wtorek, 19 lutego 2013

Symbolika Muminka



Podobnie jak większość posiadaczy tatuaży, trochę cieszą (bo chyba jednak do końca nie robi się „dziary” tylko dla siebie, a zainteresowanie innych osób bywa przyjemne), a trochę irytują mnie pytania w stylu „Ile kosztowało/czemu tak drogo/czy bolało?”, no i oczywiście sakramentalne: „Co on oznacza?”. Moje tatuaże nie są jakoś specjalnie duże ani widoczne, więc nie mam z tym ogromnego problemu, niemniej to ostatnie pytanie sprawia mi szczególny problem.

Symbolika moich tatuaży jest banalnie prosta, ale w sposób nasycony emocjami, przez co trudno jest mi postronnej osobie wytłumaczyć, o co w tym wszystkim chodzi. Spróbuję to jednak zrobić tutaj, może pisemnie będzie choć trochę łatwiej, a przy okazji osoby bez tatuaży będą mogły zobaczyć, czemu tak niby proste i niewinne pytanie często skutkuje bezwładnym potokiem słów ze strony odpowiadającego.

Moim pierwszym tatuażem był płatek śniegu na ramieniu (czarno-biały, drugi zresztą też jest taki, bo kompletnie nie miałam potrzeby dodawania do swojego życia kolejnych kolorów). Krótko mówiąc, miejsce średnio widoczne i dość akceptowalnie społeczne, wzorek dziewczęcy, chyba mniej więcej w tej samej lidze co delfinek na kostce czy kwiatuszek za uchem. Dla mnie posiada on jednak znaczenie ogromne, ma mi bowiem przypominać o dwóch rzeczach: po pierwsze, o własnej wyjątkowości, ale też z nutką autoironii, bo znam oczywiście angielskie wyrażenie „special little snowflake”, opisujące osobę nadmiernie o niej przekonaną. Pamiętaj, jesteś kimś wyjątkowym, ale otoczonym przez niezliczone osoby, które myślą na swój temat dokładnie to samo.

Po drugie, no właśnie. Tego drugiego już nijak wytłumaczyć się nie da, zwłaszcza osobie postronnej, chyba że takiej, które momentalnie nawiązała z nami nić porozumienia (ale te magiczne momenty są tak rzadkie…) „Jako dziecko bardzo lubiłam zimę i, uhm, śnieg kojarzy mi się z dzieciństwem.” Mogę jeszcze co najwyżej dodać „także, tego”, a potem już słowa mnie zawodzą i nie wiem jak wyrazić, że tak w ogóle to najważniejsza jest w tym wszystkim „Zima Muminków”, bo nie ma drugiej książki, która tak wspaniale oddawałaby klimat tej pory roku, moim zdaniem nawet Andersen się nie umywa, i jej lektura w cudowny sposób przydała mojemu dorastaniu magii. Napisane czy wypowiedziane w takiej formie nie ma to za bardzo sensu, prawda? A dla mnie jednak ma.

Mój drugi tatuaż jest trochę dziwny, ale też nie jest to tajemniczy symbol z innego kręgu kulturowego (swoją drogą na ogół są one bardzo ładne, po prostu nie trafiłam na taki, który wpasowywałby się w meandry mojej psychiki). Mam na nodze latarnię morską, co ciekawe, też związaną z „Muminkami”, bo podstawą dla niej był rysunek w którejś z książek Jansson. Latarnia jest, według określenia pani artystki tatuażu, bardzo „realistyczna”, według mojego raczej „bajkowa” – krótko mówiąc, jest idealna, bo każdy może w niej widzieć to, co chce.

Symbolika nie jest tu jakaś specjalnie wyrafinowana – mój obrazek ma mi zwyczajnie przypominać, że zawsze znajdę swoją drogę do domu albo innego bezpiecznego miejsca i nikt mnie z niej nie zawróci. Tak bardzo wyrafinowane, wiem, ale spróbujcie te farmazony wytłumaczyć dopiero poznanej osobie (a właśnie te są zawsze najbardziej ciekawskie kiedy już się dowiedzą, że „mam też drugi”).

Co gorsza, oba tatuaże sprawiłam sobie w momencie „leczenia się” z toksycznych mężczyzn i swoich własnych jeszcze bardziej toksycznych odczuć względem nich, chcąc w pewnym sensie oddzielić swoje własne „ja” od całego tego zamieszania. W teorii mogłabym więc zacząć żałować, że je mam, były wykonane w momentach częściowego rozstroju emocjonalnego i wcale nie poprzedzone jakimiś długimi rozważaniami. W praktyce wygląda to tak, że na ogół w ogóle o nich nie pamiętam, a kiedy czasem mi się przypomni, to po prostu stwierdzam, że są śliczne. Czuję też, że dały mi siłę której w wyżej wymienionych momentach potrzebowałam, przede wszystkim właśnie przez to, że ich symbolika jest tak bardzo „moja”.

Za pół wieku będę wytatuowaną staruszką. Mam nadzieję, że doczekam się wnuczki, która spyta mnie, co oznacza ten płatek śniegu na ramieniu, a ja jej odpowiem: „Poczekaj do zimy to sama się przekonasz, ulepimy razem bałwana. A teraz coś ci przeczytam, tak kochanie, z tej dziwacznej ‘prawdziwej’ książki, pamiętaj że babcia już od młodości nie nadąża za technologią…”

sobota, 16 lutego 2013

Książki niekochane



Do napisania niniejszego posta zainspirowała mnie koleżanka, pytając, jak to możliwe, że w moim świecie istnieją książki niechciane. Pozbyłam się właśnie ostatnio paru takich, w miarę możliwości wstawiając je do antykwariatu, głównie po to, żeby zrobić miejsce na półkach na nowych autorów i nowe historie. Mam wrażenie, nie, raczej mam świadomość, że z każdym rokiem moje zacofanie technologiczne się pogłębia – iPhony i cała reszta interesują mnie mniej niż zeszłoroczny śnieg (w kwestii owego przynajmniej mam czasem coś do powiedzenia, i jest to na pewno więcej niż „O jaki fajny masz telefon, O BOŻE JAK SIĘ NA TYM PISZE?!”), podobnie ma się sprawa z elektronicznymi czytnikami książek (nawet nie wiem, czy to  odpowiedni termin? Może jest on niepoprawny politycznie?...)

Kocham szelest kartek, zapach papieru i te sprawy, podobni do mnie prehistoryczni ludzie pewnie już nieraz o tym pisali. Krótko mówiąc, potrzebuję miejsca na moich półkach ewentualnie w moich pudłach, najlepiej DUŻO i TERAZ. Czasem musi więc dojść do rozstania, które staram się sobie osłodzić, wybierając tomy z którymi jak najmniej jestem związana emocjonalnie, i tak właśnie zrobiłam ostatnio.

Pierwsza kategoria: książki z tamtych lat. Nie, nie chodzi bynajmniej o ukochane opowieści z dzieciństwa, bo te nadal trzymam na wypadek złego humoru i oczywiście celem być może podzielenia się nimi pewnego dnia z własnym potomstwem. Swoją drogą, mój Tata zrobił tak samo, tyle że okazało się, że  nie wszystkie zainteresowania mu się z potomstwem pokrywają. Tak więc dom zawalają obecnie stare westerny (jego), Ferdynandy Wspaniałe (nasze), szkolne historie Niziurskiego (tak bardzo nasze!) czy Siesicka (no moja, moja, trochę to wypada genderowo-stereotypowo, wiem, ale książki przygodowe czy kryminały też czytałam, tylko te westerny mnie potwornie nudziły) i jeszcze spokojnie co najmniej z setka innych.

Nie, „tamte lata” to okres późniejszy, naznaczony pasjami, od których potem się odsunęłam. Nie da się ukryć, że głównie była to historia – marzyłam w gimnazjum, żeby ją studiować (tak, tak, potem zapewne nakładałabym keczup do frytek w Macu czy jak to tam idą te zabawne do rozpuku pojazdy z humanistów), toteż moje półki zastawiają książki pokroju „Sejmów II Rzeczpospolitej” (ona chyba właśnie poszła w diabły na pierwszy ogień, ale to jeszcze nic przy moim Tacie, na którego półce dumnie stoi „Konfederacja barska” bodajże w dwóch tomach), bynajmniej nie wszystkie przeczytane, coby ktoś z Czytelników nie wpadł w nieuzasadniony podziw. O ile o historii najnowszej jeszcze czasem lubię coś poczytać, tak już niespecjalnie chce mi się wnikać w to, jakie były założenia reformy Grabskiego. A nawet gdyby naszła mnie taka ochota, no cóż, MAM INTERNET… I okazuje się, że nawet moje zacofanie technologiczne ma swoje granice.

Druga kategoria: książki złe. Nic nie jest tak proste, jak się wydaje. Znalazłam głównie złe książki autorów których za inne dokonania kocham, po czym uznałam, że nie jestem skłonna im wybaczyć tych po-tworków. Na przykład taki Arthur Conan Doyle i jego książki science-fiction. Nie wiem, jak wyglądają te wszystkie „Trujące pasma” i tym podobne z perspektywy miłośnika/-czki gatunku, ale z punktu widzenia miłośniczki Sherlocka Holmesa wyglądają jak grafomania. I mój ukochany Niziurski, ale nie w wersji rewelacyjnych komunistycznych przygodówek, tylko fatalnych przygodówek z początku lat 90-tych (ten nieszczęsny Bąbel i Syfon!). Czemuż ach czemuż kapitalizm odebrał niektórym pisarzom/reżyserom talent?

Krótko mówiąc, nie za te książki powyższych pisarzy szanuję, toteż wybieram słodkie zapomnienie. Borys Akunin, z kolei, jest współczesnym autorem, który tworzy kryminały rozgrywające się w XIX wieku i jednego z nich dorobiłam się na półce, nawet mi się zresztą podobał. Niestety, wyczytałam gdzieś niedawno, że jego książki zawierają masę błędów historycznych i zrobiło mi się łyso. To chyba poczucie winy niespełnionego historyka, ale precz z mej pamięci!

Kolejnej książki chyba nikt nie będzie mi miał za złe. „Władca Pierścieni”, tłumaczenie Łozińskiego… Tu pozostaje mi tylko dodać: ja miałam zaledwie –naście lat i naprawdę nie wiedziałam…

Trzecia kategoria: książki jednorazowe. Sorry, kochanie, było przyjemnie, ale się pożegnamy. Czasem do końca sama nie rozumiem co mną kieruje przy podejmowaniu decyzji co do jednorazowości danej książki. Zawala mi dom chyba z 15 książek Harlana Cobena zarówno w oryginale jak i tłumaczeniu (kupowałam zależnie od nastroju), ale póki co nie mam serca ich wyrzucić. I tak nie pamiętam już za cholerę, co było w której, mam tylko ogólne wrażenie że w USA wielu ludzi umiera a potem ożywa po latach, ewentualnie są porywani, rodzina zdąży ich dziesięć razy opłakać, po czym się odnajdują (również po latach) – często są to ukochane żony, mężowie albo córki. Inne zawiłości fabuły jakoś mi umknęły.

Tak więc Coben nie, bo może zacznę go dla rozrywki czytać od nowa (mentalna notatka do samej siebie – czytaj to co już masz skoro nic nie pamiętasz, ZAMIAST KUPOWAĆ NOWE), ale już „3096 dni” Nataschy Kampusch to typowa „jednorazówka”. Natascha była przez ponad 8 lat przetrzymywana w piwnicy przez austriackiego pedofila – więc jej wspomnienia są takie, jak mają być: przykre i wstrząsające, acz również wciągające i trzymające w napięciu. Umówmy się jednak, że nie jest to wielka literatura i ciężko mi sobie wyobrazić, czemu ktoś miałby tę książkę czytać kilka razy (ani się w niej zakochać, ani tak do końca przy niej odprężyć, ani zachwycić stylem). Do zobaczenia w antykwariacie.

Jest jeszcze kategoria oczekująca – książki, których już wiem, że nie przeczytam. „Oczekująca”, bo jeszcze nie jestem na tym etapie w życiu. Wydaje mi się póki co, że zdołam przeczytać wszystko (z wyjątkiem „Sejmów II Rzeczpospolitej”), że mam masę czasu, aby się przebić przez Prousta, „Ulissesa”, czy (NAPRAWDĘ!) „Finnegans Wake” (skoro już jesteśmy przy temacie, to: „Czy to Perrichon i Bastienne czy ciężki Humph i lekka Nan Ricqueracqbrimbillyjicqueyjocqjolicass? Siej mówisz, dullcisamica? A i aa ab ad abu abiad. Babbel man dub na rów łez.”) Ale pewnie z wiekiem będzie mi mijać, czasu będzie coraz mniej, będę się chciała pozbyć książek, które będą mi o tym przypominać, może zdecyduję się jednak wracać do tych ukochanych, zamiast unosić się ambicją i “przemęczać” te najcięższe. Kto to może wiedzieć? A i aa ab ad abu abiad.

(Fragmenty “Finneganów Trenu” w przekł. Krzysztofa Bartnickiego.)

poniedziałek, 11 lutego 2013

Amerykański film i moment zatrzymania


Zastanawiałam się od dawna, czemu filmy amerykańskie próbujące ukazać inne kultury i kraje są tak bardzo złe. Oczywiście, można by się z miejsca kłócić, że Stany są „tyglem kulturowym” i mówienie o kulturze amerykańskiej jako jednolitym zjawisku jest ryzykowne. Mam jednak na myśli dzieła made in USA, których akcja rozgrywa się poza ich terenem, usiłujące przekonująco pokazać kraje na przykład azjatyckie czy europejskie, tak więc wymagające od amerykańskich filmowców odrobienia solidnej pracy domowej.

W praktyce wygląda to zazwyczaj mniej więcej tak, jak jeden z odcinków Detektywa Monka, w którym Joanna Pacuła zagrała dziewczynę ze zmyślonego kraju słowiańskiego, gdzie są rzeźnicy wymordowujący całe wioski, słowiańskie jedzenie, i do tego mówi się w śmiesznym języku. Krótko mówiąc, wrzucamy trochę dekoracji i stereotypów do jednego worka i serwujemy jako egzotyczną potrawę. Smacznego.

Dlatego też nie podobały mi się, żeby podać tylko kilka przykładów, Wyznania gejszy, Anna Karenina z 1997 roku (gdzie na doczepkę mamy jeszcze piękną jak zawsze Sophie Marceau, chyba po to, żeby było bardziej EUROPEJSKO – powstrzymałam się przed dodaniem w tym miejscu dziesięciu wykrzykników i słowa „jeden”, ale przed caps lockiem już nie dało rady) czy O północy w Paryżu.

Temu ostatniemu chciałam poświęcić szczególną uwagę, bo przerost rekwizytów nad treścią jest w nim wyjątkowo rażący. Główny bohater jest dość mdłym amerykańskim chłopcem, jego narzeczona „się nie nadaje” (jak nasze babcie zwykły określać nieodpowiednich dla nas mężczyzn), ale nic to, bo w sklepie (a może na targu? Nie pamiętam, nie każcie mi oglądać drugi raz...) pracuje cud dziewczyna, która podobnie jak on czuje bluesa. (I zdaje się, że oboje kochają Paryż w deszczu - na ile pamiętam, to jest zrobione zupełnie bez ironii, po prostu druga laska się nadaje, bo kocha Paryż w deszczu - uwierzycie, że ten sam reżyser miał dawno temu talent i stworzył postać Annie Hall??)

Żeby te ich nudne problemy toczyły się w NY, dałabym spokój, ale wykorzystanie Paryża jako pocztówki podkreśla tylko, że twórcy nie mają bladego pojęcia o prawdziwej Europie i postrzegają nasz kontytent z punktu widzenia turysty strzelającego fotki. Swoją drogą, wszystkie prawie miejsca ukazane w tym filmie widziałam z Triadą w czasie wycieczki autokarowej, co raczej nienajlepiej świadczy o oryginalności ich doboru. Bla bla wieża Eiffla bla muzeum Rodina bla łaaaał, Carla Bruni! (Na jakieś trzy minuty. Po co? Dlaczego? Żeby było EUROPEJSKO.)

Oszczędzę sobie już pastwienia się nad zbrodnią dokonaną na postaciach historycznych w scenach podróży w czasie – powiem tylko, że Dali czy Stein są w tym filmie jedynie (moim zdaniem mało zabawnymi) karykaturami samych siebie, naszkicowanymi chyba według notek z Wikipedii.

Swoją drogą – byłam wściekła, że ten film dostał Oscara za scenariusz, dokąd nie uświadomiłam sobie, że Oscary są przyznawane przez podstarzałych białych mężczyzn (http://www.cbsnews.com/8301-215_162-57383854/who-decides-oscar-winners-white-men-over-60/), więc może już pora przestać się ekscytować nagrodą, która nijak nie odzwierciedla gustu amerykańskiego społeczeństwa.

Zaczynam jednak rozumieć, czemu wyżej wymienione i inne pokrewne dzieła napełniają mnie takim niesmakiem. Brakuje mi w nich tego, co nazwałabym „momentem zatrzymania”. Skonfrontowana z kulturą, która jest mi obca – choćby francuską, japońską czy rosyjską – chciałabym od czasu do czasu przeżyć moment, w którym nie rozumiem, w którym jestem Anglikiem w Nowym Jorku i mam poczucie dziwności i wyobcowania, a może nawet i pewnej wrogości. Chcę się nauczyć czegoś nowego, chcę poznać inną mentalność – i TAK, niech to będzie też i mentalność amerykańska, ale ta prawdziwa, a nie przebrana w kimono.

Czasem to „zatrzymanie” trwa tak długo, że nagle uświadamiam sobie, że nie jestem mile widzianym gościem. Filmy Hayao Miyazakiego są dla mnie „zbyt japońskie”, historia mnie nie wciąga i nie rozumiem odniesień kulturowych, nie widzę tam dla siebie miejsca – trudno, przynajmniej wiem, że obcowałam z czymś autentycznym, a nie podróbką.

Na zakończenie przykład pozytywny amerykańskiej kreatywności. Friedrich Dürrenmatt pisał w sposób bardzo „szwajcarski”, krytykując znane mu społeczeństwo i jego przywary. Jednak amerykańska ekranizacja The Pledge: Requiem for the Detective Novel z Jackiem Nicholsonem w roli głównej jest według mnie filmem wspaniałym. Dlaczego? Bo przeniesiono akcję w realia amerykańskie, szukając (uwaga, teraz będzie coś bardzo ważnego!) wspólnych mianowników.

Zamiast więc przebierać bohaterów za Szwajcarów, reżyser Sean Penn skupił się na treści dzieła – szaleństwie, obsesji, subiektywności prawdy, starzeniu i samotności. Dekoracje też są, a i owszem – przepiękne zdjęcia nakręcone w Kanadzie (mającej chyba naśladować któryś z północnych stanów USA – proszę mnie poprawić, jeśli się mylę) i do tego bohaterowie, bardzo dürrenmattowscy, bo zdziwaczali, przeciętni, brzydcy ciałem i duchem, autentyczni. I nie trzeba wcale było kazać im jodłować, żeby oddać ducha historii Dürrenmatta.