sobota, 24 marca 2012

Proszę, zejdźmy z siebie nawzajem

Nie, wbrew tytułowi, nie będzie nic a nic o seksie.

Pojawiły się w moim życiu bardzo wcześnie, może nawet kiedy miałam zaledwie cztery lata. W miarę, jak dorastałam, było ich coraz więcej, ale to właściwie dobrze, bo dopiero z czasem nauczyłam się sobie z nimi radzić. Na początku sprawiały bowiem, że czułam się strasznie, miałam bolesne poczucie inności i nie odpowiadania jakiemuś niesamowicie istotnemu standardowi. Wraz z upływem lat zaczęły mi sprawiać pewnego rodzaju perwersyjną przyjemność, bo zrozumiałam, że to wcale nie we mnie tkwi sedno problemu. Dochodzę powoli do etapu, gdzie właściwie już nie umiałabym bez nich żyć, a gdyby zniknęły zupełnie, to uznałabym, że robię ze swoim życiem coś nie tak.

A wyglądały i wyglądają one mniej więcej tak jak poniżej.

Czemu się nie bawisz, tylko czytasz książkę? Czemu taką poważną? Czemu przebrałaś się na szkolną zabawę za kowboja, a nie za księżniczkę? Czemu się nie uśmiechasz, czemu jesteś taka smutna, czym się tak przejmujesz? Przestań się przejmować, to przecież takie proste.

Czemu wybrałaś akurat taki kierunek studiów, co ty będziesz potem robić w życiu? (Występujące także w ekskluzywnej wersji: „Dlaczego nie pójdziesz na prawo i jak możesz w tym wieku farbować włosy?”) Czemu chcesz zostać w rodzinnym mieście, dlaczego nie wyjedziesz do Warszaaaawy albo Krakoooowa? Czemu po trzech latach wyjeżdżasz do Krakowa, dlaczego nie kontynuujesz studiów w rodzinnym mieście? No dobrze, ten Kraków, ale że akurat na tej uczelni?

O boże, zrobiłaś sobie tatuaż? A jak ci się znudzi? A jak będziesz stara, brzydka i obwisła, to co wtedy? (Tu akurat jest jedna tylko odpowiedź: tatuaż będzie moim najmniejszym zmartwieniem.)

Czemu nie masz chłopaka? Czemu nie masz dziewczyny? Spotykasz się z kimś? Ale dlaczego taki stary? Dlaczego nie znajdziesz sobie kogoś w Polsce? Czy z twoim patriotyzmem jest coś nie tak i jak możesz nie lubić bigosu? Czemu chodzisz sama do kina, jak możesz pójść sama na piwo, nie czujesz się wtedy głupio? Czemu ciągle piszesz po angielsku? Czemu nie pojedziesz na Erazmusa albo do UK, bez tego twój angielski nigdy nie będzie taki, no wiesz?

I wreszcie: czemu pijesz tyle kawy, czemu już nie pijesz kawy, czemu pijesz tyle piwa, czemu nic nie pijesz, jak możesz tyle palić, może byś w końcu rzuciła? (Kawę, papierosy, piwo, faceta, niepotrzebne skreślić.)

Trwają wciąż jeszcze moje badania nad ustaleniem, czy krytykanctwo na masową skalę jest specyfiką wyłącznie polską. Nie miałam jak dotąd możliwości prawdziwie naukowego zajęcia się tematem, niemniej ze wszystkich odbytych przeze mnie podróży i rozmów, przeczytanych książek, artykułów i obejrzanych filmów wynika jasno: mało gdzie poziom owego zjawiska jest tak wysoki jak u nas. Nawet by mi w głowie nie postało, żeby apelować w Polsce akurat o tolerancję, apele nic tu nie pomogą, wiele jeszcze musi wody upłynąć, nim coś się zmieni.

Nie, jedyna rzecz, jakiej bym chciała, to żebyśmy niekiedy, w codziennych, najzwyklejszych sytuacjach, potrafili wybaczyć innym osobom, że trochę nie do końca dorastają do wyobrażeń, jakie mamy na ich temat. Żebyśmy choć spróbowali zaakceptować, że inni ludzie czasami, a nawet często, robią rzeczy, które nam osobiście wydają się dziwne, i na ogół nie mają chęci się z tego tłumaczyć. Nie, nie uważam, że każdy, kto daje rady, robi to ze złej woli, i nie, nie wykluczam, że czasem krytykanctwo ma swoje źródło w autentycznej trosce; niemniej, w moim akurat przypadku skutki jego są odwrotnie proporcjonalne do intensywności perswazji. Reakcja znana także pod nazwą "a po to, żebyście się pytali".

Co przypomina mi o ostatnim na dziś pytaniu: czemu ja mam, do cholery, taki paskudny charakter?

wtorek, 13 marca 2012

O pisarzach i rzemieślnikach

Odkryłam przez przypadek rewelacyjną pisarkę. Przypadek wyglądał tak, że jej opowiadania w „taniej książce” kosztowały 3 zł 70 gr., a na okładce było napisane, że podziwiał ją Truman Capote. Powinnam aktualnie czytać Houellebecqa, bo jest mi wstyd, że mam uporczywą skłonność do wymądrzania się na temat jego książek, a nie przeczytałam jeszcze wszystkich, ale niestety mam małą „kosę” z Houellebecquiem odkąd w ubiegłym roku poleciał sobie w kulki i nie przyjechał do Krakowa na Targi Książki. Poddało to moje uczucia do niego dość ciężkiej próbie, a ponieważ mam żeńskie geny, to mimo upływu miesięcy złość jeszcze mi nie przeszła, przyjęła tylko formę biernej agresji.

Tak czy inaczej, pokazałam Panu H. środkowy palec i ochoczo zabrałam się do tomu opowiadań „Proste przyjemności” autorstwa Jane Bowles. Banalne wyrażenie o zanurzeniu się w świat czyichś historii nabrało natychmiast nowego sensu – autorka nie tworzy może własnego świata, ale opisuje przeciętność w sposób, który wywołuje doznania zazwyczaj z nią nie kojarzone. Groza, poczucie alienacji, absolutne przytłoczenie najdrobniejszymi codziennymi sytuacjami, czyli, krótko mówiąc, dobrze znana z lekcji polskiego litość i trwoga.

Nie sam wydźwięk tych opowiadań wydaje mi się jednak najbardziej frapujący. Jane Bowles w ciągu swojego pięćdziesięciokilkuletniego życia stworzyła jedną powieść, jedną sztukę i jeden tom opowiadań. Jak dowiedziałam się z krótkiego eseju na jej temat zamieszczonego na początku kupionej przeze mnie książki, autorka nie znosiła pisania, uważała je za zajęcie wstrętne i męczące. Z jednej strony, jestem w stanie to zrozumieć, bo kiedy człowiek tak dogłębnie jak ona postrzega rzeczywistość w każdym jej nawet najwstrętniejszym detalu, przelewanie tego na papier musi być niebywale wyczerpującym doświadczeniem.

Z drugiej strony, archetyp cierpiącego artysty jest już do cna wyeksploatowany i dla wielu osób stał się on zapewne nieco komicznym reliktem. Nastały bowiem czasy pisarzy bez skrępowania określających siebie mianem rzemieślników i opisujących proces twórczy za pomocą terminów, które można by odnieść do wielu innych zawodów. Często nie są to literaci z najwyższej półki – lubię Stephena Kinga, ale chyba nikt nie skrzywi się na nazwanie go sprawnym rzemieślnikiem, skoro sam siebie tak on określa. Fajne jest to, że pisarze (także polscy, czego dowodzi choćby Marek Krajewski) potrafią z dystansem spojrzeć na uprawiany przez siebie zawód i nie bredzić o porywach natchnienia, skoro cała rzecz sprowadza się dla nich do 5 stron przed pierwszym papierosem i kolejnych 5 po obiedzie. Nie przestają przez to przecież dostarczać nam rozrywki i znakomitych historii.

A jednak, serce rwie mi się do tych dusz umęczonych pisaniem, do tych flaki z siebie wypruwających geniuszy. Wspomniany już Capote na przykład tak oto wypowiadał się na temat powieści „Z zimną krwią” (przepraszam, że po angielsku): „No one will ever know what 'In Cold Blood' took out of me. It scraped me right down to the marrow of my bones. It nearly killed me. I think, in a way, it did kill me.”

Pewnie i w przypadku literatury ambitnej trafiłby się niejeden autor traktujący pisanie jako zwyczajny zawód, może nawet zdarzali się autorzy wybitni z takim podejściem. Ale mnie tłucze się po głowie jedno z napisanych przez Jane Bowles zdań (cytuję z pamięci, więc możliwe nieścisłości): „Była osobą, która potrafiła padać raz za razem na kupę tłuczonego szkła, i za każdym razem równie głośno krzyczeć”. Taki drobiazg, a lepiej opisuje niektóre znane mi osoby, niż całe stronice tworzone przez innych pisarzy. Nie, nie potrafię sobie wyobrazić, że coś tak zmyślnego można napisać w trakcie „porannej zmiany” i że zupełnie nic wspólnego nie ma z tym natchnienie, i że wreszcie można pisać takie rzeczy i wieść całkowicie normalne życie (Jane bynajmniej nie wiodła).

Szanuję rzemieślników, nawet trochę podziwiam rzemieślników za samodyscyplinę, której mnie osobiście brakuje, czytuję rzemieślników z przyjemnością, ale wielbić jestem chyba w stanie tylko artystów, o których wiem, że za swoją sztukę musieli zapłacić jakąś cenę. Carramba, jak to strasznie pretensjonalnie brzmi. A może to wszystko dlatego, że ja sama systematycznie nie jestem w stanie pisać nawet prac na studia, potrzebuję mocnej motywacji albo tzw. "kopa" w wiadomą część ciała, i dopiero w takiej sytuacji jestem w stanie wpaść w kilkugodzinny „szał tworzenia”. I tak oto usprawiedliwiłam własne lenistwo podziwem dla wielkich pisarzy. Quod erat demonstrandum!

środa, 29 lutego 2012

Myśl potargana

Z pewnych względów przypomniałam sobie dzisiaj o mojej pierwszej miłości, przynajmniej z tych, które uznaję za prawdziwe i godne uwzględnienia w tej klasyfikacji. I jakoś tak dotarło do mnie, jak zupełnie różne jest doświadczenie zakochania teraz, w porównaniu do tego, co było osiem lat temu. Wrażenie dysonansu zaowocowało ostatecznie metaforą, która może nie jest jakoś specjalnie wyszukana, ale w końcu od tego mam bloga, żeby się takimi rzeczami dzielić.

Bycie młodą zakochaną przypomina kupienie wielkiej torby cukierków i wepchnięcie sobie ich wszystkich naraz do ust. Ach, ten nagły skok cukru i zawrót głowy, ach ten ból brzucha i nieprzespane noce z głową w muszli klozetowej. Czasem się zastanawiam, czy istnieje w ogóle jakiś sposób uniknięcia tego etapu, ale jedynym rozwiązaniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest podróż w czasie. No, ale wszyscy wiemy jak to się kończy, człowiek omal nie zostaje własnym ojcem tudzież dziadkiem, albo zakochuje się w kobiecie, która zmarła 80 lat temu, albo mało się nie zabija próbując ocalić prezydenta Kennedy’ego, ogólnie dzieją się rzeczy straszne. Nie, nikt mnie nie namówi do podróży w czasie po tym, jak mnie nastraszyła popkultura.

Na szczęście, z wiekiem (wiem, że to śmieszne, żeby mając dwadzieścia kilka lat używać takich wyrażeń, ale chyba nikt nie zaprzeczy że już w tym momencie odczuwa się pewne sprawy inaczej w porównaniu z okresem nastoletnim, co nie zmienia faktu, że pewnie za 30 lat przeczytam te słowa i będę się z nich śmiać, mam przynajmniej taką nadzieję, podobno w Internecie nic nie ginie) następuje jakże przyjemny i przynoszący ulgę proces spowolnienia. Zakochanie nie jest już jak zachłyśnięcie się toffi, które potrafi zakleić usta jak jasna cholera, ale przypomina raczej delektowanie się dobrą kolacją. Oczywiście, czasem trzeba zjeść coś nieprzyjemnego (jak lazania, uwielbiam Garfielda ale lazanii po prostu nie znoszę), czasem się człowiek zakrztusi i łzy staną mu w oczach. Ale tym bardziej jest się potem w stanie docenić te najlepsze dania, i wcale nie ma się ochoty ich pochłonąć wszystkich naraz, tym bardziej, że w pamięci ma się wciąż jeszcze te młodzieńcze noce spędzone na oddawaniu hołdów sedesowi.

Strasznie mi wstyd że porównuję miłość do jedzenia, stawia mnie to chyba w jednym szeregu z autorami odnajdującymi sens życia w słonecznej Toskanii albo w mazurskich lasach (z dwojga złego wolałabym już chyba to drugie, współczuję każdemu, kto po sens życia musiał jechać aż do Włoch, z ręką na sercu mogę obiecać, że jest go tam równie trudno znaleźć, jak gdziekolwiek indziej), z tą drobną różnicą, że ja za moje wypociny nie biorę pieniędzy i wszystko jest pro publico bono. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że według mojej osobistej filozofii, jedzenie nigdy i w żadnych okolicznościach nie jest nie na temat.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Różnice i podobieństwa kulturowe (rozprawka)

Zostałam w ostatnim czasie obdarzona przez los kilkoma okazjami do przeprowadzenia mini-badań komparatystycznych w kwestiach kulturowych. Nie mam w tym kierunku wykształcenia, raczej nigdy mieć go nie będę, a jednak pozwolę sobie ulżyć rozpaczliwej potrzebie wypowiedzenia się – z czego chyba łatwo można wywnioskować, że większość moich doświadczeń było negatywnych. Mówiąc prosto, będę narzekać.

Po pierwsze, dotarło do mnie, jak wielką niedogodnością dla polskiej służby zdrowia jest fakt posiadania przeze mnie ułomnej fizjologii. Inaczej mówiąc, miałam czelność zachorować, do tego nagle, boleśnie i w sposób, który czyniłby dłuższe czekanie na wizytę torturą. Dopiero jednak kiedy dotarłam do przychodni całodobowej, uświadomiłam sobie, że popełniam ogromny nietakt. Pan doktor, nie tylko swoim zachowaniem, ale i w bardzo bezpośrednich słowach, wyraził nieskrępowane rozgoryczenie moim brakiem ogłady. Nasz kontakt ograniczył się ostatecznie do powitania (jednostronnego), pretensji, dlaczego nie poszłam wczoraj do własnego lekarza (dlatego, że wczoraj jeszcze aż tak nie bolało, głupia może wymówka ale kto jest bez winy, niechaj rzuca kamieniem, byle nie w głowę, bo jest mi obecnie potrzebna), milczącego wypisania recepty i pożegnania (jednostronnego).

Dlaczego się czepiam, skoro zostałam przyjęta i dostałam leki? Bo bardzo chciałabym mieć pewność, że jeśli w przyszłości znów będę zmuszona złożyć taką wizytę, może znajdując się w znacznie poważniejszym stanie niż wtedy, albo, co gorsza (mniejsza już o mnie), towarzyszyć będę ważnej dla mnie osobie, przyjmie nas ktoś, kto okaże minimum empatii. Z pierwszej ręki dowiedziałam się, że są w Europie kraje, gdzie ludzkie zachowanie jest standardem, a lekarze nie zachowują się jak roboty do wypisywania recept. 

Nie marudzę jednak tylko z pobudek humanitarnych – przeraża mnie przede wszystkim polski brak profesjonalizmu. Nie otrzymałam od pana doktora absolutnie żadnych dodatkowych informacji na temat dość silnego antybiotyku, który mi przepisał. Owszem, miałam szczęście być pod opieką osoby kompetentnej, która pomogła mi ustalić jak często brać leki czy jakich napojów unikać – szkoda tylko, że nie był nią lekarz. Oczywiście, jest Internet i są ulotki dołączone do opakowań, wszystko mogę sobie sama posprawdzać i mieć nadzieję że niczego nie przeoczyłam, czego ja właściwie jeszcze chcę, u diabła?

Żeby uniknąć oskarżeń o antypolskość, dodam szybko, że żenujący brak profesjonalizmu nie jest unikalną cechą ani Polski, ani nawet służb zdrowia jako takich. Wkrótce po moich przygodach u lekarza, miałam nieszczęście pojechać do Belgii. Podróżowanie po tym kraju na własną rękę jest absolutnie tragicznym pomysłem, jest to jeden z nielicznych przypadków, gdy już lepiej wyjechać na zorganizowaną wycieczkę, spać w autokarze z głową na własnych kolanach, słuchać nudnego przewodnika i skarg pretensjonalnych pań z Poznania. (Uwielbiam Poznań i nie mam nic do poznaniaków, po prostu tak się złożyło że najbardziej antypatyczni turyści jakich w życiu poznałam byli z Poznania i powstał w mojej głowie pewien krzywdzący archetyp.)

Lista zażaleń zatem. Belgia nie ma transportu publicznego który funkcjonowałby w godzinach wieczornych, taksówkarze zdzierają (co może brzmieć jak tautologia, ale nie w Belgii) i ciężko ich złapać. Dotarcie gdziekolwiek pieszo graniczy z cudem, jedyne mapy rozstawione na dworcach to mapy samego dworca, kierujące nas do punktów informacji, które i tak są nieczynne. Kasjerzy uważają za wybitny akt łaski samą sprzedaż biletu (brzmi znajomo?), a kioskarze, którym próbuje się zapłacić kartą, patrzą na nas jak na przybyszów z trzeciego świata i natychmiast odmawiają, mimo że portal ewidentnie jest gotowy do użytku.

Co więcej, to zabrzmi jak truizm, ale perony kolejowe są równie paskudne jak w Polsce, palić można tam wszędzie, co teoretycznie powinno mnie akurat cieszyć, tylko że betony zasłane petami wcale nie wyglądają fajnie, no ale kogo obchodzą śmieci, skoro mamy RECYKLING na każdym cholernym kroku. Wspomniałabym jeszcze o hostelach z brakiem możliwości regulacji temperatury wody pod prysznicem, o Arabach przeczesujących ulice nocami w poszukiwaniu Europejek które nachalnie zapraszają na „disco”, ale konkluzja staje się już chyba jasna i bez tego. Belgia jest jak stary, popsuty mebel pomalowany ładną farbą, która odłazi płatami po najmniejszym skrobnięciu paznokciem. Może to i lepiej, że turyści są stamtąd odstraszani już od samego momentu przybycia, żałuję, że nie dałam się odstraszyć skutecznie.

Podsumowując, bo muszę przecież udawać, że wszystkie te obserwacje łączy jakaś myśl przewodnia, są kraje, które nie lubią turystów i wcale się z tym nie kryją, są i takie, które szczerą niechęcią pałają do własnych obywateli. Nie miałam na szczęście okazji zachorować w Belgii (może jedynie na kaca po nadmiernej ilości Chimaya, piwo trzeba im przyznać robią dobre), ale nie mogę się wyzbyć perwersyjnej ciekawości, jaka jest tamtejsza służba zdrowia, skoro pod tak wieloma względami kraj ten przypomina Polskę.

Niestety, jedyny Belg jakiego miałam w życiu okazję bliżej poznać był niezmiernie dziwnym człowiekiem – zazwyczaj jest to z moich ust komplement, ale proszę mi wierzyć, nie w tym wypadku, tym razem chodzi o dziwność z gatunku „jaka szkoda że się poznaliśmy”. Nie mam więc kogo zapytać i na razie pozostawiam temat otwarty. Na koniec proszę mi wybaczyć małe odstępstwo od zasady nie używania angielskiego, ale nie mam wyjścia: droga Belgio, go recycle yourself.

piątek, 27 stycznia 2012

Odrobina magii

Mam straszliwą obawę, że w poniższej notce będę brzmieć jak Natchniona Licealistka. Najbardziej na świecie chyba nie chcę być Natchnioną Licealistką. Już raz w życiu nią byłam (dziękować Bogu, w wyznaczonym do tego przedziale czasowym) i wystarczy. Próbuję sobie ułożyć w myślach listę osób zajmujących się profesjonalnie albo hobbystycznie pisaniem, których nie chciałabym przypominać jeszcze bardziej, i przychodzi mi do głowy Salman Rushdie.

To nie żadna prowokacja, tylko smutne wyznanie: Salman Rushdie jest być może numerem jeden na liście moich wrogów (co oczywiście nie jest równie przykre, co fatwa, ale jednak), będąc jedynym powieściopisarzem, który potrafił sprawić, że poczułam się głupia jak but. Bywały już książki, których nie dokańczałam, książki, przy których musiałam się wysilić aż do przegrzania obwodów, ale „Szatańskimi wersetami” miałam chęć po prostu rzucić o ścianę. Najwyższy możliwy stopień frustracji czytelniczej. Salmanie, jeszcze się kiedyś spotkamy, muszę tylko stać się mądrzejsza o jakieś 30 lat.

A cóż to była za dygresja niepowiązana z niczym? Mózgu, skup się. Tak więc, myślałam ostatnio sporo o tych nieoczekiwanych chwilach w życiu, które nie mają w sobie pozornie nic epickiego (żadnych pocałunków w deszczu, proszę), a jednak stają się kołem zamachowym… czegoś. Nie chodzi mi tutaj o zmianę – kojarzy mi się ona z czymś niedobrym i wymuszonym - ale raczej o przesunięcie i gotowość korekty. Może ona być spowodowana jednym, jedynym wypowiedzianym albo napisanym przez kogoś zdaniem na dowolny temat – doświadczasz tego, i nagle pojawia się to ledwo uświadomione odczucie, że kolory wokół ciebie trochę się zmieniły.

Uwaga, nadchodzi nieco tandetna analogia: porównałabym to doznanie do tatuażu. Może być maleńki i mało widoczny, ale jednak odbija to cholerstwo permanentny ślad na skórze, a usunięcie go jest bardzo bolesne i pozostawia blizny albo zmienia na jakimś małym obszarze kolor skóry. Jeżeli wystarczy ci odwagi, żeby go nie usuwać, będziesz go widzieć przynajmniej kątem oka już do końca życia.

Osobiście, lubię straszliwie te momenty uświadomienia, ekscytują mnie one niesamowicie i jestem wręcz od nich uzależniona. Tak samo jak niemal uzależniona jestem od ludzi, którzy potrafią mnie wyciągnąć z mojej normalnej strefy komfortu i zabrać na spacer po zupełnie nieznanych mi terenach. Czasem może nawet nieświadomie, wyrywają mnie z pseudobłogiego samozadowolenia i dają w ten sposób coś niebywale cennego.

Wcale nie będzie to żadna permanentna życiowa zmiana, wiem dobrze, że kolejnego dnia wstanę i będzie to samo – Trójka, herbata, łóżko pościelić, ząbki umyć – a jednak pozostanie we mnie ta nowa myśl, dobra czy zła, i będzie się rozwijać, i kroczyć w czasem zupełnie zapewne przez nadawcę niezamierzonych kierunkach. Sama nie wiem, czy to jest bardziej pogoń za nowością, czy za własnym rozwojem. Ale, nie umniejszając w niczym Chwilom Epickim (no już niech będzie ten cholerny deszcz mieszający się ze łzami), kocham te chwile bardziej niż moją kolekcję płyt Dylana. Który też swoją drogą dał mi parę razy po łbie.

Drogi Czytający To Człowieku: jeżeli kiedykolwiek sprawiłeś, że nabrałam nagłej potrzeby przeanalizowania jakiegokolwiek aspektu mojego życia albo interesujących mnie spraw, jeżeli kiedykolwiek dałeś mi impuls, żeby się zatrzymać i pobawić zupełnie nieoczekiwaną refleksją… z głębi swojego zdziwaczałego, nieodpowiedzialnego serca, dziękuję. Postaram się któregoś dnia, jeżeli tylko będę  dostatecznie wyspana i nie skacowana, odwdzięczyć Ci się tym samym.

środa, 18 stycznia 2012

Powieść jak marzenie

Moja radość z akceptacji (bardzo, bardzo mizernego) początku mojej pracy magisterskiej przez panią promotor nie mogła się oczywiście wyrazić inaczej, jak głęboką potrzebą napisania czegoś zupełnie innego. Z niedostatku talentu i z lenistwa, będzie to wpis na blogu, ale w Idealnym Świecie, do którego portalu wciąż jeszcze nie udało mi się odkryć (a podobno ktoś go kiedyś znalazł, w szemranym barze po wielu, wielu drinkach… ale może to tylko miejska legenda) piszę swoją wymarzoną powieść.

Brakuje mi fabuły, konkretnych bohaterów i szerszego tematu. A, i może jeszcze talentu, ale o tym już wspomniałam. Niestety, mam tylko słodko-gorzką garstkę doświadczeń i przemyśleń życiowych które chciałabym tam zawrzeć. Nie będę się tutaj na ich temat rozwodzić, bo ktoś mi jeszcze podkradnie te moje perełki mądrości, które tak bardzo są przecież oryginalne i nie występujące w naturze.

Zaraz, a może jednak nie są. Lepiej się chyba nad tym nie zastanawiać.

Będąc dziewczęciem młodszym jeszcze niż obecnie, miałam tych pomysłów całkiem sporo. Niektóre zaowocowały przeciętnymi opowiadaniami, niewiele lepszymi wierszami, w jednym wypadku nawet mini-powieścią detektywistyczną, ale jest im wszystkim tak daleko do tej mojej wymarzonej Wielkiej Epickiej, jak poziomowi humoru w polskich komediach do seriali HBO. (Przepraszam. Musiałam. A nawet jeśli nie musiałam, to chciałam.)

Przyrodzone gatunkowi ludzkiemu lenistwo każde mi także wzdrygać się przed koniecznością zbierania informacji (jakże gładko ominęłam pułapkę użycia słowa „research”). Oczywiście, można sobie poradzić bez tego, na przykład jeśli pisze się sagę „Zmierzch”, ale moje marzenia obejmują nie tylko sam akt twórczy, ale i jego równie rozkoszne konsekwencje takie jak publikacja, przeciętne choćby uznanie ze strony krytyków, a w najmniej korzystnym dla mnie scenariuszu, przynajmniej nie bycie uznaną za idiotkę bez talentu realizującą swoje nastoletnie fantazje.

Oczywiście, każdy pisarz w jakimś chyba stopniu traktuje tworzenie jako realizację fantazji, cały myk jednak w tym, żeby to zrobić dyskretnie i żeby zbyt wiele osób się nie domyśliło. Nie wspomnę już o tym, że moja powieść nie obyłaby się zapewne bez scen erotycznych, a na samą myśl o tym, że miałaby je czytać moja rodzina, czuję się gorzej niż po przejedzeniu w wigilijny wieczór. A jeśli, co gorsza, nawet oni nie będą chcieli czytać? A jeśli nie przeczyta nikt i cholerstwo wyląduje na wieki w mojej szufladzie? To po to męczyłam swój kręgosłup, mordując tylko dodatkowo wadę którą mam od dzieciństwa, nie poszłam na imprezę w ostatni piątek i zawaliłam terminy na studiach?? Tyle problemów naraz, nie, chyba nie zacznę dziś pisać.

Podsumowując, przeraża mnie i pociąga jednocześnie wizja długich godzin spędzonych nad komputerem i próby wykreowania własnego świata. Napisawszy teraz to zdanie, zdałam sobie sprawę, że właściwie to tak właśnie spędzam większość swoich dni, tylko że żadna powieść z tego nie powstaje. Złośliwość losu!

sobota, 14 stycznia 2012

Czekając aż załaduje się e-papieros

Ostrzeżenie: poniższy post nie będzie zrozumiały dla nikogo, kto uważa, że papierosy są wyłącznie wstrętne, obrzydliwe i śmierdzą. Na przykład dla osób takich, jak mężczyzna w którym miałam nieszczęście być zakochana w ubiegłym roku, który potrafił na podstawie samego zapachu kołnierza mojej kurtki podać markę palonych przeze mnie papierosów. Krzywiąc się przy tym niemiłosiernie, rzecz jasna.

Nie, to jest post dla tych, którzy lubią zacząć swój dzień od małej fajki albo dwóch. Oczywiście, jesteśmy obrzydliwi i śmierdzimy, ale w jakimś chyba sensie tworzymy rodzaj wspólnoty, prawda? Zadymionej, dusznej i zmuszonej do bezustannego wysłuchiwania, jak to rujnujemy swoje zdrowie.

Tak, w ubiegłym roku uzależniłam się od papierosów. Można by podać wiele przyczyn (brawo, Sherlocku, mężczyzna wspomniany w pierwszym paragrafie mógł tam odegrać niejaką rolę), ale właściwie po co? O negatywach można sobie przeczytać na pierwszym lepszym portalu zdrowotnym, a ja właśnie chciałam tak lekko demoralizująco o tym, co mnie w paleniu pociąga.

Ale po kolei. Żeby trochę podratować swoje systematycznie rujnowane zdrowie, sprawiłam sobie e-papierosa, ze względu na to że jest smaczny i zdrowy. Zdrowszy. Do tego nie śmierdzi, nie zatruwa i ogólnie to alleluja, już żaden facet nie będzie się krzywił (ewentualnie – i co dość prawdopodobne – znajdzie sobie do krzywienia inny powód). Proste?

Nie. Bo jak wszystkie substytuty, zdrowe, koszerne i legalne, e-papieros jest pozbawiony duszy. I znów, nie zrozumie tego nikt kto uważa jedynie że zapach zwyczajnych papierosów jest ohydny. Dla mnie jest on źródłem niemal metafizycznej ekscytacji. Na pewno w jakimś stopniu ukształtowała mnie kultura, te wszystkie uromantycznione ujęcia znanych pisarzy i aktorów z fajką zwisającą nonszalancko z kącika ust, że już nie wspomnę o femmes fatales, dmuchających w twarz dymem uwodzonym przez siebie nieszczęśnikom. Dziś próbuje się te sceny sterylizować, pewnie już niebawem nawet James Dean zostanie zgwałcony Photoshopem i pozbawiony jednego ze swoich głównych atrybutów. Ale mnie ta oldschoolowa dekadencja pociąga.

Tak, nie można zaprzeczyć, że palenie jest niezdrowe i w jakimś sensie odrażające. Releguje się nas do sal dla palących, niechętnie wydzielonych kącików dla palaczy, do tych małych gett gdzie możemy wzajemnie się zatruwać nie robiąc nikomu przykrości. Nie mam o to pretensji, zawsze mogę przecież wyjąć swojego e-papierosa i zrobić to smacznie i zdrowo, a ewentualnemu adoratorowi dmuchnąć w twarz bezpłciową parą wodną. Ale kiedy będę mieć potrzebę doznania, czy kiedy będę chciała nawet tylko pobudzić się przed pisaniem magisterki, i tak pobiegnę do Żabki po najtańsze fajki. Rzucajcie na mnie gromy i każcie mi wyjść na zewnątrz, ja po prostu jestem niereformowalna.

Jak dobrze, że mamy internet. Przynajmniej mogę sobie powiedzieć, że w końcu ludzie miewają fetysze znacznie bardziej obrzydliwe niż ten mój nieszczęsny nikotynowy. A któregoś dnia i tak rzucę...