sobota, 26 maja 2012

O, matko...


Poruszę dziś temat dość niepopularny, z którym zapewne większość osób nie będzie w stanie się zidentyfikować, ale ciąży mi na sercu ten 26 maja potwornie. Od lat najmłodszych jesteśmy wychowywani w swoistym kulcie matki. Już w szkole podstawowej uczy się nas wierszyków i piosenek o tej, co kochała i wychowała, żaden maj obejść się nie może bez wycinania i malowania dla niej kwiatuszków. Nie jestem osobą, której trzeba by tłumaczyć, jak bardzo w Polsce nie docenia się kobiet i ich poświęceń, ze szczególnym uwzględnieniem tych, które zajmują się domem, więc „nie pracują”. Dobrze więc, że chociaż ten jeden dzień przypomina rozkapryszonym bachorom w wieku dowolnym o wdzięczności, którą tak naprawdę powinny wyrażać bezustannie i na każdym kroku, prawda?

Nie do końca. Bo w tym całym świątecznym zamieszaniu nie ma miejsca dla tych, którzy w nim udziału wziąć nie chcą albo nie mogą. Prawie nieobecna w dyskursie publicznym jest postać matki, która matką wcale być nie powinna. Delikatnie ten temat wypłynął przy sprawie Madzi z Sosnowca, ale szybko został rozcieńczony w oceanie sensacji i obyło się bez głębszej refleksji czy konkluzji. A ja nie chcę nikogo szczuć ani piętnować. Apelowałabym raczej o wrażliwość względem dzieci dziarsko i równo wycinających kwiaty z kolorowego papieru, które po powrocie do domu będą usiłować wręczyć matce pijanej albo chorej.

Prawie też nie mówi się o tym, że prawdziwą, wypełniającą niemal każdą oprócz biologicznej rolę, matką może być też ojciec. Babcia, siostra, w rzadkich przypadkach nawet nauczycielka. A może po prostu wiele różnych osób, razem składających się na to, czego matka „prawdziwa” dać nie może albo nie chce. Czy są w stanie zastąpić matkę? Może raczej wypełnić rolę, którą po angielsku pięknie nazywa się „mother figure” – niby niewielka różnica, ale jakże istotna. Ale przecież w idealizacji macierzyństwa nie ma miejsca na takie niuanse. Dziwię się, jakby w polskim systemie edukacji było w ogóle miejsce na jakiekolwiek niuanse…

Tak więc według wierszyka i piosenki rolę matki spełniać może jedynie ta, co „urodziła i wykarmiła”. W późniejszym wieku człowiekowi jakoś łatwiej jest poradzić sobie z tym dysonansem, ale lata najmłodsze upływają pod znakiem wielkiej konfuzji. Czuje taki mały człowiek że u niego w domu jest „jakoś inaczej”, jakoś mu te wierszyki i piosenki nie przystają do rzeczywistości, i nawet jeżeli ma solidne oparcie w reszcie rodziny, nie uniknie potwornej samotności w obliczu tęsknoty za tym wyśnionym ideałem.

Nie twierdzę, że dysponuję jakimś złotym rozwiązaniem, które uczyni świat łatwiejszym dla dzieciaków pozbawionych z jakiegoś powodu obecności czy zainteresowania kobiety, które teoretycznie powinna być najważniejszą kobietą w ich życiu. Co więcej, mam w pełni świadomość, że jestem obiektywna – nie zamierzam pisać podobnego felietonu na Dzień Ojca, nie tylko dlatego, że medialne zamieszanie wokół niego jest znacznie mniejsze. Wydaje mi się jednak, że postać nieobecnego czy mającego problemy z używkami ojca pojawia się w naszym kręgu kulturowym często. Ojciec znika, romansuje, upija się, popada w chorobę psychiczną – ale matka, o ile tylko żyje, pozostaje opoką dla całej rodziny. Oczywiście, że tak właśnie jest w wielu domach. I oczywiście, że są też domy, w których jest dokładnie odwrotnie.

Może część mojego zgorzknienia bierze się z tego, że z każdym rokiem coraz mniej wierzę w to, że jakakolwiek miłość może być bezwarunkowa. Ale wszystkim matkom, które tak właśnie kochają swoje dzieciaki – najlepszego.

wtorek, 22 maja 2012

Ideologia i metafizyka nieogolonych pach

To nie będzie jeden z komentarzy zaczynających się od „Nie jestem feministką, ale…” Nie. Oczywiście, że jestem feministką, a w każdym na tyle, na ile jestem w stanie o sobie powiedzieć, że podpisuję się pod jakąkolwiek ideologią albo światopoglądem.

Po kolei. Nigdy nie mogłabym chyba należeć do żadnej partii politycznej. Nie implikuję tu, że każdy, kto zapisuje się do partii, jest dającą prowadzić się biernie owieczką pozbawioną własnego zdania. Niemniej, jeśli już ja osobiście miałabym podpisywać coś swoim nazwiskiem, chciałabym, żeby było to w stu procentach zgodne z moimi poglądami. Niestety, każdy znany mi światopogląd wydaje mi się wybrakowany albo naznaczony jakimiś błędami. Tak więc ideologia moja osobista jest powiększającym się zbiorkiem poglądów z paru różnych worków, i na ogół jest mi z tym dobrze.

Niemniej, do feminizmu jest mi bardzo blisko pod wieloma względami. Obrzydzeniem napawa mnie uprzedmiotowienie kobiet i sprowadzanie ich seksualności do dychotomii madonna/dziwka, denerwują mnie szklane sufity i nierówności płacowe, opowiadam się także całkowicie za tym, co pewnie niektórzy nazwaliby „walką z kościołem”, a co jest według mnie  prawem kobiety do decydowania o własnym ciele. (Walka z kościołem, naprawdę? Przypomina mi się od razu Carly Simon i jej „You’re so vain, you probably think this song is about you”. Ale to temat na zupełnie inny tekst.)

Niestety, jak już napisałam powyżej, nie potrafię odnaleźć się tak do końca w ramach żadnej doktryny, tak więc od czasu do czasu także i feministkom zdarza się napisać coś, z czym się nie zgadzam. Ostatnio niezmiernie zirytował mnie tekst z Guardiana „Ladies: why you should stop shaving” (http://www.guardian.co.uk/commentisfree/2012/may/02/ladies-why-you-should-stop-shaving -  przepraszam za prymitywnie dodawane linki, ale moja przeglądarka ma jakieś dziwne problemy; „LOL GIRL BLOGGERS”, oczywiście). (Mała edycja: przyjaciółka mnie uświadomiła, że pełna historia znajduje się tu: http://vagendamag.blogspot.co.uk/2012/04/hair-not-musical.html , warto się zapoznać z całością.)

Począwszy od samego tytułu, razi po oczach czasownik modalny ‘should’ i jego konotacje. Można go pewnie zinterpretować w tonie dobrej rady, niemniej i tak narzuca się skojarzenie z kimś, kto lepiej od nas wie, co jest dla nas dobre. Zaraz, zaraz, czy nie od tego właśnie ucieczką miała być feminizm? Co z prawem z decydowaniu o własnym ciele, nawet jeśli to wybór tak trywialny, jak używanie bądź nie depilatora? Czyżby wąsatego "wujka dobra rada" podstępnie usiłowała zastąpić ciotka?

Przyznaję się bez bicia: kobiety z nieogolonymi nogami wydają mi się trochę nieestetyczne, mam też oczywiście świadomość, że zostałam do takiego postrzegania „wytresowana” przez współczesne społeczeństwo. No cóż, zostałam też wytresowana, żeby uważać człowieka niemyjącego się przez kilka dni za śmierdzącego a jeszcze dwieście lat temu zapewne nie miałabym z takowym większego problemu. Oczywiście, jest różnica, bo presja dotycząca depilacji dotyczy przede wszystkim kobiet, niemniej trudno nie zauważyć, że standardy estetyczne (także te podwójne) zmieniają się z czasem.

Tylko że w porównaniu z ryzykiem niesionym przez wszechobecność obrobionych w Photoshopie zdjęć modelek, do których porównują się potem młodziutkie dziewczyny z nikłą samooceną, niebezpieczeństwo związane z zamiłowaniem do gładkich nóg wydaje mi się minimalne. Makijaż, depilacja czy farbowanie włosów mogą być uciążliwe, mogą nie być dla każdego, ale demonizowanie ich robi na mnie wrażenie dość absurdalne.

Do głowy by mi oczywiście nie przyszło, by komukolwiek coś narzucać. Jeśli dziewczyna nie lubi się depilować, ma moje pełne błogosławieństwo, na pewno nie będę się też na jej widok ostentacyjnie krzywić, bo nie tak mnie wychowano, właściwie co mnie obchodzi, co komu rośnie na łydkach? Problem zaczyna się momencie, gdy ta łydka zaczyna obrastać ideologią.

Widzę tu pewną rozbieżność z odłamem feminizmu, który mnie osobiście bardzo przypadł do serca. Od 2011 roku urządzane są SlutWalki (http://en.wikipedia.org/wiki/SlutWalk), które w skrócie mają sprzeciwiać się przerzucaniu odpowiedzialności za gwałt na ofiarę i długość jej spódnicy. Można by więc powiedzieć, że owe marsze m.in. bronią prawa kobiety do ubierania się w dowolny sposób bez obawy o swoje bezpieczeństwo. Zostało już zresztą udowodnione (źródło: choćby tu http://www.usu.edu/saavi/docs/myths_realities.pdf), że ewentualna „prowokacyjność” stroju czy zachowania wcale nie zwiększa ryzyka gwałtu, więc ten argument od dawna każdy myślący człowiek powinien umieścić w koszu.

Chciałam się jednak przyczepić do czegoś innego: w moim pojmowaniu idei SlutWalków (które są bliskie mojemu „ideałowi” feminizmu) nie ma miejsca na krytykę kobiet, które lubią się ubierać w sposób „konwencjonalnie” atrakcyjny. Skoro chcemy być traktowane poważnie, jak możemy wzajemnie wytykać się palcami za noszenie minispódniczek albo golenie pach? Nie tym według mnie powinien być feminizm, a z tymi jego gałęziami, które są, nie chcę mieć nic wspólnego. Jedyna ideologia, która choć minimalnie zbliża się do moich własnych poglądów, to taka, która opiera się na prawie wyboru. Pewnie część tych wyborów jest podyktowanych presją społeczną, ale czy naprawdę najbardziej dramatycznym symbolem patriarchatu stał się dzisiaj depilator?

Wracając do artykułu z Guardiana: autorka konkluduje go stwierdzeniem, że zaprzestanie depilacji jest rzuceniem wyzwania jakimś narzuconym z góry, uwarunkowanym genderowo standardom. Czy rzeczywiście tak ma wyglądać ten "important work", który wszystkie kobiety powinny wykonać, żeby żyło się im lepiej? Ośmielę się zauważyć, radosny to będzie dzień, gdy nie będziemy miały poważniejszych zmartwień, niż presja dotycząca gładkiego ciała. Jeśli jednak naprawdę ten dzień już nastał, to chyba pora go uczcić, wydając z tej okazji wielką imprezę. Pozwólcie jednak, że ja przyjdę na nią w sukience i z gładkimi nogami.

sobota, 12 maja 2012

Poliytcznie, bez zacięcia

Ogarnęło mnie w ostatnim czasie tak ogromne zaabsorbowanie własnymi sprawami, że właściwie przestała mnie interesować polityka. Nie podpisałam apelu o uwolnienie Julii, nie urządziłam sobie minuty ciszy nad emeryturą, której pewnie nie doczekam, bo jak fajki i niezdrowy tryb życia mnie nie zabiją, to i tak wcześniej zrobią to nerwy, a słowo „kryzys” najbardziej kojarzy mi się w tym momencie ze stanem mojego własnego życia.

Gardziłam kiedyś ludźmi, którzy nie interesują się polityką. Oczywiście, mając lat –naście, gardzi się z łatwością wszystkim i wszystkimi, począwszy od samego siebie. Niektórzy nawet nigdy z tego nie wyrastają, zostaje im ta pogarda niczym jakiś bardziej wstydliwy odpowiednik ssania kciuka w nocy, w zdumiewający doprawdy sposób czynią z niej nawet sztukę, sposób zarabiania pieniędzy, albo nawet jedno i drugie.

Tak czy inaczej, wydawało mi się swojego czasu, że postawa w stylu „wszyscy kradną” jest niegodna porządnego obywatela, oparta na kompleksach i niedoinformowaniu. Wyewoluowałam od tego czasu na tyle, że już wiem, że wszyscy kradną, bycie porządnym obywatelem nie zamierzam być nawet w marzeniach, a moje zgorzknienie rośnie wprost proporcjonalnie do ilości przyswajanych informacji ze świata i zza płotu.

Niemniej, do dzisiaj czasem drga mi żyłka, kiedy ludzie nie chodzący na wybory krytykują decyzje rządzących. (Dygresja: to akurat może niewiele znaczyć, bo czasami mam wrażenie, że ta żyłka rozedrgała mi się już permanentnie, przechodzi tylko niekiedy w zwodnicze okresy uśpienia). Z drugiej strony, po cholerę się właściwie czepiam? Branie udziału w wyborach nie jest i nie musi być jedynym przejawem działalności obywatelskiej. Są jeszcze akcje, petycje, marsze, blogi (o zgrozo), listy otwarte, organizacje pozarządowe i milion innych rzeczy.

Do rzeczy. Nie dziwi mnie już i nie budzi we mnie ukrytej pogardy zbrzydzenie albo znudzenie tematami politycznymi. Nie jest to też nasza immanentna cecha narodowa, żebym znowu mogła sobie ponarzekać jak mnie ci Polacy denerwują – w końcu dla ogromnej rzeszy Amerykanów ulubionym źródłem informacji są programy satyryczne w rodzaju The Daily Show Jona Stewarta (też lubię). U nas niestety chyba już od dawna nie ma niczego na tym poziomie – był Dziennik telewizyjny, który potem trochę zszedł na psy, potem zniknął z anteny, a Fedorowicz zaczął się produkować w felietonach których jedynym tematem była bojaźń i drżenie przed PiS-em.

Podnieciłam się chwilowo protestami przeciw ACTA, potem i to jakoś przestało mnie interesować, co jak ostatnio wyczytałam w „Polityce” (a jednak!) jest typową dla mojego pokolenia postawą. Może po prostu nie lubię piosenek które już znam („Rejsu” swoją drogą też nie lubię, i nawet nie jest mi z tego powodu wstyd), a czytanie o polityce chwilami przypomina mi serial, którego zakończenie jest dokładnie takie samo z odcinka na odcinek. Czegoś tak nudnego nie wymyśliłaby nawet Ilona Łepkowska (i już chyba nawet w jej scenariuszach są lepsze dialogi).

Nie chcę też jednak kompletnie się odcinać, nie przestanę chodzić na wybory, lubię czasem podpisać jakiś list protestacyjny, kiedy coś mnie dokumentnie wkurzy. Może w tym właśnie ujawnia się u mnie postawa typowo polska – protesty i rewolucje tak, praca u podstaw, niekoniecznie. Mało widowiskowa, przewidywalna i na wskroś przygnębiająca. To ja już chyba wolę pójść na jakiś marsz protestacyjny.

I to już wszystko w dzisiejszym programie.

sobota, 24 marca 2012

Proszę, zejdźmy z siebie nawzajem

Nie, wbrew tytułowi, nie będzie nic a nic o seksie.

Pojawiły się w moim życiu bardzo wcześnie, może nawet kiedy miałam zaledwie cztery lata. W miarę, jak dorastałam, było ich coraz więcej, ale to właściwie dobrze, bo dopiero z czasem nauczyłam się sobie z nimi radzić. Na początku sprawiały bowiem, że czułam się strasznie, miałam bolesne poczucie inności i nie odpowiadania jakiemuś niesamowicie istotnemu standardowi. Wraz z upływem lat zaczęły mi sprawiać pewnego rodzaju perwersyjną przyjemność, bo zrozumiałam, że to wcale nie we mnie tkwi sedno problemu. Dochodzę powoli do etapu, gdzie właściwie już nie umiałabym bez nich żyć, a gdyby zniknęły zupełnie, to uznałabym, że robię ze swoim życiem coś nie tak.

A wyglądały i wyglądają one mniej więcej tak jak poniżej.

Czemu się nie bawisz, tylko czytasz książkę? Czemu taką poważną? Czemu przebrałaś się na szkolną zabawę za kowboja, a nie za księżniczkę? Czemu się nie uśmiechasz, czemu jesteś taka smutna, czym się tak przejmujesz? Przestań się przejmować, to przecież takie proste.

Czemu wybrałaś akurat taki kierunek studiów, co ty będziesz potem robić w życiu? (Występujące także w ekskluzywnej wersji: „Dlaczego nie pójdziesz na prawo i jak możesz w tym wieku farbować włosy?”) Czemu chcesz zostać w rodzinnym mieście, dlaczego nie wyjedziesz do Warszaaaawy albo Krakoooowa? Czemu po trzech latach wyjeżdżasz do Krakowa, dlaczego nie kontynuujesz studiów w rodzinnym mieście? No dobrze, ten Kraków, ale że akurat na tej uczelni?

O boże, zrobiłaś sobie tatuaż? A jak ci się znudzi? A jak będziesz stara, brzydka i obwisła, to co wtedy? (Tu akurat jest jedna tylko odpowiedź: tatuaż będzie moim najmniejszym zmartwieniem.)

Czemu nie masz chłopaka? Czemu nie masz dziewczyny? Spotykasz się z kimś? Ale dlaczego taki stary? Dlaczego nie znajdziesz sobie kogoś w Polsce? Czy z twoim patriotyzmem jest coś nie tak i jak możesz nie lubić bigosu? Czemu chodzisz sama do kina, jak możesz pójść sama na piwo, nie czujesz się wtedy głupio? Czemu ciągle piszesz po angielsku? Czemu nie pojedziesz na Erazmusa albo do UK, bez tego twój angielski nigdy nie będzie taki, no wiesz?

I wreszcie: czemu pijesz tyle kawy, czemu już nie pijesz kawy, czemu pijesz tyle piwa, czemu nic nie pijesz, jak możesz tyle palić, może byś w końcu rzuciła? (Kawę, papierosy, piwo, faceta, niepotrzebne skreślić.)

Trwają wciąż jeszcze moje badania nad ustaleniem, czy krytykanctwo na masową skalę jest specyfiką wyłącznie polską. Nie miałam jak dotąd możliwości prawdziwie naukowego zajęcia się tematem, niemniej ze wszystkich odbytych przeze mnie podróży i rozmów, przeczytanych książek, artykułów i obejrzanych filmów wynika jasno: mało gdzie poziom owego zjawiska jest tak wysoki jak u nas. Nawet by mi w głowie nie postało, żeby apelować w Polsce akurat o tolerancję, apele nic tu nie pomogą, wiele jeszcze musi wody upłynąć, nim coś się zmieni.

Nie, jedyna rzecz, jakiej bym chciała, to żebyśmy niekiedy, w codziennych, najzwyklejszych sytuacjach, potrafili wybaczyć innym osobom, że trochę nie do końca dorastają do wyobrażeń, jakie mamy na ich temat. Żebyśmy choć spróbowali zaakceptować, że inni ludzie czasami, a nawet często, robią rzeczy, które nam osobiście wydają się dziwne, i na ogół nie mają chęci się z tego tłumaczyć. Nie, nie uważam, że każdy, kto daje rady, robi to ze złej woli, i nie, nie wykluczam, że czasem krytykanctwo ma swoje źródło w autentycznej trosce; niemniej, w moim akurat przypadku skutki jego są odwrotnie proporcjonalne do intensywności perswazji. Reakcja znana także pod nazwą "a po to, żebyście się pytali".

Co przypomina mi o ostatnim na dziś pytaniu: czemu ja mam, do cholery, taki paskudny charakter?

wtorek, 13 marca 2012

O pisarzach i rzemieślnikach

Odkryłam przez przypadek rewelacyjną pisarkę. Przypadek wyglądał tak, że jej opowiadania w „taniej książce” kosztowały 3 zł 70 gr., a na okładce było napisane, że podziwiał ją Truman Capote. Powinnam aktualnie czytać Houellebecqa, bo jest mi wstyd, że mam uporczywą skłonność do wymądrzania się na temat jego książek, a nie przeczytałam jeszcze wszystkich, ale niestety mam małą „kosę” z Houellebecquiem odkąd w ubiegłym roku poleciał sobie w kulki i nie przyjechał do Krakowa na Targi Książki. Poddało to moje uczucia do niego dość ciężkiej próbie, a ponieważ mam żeńskie geny, to mimo upływu miesięcy złość jeszcze mi nie przeszła, przyjęła tylko formę biernej agresji.

Tak czy inaczej, pokazałam Panu H. środkowy palec i ochoczo zabrałam się do tomu opowiadań „Proste przyjemności” autorstwa Jane Bowles. Banalne wyrażenie o zanurzeniu się w świat czyichś historii nabrało natychmiast nowego sensu – autorka nie tworzy może własnego świata, ale opisuje przeciętność w sposób, który wywołuje doznania zazwyczaj z nią nie kojarzone. Groza, poczucie alienacji, absolutne przytłoczenie najdrobniejszymi codziennymi sytuacjami, czyli, krótko mówiąc, dobrze znana z lekcji polskiego litość i trwoga.

Nie sam wydźwięk tych opowiadań wydaje mi się jednak najbardziej frapujący. Jane Bowles w ciągu swojego pięćdziesięciokilkuletniego życia stworzyła jedną powieść, jedną sztukę i jeden tom opowiadań. Jak dowiedziałam się z krótkiego eseju na jej temat zamieszczonego na początku kupionej przeze mnie książki, autorka nie znosiła pisania, uważała je za zajęcie wstrętne i męczące. Z jednej strony, jestem w stanie to zrozumieć, bo kiedy człowiek tak dogłębnie jak ona postrzega rzeczywistość w każdym jej nawet najwstrętniejszym detalu, przelewanie tego na papier musi być niebywale wyczerpującym doświadczeniem.

Z drugiej strony, archetyp cierpiącego artysty jest już do cna wyeksploatowany i dla wielu osób stał się on zapewne nieco komicznym reliktem. Nastały bowiem czasy pisarzy bez skrępowania określających siebie mianem rzemieślników i opisujących proces twórczy za pomocą terminów, które można by odnieść do wielu innych zawodów. Często nie są to literaci z najwyższej półki – lubię Stephena Kinga, ale chyba nikt nie skrzywi się na nazwanie go sprawnym rzemieślnikiem, skoro sam siebie tak on określa. Fajne jest to, że pisarze (także polscy, czego dowodzi choćby Marek Krajewski) potrafią z dystansem spojrzeć na uprawiany przez siebie zawód i nie bredzić o porywach natchnienia, skoro cała rzecz sprowadza się dla nich do 5 stron przed pierwszym papierosem i kolejnych 5 po obiedzie. Nie przestają przez to przecież dostarczać nam rozrywki i znakomitych historii.

A jednak, serce rwie mi się do tych dusz umęczonych pisaniem, do tych flaki z siebie wypruwających geniuszy. Wspomniany już Capote na przykład tak oto wypowiadał się na temat powieści „Z zimną krwią” (przepraszam, że po angielsku): „No one will ever know what 'In Cold Blood' took out of me. It scraped me right down to the marrow of my bones. It nearly killed me. I think, in a way, it did kill me.”

Pewnie i w przypadku literatury ambitnej trafiłby się niejeden autor traktujący pisanie jako zwyczajny zawód, może nawet zdarzali się autorzy wybitni z takim podejściem. Ale mnie tłucze się po głowie jedno z napisanych przez Jane Bowles zdań (cytuję z pamięci, więc możliwe nieścisłości): „Była osobą, która potrafiła padać raz za razem na kupę tłuczonego szkła, i za każdym razem równie głośno krzyczeć”. Taki drobiazg, a lepiej opisuje niektóre znane mi osoby, niż całe stronice tworzone przez innych pisarzy. Nie, nie potrafię sobie wyobrazić, że coś tak zmyślnego można napisać w trakcie „porannej zmiany” i że zupełnie nic wspólnego nie ma z tym natchnienie, i że wreszcie można pisać takie rzeczy i wieść całkowicie normalne życie (Jane bynajmniej nie wiodła).

Szanuję rzemieślników, nawet trochę podziwiam rzemieślników za samodyscyplinę, której mnie osobiście brakuje, czytuję rzemieślników z przyjemnością, ale wielbić jestem chyba w stanie tylko artystów, o których wiem, że za swoją sztukę musieli zapłacić jakąś cenę. Carramba, jak to strasznie pretensjonalnie brzmi. A może to wszystko dlatego, że ja sama systematycznie nie jestem w stanie pisać nawet prac na studia, potrzebuję mocnej motywacji albo tzw. "kopa" w wiadomą część ciała, i dopiero w takiej sytuacji jestem w stanie wpaść w kilkugodzinny „szał tworzenia”. I tak oto usprawiedliwiłam własne lenistwo podziwem dla wielkich pisarzy. Quod erat demonstrandum!

środa, 29 lutego 2012

Myśl potargana

Z pewnych względów przypomniałam sobie dzisiaj o mojej pierwszej miłości, przynajmniej z tych, które uznaję za prawdziwe i godne uwzględnienia w tej klasyfikacji. I jakoś tak dotarło do mnie, jak zupełnie różne jest doświadczenie zakochania teraz, w porównaniu do tego, co było osiem lat temu. Wrażenie dysonansu zaowocowało ostatecznie metaforą, która może nie jest jakoś specjalnie wyszukana, ale w końcu od tego mam bloga, żeby się takimi rzeczami dzielić.

Bycie młodą zakochaną przypomina kupienie wielkiej torby cukierków i wepchnięcie sobie ich wszystkich naraz do ust. Ach, ten nagły skok cukru i zawrót głowy, ach ten ból brzucha i nieprzespane noce z głową w muszli klozetowej. Czasem się zastanawiam, czy istnieje w ogóle jakiś sposób uniknięcia tego etapu, ale jedynym rozwiązaniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest podróż w czasie. No, ale wszyscy wiemy jak to się kończy, człowiek omal nie zostaje własnym ojcem tudzież dziadkiem, albo zakochuje się w kobiecie, która zmarła 80 lat temu, albo mało się nie zabija próbując ocalić prezydenta Kennedy’ego, ogólnie dzieją się rzeczy straszne. Nie, nikt mnie nie namówi do podróży w czasie po tym, jak mnie nastraszyła popkultura.

Na szczęście, z wiekiem (wiem, że to śmieszne, żeby mając dwadzieścia kilka lat używać takich wyrażeń, ale chyba nikt nie zaprzeczy że już w tym momencie odczuwa się pewne sprawy inaczej w porównaniu z okresem nastoletnim, co nie zmienia faktu, że pewnie za 30 lat przeczytam te słowa i będę się z nich śmiać, mam przynajmniej taką nadzieję, podobno w Internecie nic nie ginie) następuje jakże przyjemny i przynoszący ulgę proces spowolnienia. Zakochanie nie jest już jak zachłyśnięcie się toffi, które potrafi zakleić usta jak jasna cholera, ale przypomina raczej delektowanie się dobrą kolacją. Oczywiście, czasem trzeba zjeść coś nieprzyjemnego (jak lazania, uwielbiam Garfielda ale lazanii po prostu nie znoszę), czasem się człowiek zakrztusi i łzy staną mu w oczach. Ale tym bardziej jest się potem w stanie docenić te najlepsze dania, i wcale nie ma się ochoty ich pochłonąć wszystkich naraz, tym bardziej, że w pamięci ma się wciąż jeszcze te młodzieńcze noce spędzone na oddawaniu hołdów sedesowi.

Strasznie mi wstyd że porównuję miłość do jedzenia, stawia mnie to chyba w jednym szeregu z autorami odnajdującymi sens życia w słonecznej Toskanii albo w mazurskich lasach (z dwojga złego wolałabym już chyba to drugie, współczuję każdemu, kto po sens życia musiał jechać aż do Włoch, z ręką na sercu mogę obiecać, że jest go tam równie trudno znaleźć, jak gdziekolwiek indziej), z tą drobną różnicą, że ja za moje wypociny nie biorę pieniędzy i wszystko jest pro publico bono. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że według mojej osobistej filozofii, jedzenie nigdy i w żadnych okolicznościach nie jest nie na temat.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Różnice i podobieństwa kulturowe (rozprawka)

Zostałam w ostatnim czasie obdarzona przez los kilkoma okazjami do przeprowadzenia mini-badań komparatystycznych w kwestiach kulturowych. Nie mam w tym kierunku wykształcenia, raczej nigdy mieć go nie będę, a jednak pozwolę sobie ulżyć rozpaczliwej potrzebie wypowiedzenia się – z czego chyba łatwo można wywnioskować, że większość moich doświadczeń było negatywnych. Mówiąc prosto, będę narzekać.

Po pierwsze, dotarło do mnie, jak wielką niedogodnością dla polskiej służby zdrowia jest fakt posiadania przeze mnie ułomnej fizjologii. Inaczej mówiąc, miałam czelność zachorować, do tego nagle, boleśnie i w sposób, który czyniłby dłuższe czekanie na wizytę torturą. Dopiero jednak kiedy dotarłam do przychodni całodobowej, uświadomiłam sobie, że popełniam ogromny nietakt. Pan doktor, nie tylko swoim zachowaniem, ale i w bardzo bezpośrednich słowach, wyraził nieskrępowane rozgoryczenie moim brakiem ogłady. Nasz kontakt ograniczył się ostatecznie do powitania (jednostronnego), pretensji, dlaczego nie poszłam wczoraj do własnego lekarza (dlatego, że wczoraj jeszcze aż tak nie bolało, głupia może wymówka ale kto jest bez winy, niechaj rzuca kamieniem, byle nie w głowę, bo jest mi obecnie potrzebna), milczącego wypisania recepty i pożegnania (jednostronnego).

Dlaczego się czepiam, skoro zostałam przyjęta i dostałam leki? Bo bardzo chciałabym mieć pewność, że jeśli w przyszłości znów będę zmuszona złożyć taką wizytę, może znajdując się w znacznie poważniejszym stanie niż wtedy, albo, co gorsza (mniejsza już o mnie), towarzyszyć będę ważnej dla mnie osobie, przyjmie nas ktoś, kto okaże minimum empatii. Z pierwszej ręki dowiedziałam się, że są w Europie kraje, gdzie ludzkie zachowanie jest standardem, a lekarze nie zachowują się jak roboty do wypisywania recept. 

Nie marudzę jednak tylko z pobudek humanitarnych – przeraża mnie przede wszystkim polski brak profesjonalizmu. Nie otrzymałam od pana doktora absolutnie żadnych dodatkowych informacji na temat dość silnego antybiotyku, który mi przepisał. Owszem, miałam szczęście być pod opieką osoby kompetentnej, która pomogła mi ustalić jak często brać leki czy jakich napojów unikać – szkoda tylko, że nie był nią lekarz. Oczywiście, jest Internet i są ulotki dołączone do opakowań, wszystko mogę sobie sama posprawdzać i mieć nadzieję że niczego nie przeoczyłam, czego ja właściwie jeszcze chcę, u diabła?

Żeby uniknąć oskarżeń o antypolskość, dodam szybko, że żenujący brak profesjonalizmu nie jest unikalną cechą ani Polski, ani nawet służb zdrowia jako takich. Wkrótce po moich przygodach u lekarza, miałam nieszczęście pojechać do Belgii. Podróżowanie po tym kraju na własną rękę jest absolutnie tragicznym pomysłem, jest to jeden z nielicznych przypadków, gdy już lepiej wyjechać na zorganizowaną wycieczkę, spać w autokarze z głową na własnych kolanach, słuchać nudnego przewodnika i skarg pretensjonalnych pań z Poznania. (Uwielbiam Poznań i nie mam nic do poznaniaków, po prostu tak się złożyło że najbardziej antypatyczni turyści jakich w życiu poznałam byli z Poznania i powstał w mojej głowie pewien krzywdzący archetyp.)

Lista zażaleń zatem. Belgia nie ma transportu publicznego który funkcjonowałby w godzinach wieczornych, taksówkarze zdzierają (co może brzmieć jak tautologia, ale nie w Belgii) i ciężko ich złapać. Dotarcie gdziekolwiek pieszo graniczy z cudem, jedyne mapy rozstawione na dworcach to mapy samego dworca, kierujące nas do punktów informacji, które i tak są nieczynne. Kasjerzy uważają za wybitny akt łaski samą sprzedaż biletu (brzmi znajomo?), a kioskarze, którym próbuje się zapłacić kartą, patrzą na nas jak na przybyszów z trzeciego świata i natychmiast odmawiają, mimo że portal ewidentnie jest gotowy do użytku.

Co więcej, to zabrzmi jak truizm, ale perony kolejowe są równie paskudne jak w Polsce, palić można tam wszędzie, co teoretycznie powinno mnie akurat cieszyć, tylko że betony zasłane petami wcale nie wyglądają fajnie, no ale kogo obchodzą śmieci, skoro mamy RECYKLING na każdym cholernym kroku. Wspomniałabym jeszcze o hostelach z brakiem możliwości regulacji temperatury wody pod prysznicem, o Arabach przeczesujących ulice nocami w poszukiwaniu Europejek które nachalnie zapraszają na „disco”, ale konkluzja staje się już chyba jasna i bez tego. Belgia jest jak stary, popsuty mebel pomalowany ładną farbą, która odłazi płatami po najmniejszym skrobnięciu paznokciem. Może to i lepiej, że turyści są stamtąd odstraszani już od samego momentu przybycia, żałuję, że nie dałam się odstraszyć skutecznie.

Podsumowując, bo muszę przecież udawać, że wszystkie te obserwacje łączy jakaś myśl przewodnia, są kraje, które nie lubią turystów i wcale się z tym nie kryją, są i takie, które szczerą niechęcią pałają do własnych obywateli. Nie miałam na szczęście okazji zachorować w Belgii (może jedynie na kaca po nadmiernej ilości Chimaya, piwo trzeba im przyznać robią dobre), ale nie mogę się wyzbyć perwersyjnej ciekawości, jaka jest tamtejsza służba zdrowia, skoro pod tak wieloma względami kraj ten przypomina Polskę.

Niestety, jedyny Belg jakiego miałam w życiu okazję bliżej poznać był niezmiernie dziwnym człowiekiem – zazwyczaj jest to z moich ust komplement, ale proszę mi wierzyć, nie w tym wypadku, tym razem chodzi o dziwność z gatunku „jaka szkoda że się poznaliśmy”. Nie mam więc kogo zapytać i na razie pozostawiam temat otwarty. Na koniec proszę mi wybaczyć małe odstępstwo od zasady nie używania angielskiego, ale nie mam wyjścia: droga Belgio, go recycle yourself.