara za scenariusz, dokąd nie uświadomiłam
sobie, że Oscary są przyznawane przez podstarzałych białych mężczyzn (http://www.cbsnews.com/8301-215_162-57383854/who-decides-oscar-winners-white-men-over-60/),
więc może już pora przestać się ekscytować nagrodą, która nijak nie
odzwierciedla gustu amerykańskiego społeczeństwa.
Zaczynam jednak
rozumieć, czemu wyżej wymienione i inne pokrewne dzieła napełniają mnie takim
niesmakiem. Brakuje mi w nich tego, co nazwałabym „momentem zatrzymania”.
Skonfrontowana z kulturą, która jest mi obca – choćby francuską, japońską czy
rosyjską – chciałabym od czasu do czasu przeżyć moment, w którym nie rozumiem,
w którym jestem Anglikiem w Nowym Jorku i mam poczucie dziwności i wyobcowania,
a może nawet i pewnej wrogości. Chcę się nauczyć czegoś nowego, chcę poznać
inną mentalność – i TAK, niech to będzie też i mentalność amerykańska, ale ta
prawdziwa, a nie przebrana w kimono.
Czasem to „zatrzymanie”
trwa tak długo, że nagle uświadamiam sobie, że nie jestem mile widzianym
gościem. Filmy Hayao Miyazakiego są dla mnie „zbyt japońskie”, historia mnie
nie wciąga i nie rozumiem odniesień kulturowych, nie widzę tam dla siebie
miejsca – trudno, przynajmniej wiem, że obcowałam z czymś autentycznym, a nie
podróbką.
Na zakończenie przykład
pozytywny amerykańskiej kreatywności. Friedrich Dürrenmatt pisał w sposób
bardzo „szwajcarski”, krytykując znane mu społeczeństwo i jego przywary. Jednak
amerykańska ekranizacja The Pledge: Requiem for the Detective Novel z
Jackiem Nicholsonem w roli głównej jest według mnie filmem wspaniałym.
Dlaczego? Bo przeniesiono akcję w realia amerykańskie, szukając (uwaga, teraz
będzie coś bardzo ważnego!) wspólnych mianowników.
Zamiast więc przebierać
bohaterów za Szwajcarów, reżyser Sean Penn skupił się na treści dzieła –
szaleństwie, obsesji, subiektywności prawdy, starzeniu i samotności. Dekoracje
też są, a i owszem – przepiękne zdjęcia nakręcone w Kanadzie (mającej chyba
naśladować któryś z północnych stanów USA – proszę mnie poprawić, jeśli się
mylę) i do tego bohaterowie, bardzo dürrenmattowscy, bo zdziwaczali,
przeciętni, brzydcy ciałem i duchem, autentyczni. I nie trzeba wcale
było kazać im jodłować, żeby oddać ducha historii Dürrenmatta.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz