Chciałabym mieć coś, co będę mogła przeczytać, kiedy zatęsknię za Krakowem.
To będą tylko impresje ze szczyptą fikcji literackiej, żadnej publicystyki,
żadnej opinii na jakichkolwiek liczący się temat. Pewnie będę trochę zmyślać,
ale chyba już najwyższy czas, żeby znów zacząć, tak bardzo mi tego brakowało.
Chciałam przez chwilę zrelaksować się sama w Alchemii, bo lubię ponure
wnętrza rozświetlone świecami i stare
meble. Niestety, w międzyczasie przypomniały o sobie stresy, uwiesiłam się na
telefonie i nawet piwo za dziesięć złotych nie smakowało tak jak powinno, a
świece nie paliły się na żadnym stoliku, więc było mi jakoś głupio zapalać
swoją. Na zewnątrz też było smutno, turyści mieli kurtki przeciwdeszczowe i
wyglądali na zagubionych.
Wyszłam i skierowałam się w stronę przystanku Stradom. Przypomniało mi się,
jak dawno temu z koleżanką, z którą już się nie lubimy, radośnie zataczałyśmy
się (bo jakoś w wieku 19 lat bycie wstawionym po dwóch piwach nie było jeszcze
obciachem) tą samą ulicą, też wracając z Alchemii (tylko wtedy świeczki były
zapalone), i głośno chichotałyśmy, bo nazwa
ulicy przypominała nam jedną z licealnych nauczycielek. A potem powiedziałam
coś o byciu „pod Wawlem” i to też było tak straszliwie śmieszne.
Po drodze odkryłyśmy jeszcze hostel filmowy, nie jakiś rozbrajająco
ponury Motel Batesa, ale hostel z motywami filmowymi, o ile pamiętam, to pokoje
miały magiczne nazwy pochodzące od tytułów, a koło recepcji wisiało dużo
czarno-białych fotosów. Solennie przyrzekłyśmy zamieszkać tam następnym razem i
oczywiście nigdy więcej tam nie trafiłyśmy, a nasza znajomość przestała
istnieć, być może hostel też.
Teraz jednak byłam sama, i choć trochę wcześniej tak bardzo pragnęłam tej
samotności, nagle poczułam, że doganiają mnie obowiązki i smutki, a już w
tramwaju zrozumiałam, że właściwie to nawet mi się spieszy.
Kilka siedzeń przede mną siedziała kobieta w średnim wieku, do której z
radosnym bełkotem kleił się jakiś wyrostek. Założyłam automatycznie, że to jej
niepełnosprawny syn, widywałam nieraz podobne pary, irytowało mnie, że inni
pasażerowie tak się na nich gapią, już sobie tam w głowie układałam na własny
użytek traktat o nietolerancji w tym kraju. Tymczasem towarzysz kobiety nagle
odwrócił głowę tak, że mogłam zobaczyć jego twarz i okazało się, że to nie żaden
syn, a raczej jej mąż, bądź też – brzydkie słowo – konkubent - wąsaty pijaczek.
Właściwie to jednak oboje wyglądali na szczęśliwych.
Na kolejnym przystanku wsiadł człowiek o kulach i zaczął prosić o
pieniądze, wyglądał na takiego, co to za kołnierz nie wylewa. Nie jestem jakąś
największą obrończynią praw lokalnej żulerii (na przykład poziom ich higieny osobistej trochę mnie razi),
nie uważam też jednak, że należy ich (albo kogokolwiek innego)
publicznie upokarzać. Pieniędzy nie daję, bo nie mam, ale nie wygłaszam też
umoralniających przemów na temat etyki pracy. Tak czy inaczej, widząc
zbliżającego się inwalidę siedząca obok mnie starsza pani zerwała się jak
oparzona i pognała w stronę najbliższego wyjścia, mimo że do kolejnego
przystanku był jeszcze spory kawałek – ktoś kiedyś widział, żeby starsza osoba przed
czasem dobrowolnie zrezygnowała ze swojego siedzenia w transporcie publicznym?
Do tego żul był bardzo miły, mówił „proszę państwa” i „bardzo proszę”.
Byłam pewna, że wysiądzie przy jakimś większym węźle komunikacyjnym, i
oczywiście wysiadł pod Bagatelą, razem z dziwną parą, która wciąż wyglądała na
zadowoloną, mężczyzna paplał jak dziecko. Byłam trochę rozczarowana, bo miałam
nadzieję, że uda mi się wymyślić jakąś ciekawą historię z ich udziałem, ale
wyobraźnia mnie zawiodła, a może po prostu było za zimno.