Podobnie jak większość posiadaczy tatuaży, trochę cieszą (bo chyba jednak
do końca nie robi się „dziary” tylko dla siebie, a zainteresowanie innych osób
bywa przyjemne), a trochę irytują mnie pytania w stylu „Ile kosztowało/czemu
tak drogo/czy bolało?”, no i oczywiście sakramentalne: „Co on oznacza?”. Moje
tatuaże nie są jakoś specjalnie duże ani widoczne, więc nie mam z tym ogromnego
problemu, niemniej to ostatnie pytanie sprawia mi szczególny problem.
Symbolika moich tatuaży jest banalnie prosta, ale w sposób nasycony
emocjami, przez co trudno jest mi postronnej osobie wytłumaczyć, o co w tym
wszystkim chodzi. Spróbuję to jednak zrobić tutaj, może pisemnie będzie choć
trochę łatwiej, a przy okazji osoby bez tatuaży będą mogły zobaczyć, czemu tak
niby proste i niewinne pytanie często skutkuje bezwładnym potokiem słów ze
strony odpowiadającego.
Moim pierwszym tatuażem był płatek śniegu na ramieniu (czarno-biały, drugi
zresztą też jest taki, bo kompletnie nie miałam potrzeby dodawania do swojego życia
kolejnych kolorów). Krótko mówiąc, miejsce średnio widoczne i dość akceptowalnie
społeczne, wzorek dziewczęcy, chyba
mniej więcej w tej samej lidze co delfinek na kostce czy kwiatuszek za uchem.
Dla mnie posiada on jednak znaczenie ogromne, ma mi bowiem przypominać o dwóch
rzeczach: po pierwsze, o własnej wyjątkowości, ale też z nutką autoironii, bo
znam oczywiście angielskie wyrażenie „special little snowflake”, opisujące osobę
nadmiernie o niej przekonaną. Pamiętaj, jesteś kimś wyjątkowym, ale otoczonym
przez niezliczone osoby, które myślą na swój temat dokładnie to samo.
Po drugie, no właśnie. Tego drugiego już nijak wytłumaczyć się nie da,
zwłaszcza osobie postronnej, chyba że takiej, które momentalnie nawiązała z
nami nić porozumienia (ale te magiczne momenty są tak rzadkie…) „Jako dziecko
bardzo lubiłam zimę i, uhm, śnieg kojarzy mi się z dzieciństwem.” Mogę jeszcze
co najwyżej dodać „także, tego”, a potem już słowa mnie zawodzą i nie wiem jak
wyrazić, że tak w ogóle to najważniejsza jest w tym wszystkim „Zima Muminków”,
bo nie ma drugiej książki, która tak wspaniale oddawałaby klimat tej pory roku,
moim zdaniem nawet Andersen się nie umywa, i jej lektura w cudowny sposób przydała mojemu dorastaniu magii. Napisane czy wypowiedziane w takiej
formie nie ma to za bardzo sensu, prawda? A dla mnie jednak ma.
Mój drugi tatuaż jest trochę dziwny, ale też nie jest to tajemniczy symbol
z innego kręgu kulturowego (swoją drogą na ogół są one bardzo ładne, po prostu
nie trafiłam na taki, który wpasowywałby się w meandry mojej psychiki). Mam na
nodze latarnię morską, co ciekawe, też związaną z „Muminkami”, bo podstawą dla
niej był rysunek w którejś z książek Jansson. Latarnia jest, według określenia
pani artystki tatuażu, bardzo „realistyczna”, według mojego raczej „bajkowa” –
krótko mówiąc, jest idealna, bo każdy może w niej widzieć to, co chce.
Symbolika nie jest tu jakaś specjalnie wyrafinowana – mój obrazek ma mi
zwyczajnie przypominać, że zawsze znajdę swoją drogę do domu albo innego
bezpiecznego miejsca i nikt mnie z niej nie zawróci. Tak bardzo wyrafinowane,
wiem, ale spróbujcie te farmazony wytłumaczyć dopiero poznanej osobie (a
właśnie te są zawsze najbardziej ciekawskie kiedy już się dowiedzą, że „mam też
drugi”).
Co gorsza, oba tatuaże sprawiłam sobie w momencie „leczenia się” z
toksycznych mężczyzn i swoich własnych jeszcze bardziej toksycznych odczuć
względem nich, chcąc w pewnym sensie oddzielić swoje własne „ja” od całego tego
zamieszania. W teorii mogłabym więc zacząć żałować, że je mam, były wykonane w
momentach częściowego rozstroju emocjonalnego i wcale nie poprzedzone jakimiś
długimi rozważaniami. W praktyce wygląda to tak, że na ogół w ogóle o nich nie
pamiętam, a kiedy czasem mi się przypomni, to po prostu stwierdzam, że są
śliczne. Czuję też, że dały mi siłę której w wyżej wymienionych momentach
potrzebowałam, przede wszystkim właśnie przez to, że ich symbolika jest tak
bardzo „moja”.
Za pół wieku będę wytatuowaną staruszką. Mam nadzieję, że doczekam się
wnuczki, która spyta mnie, co oznacza ten płatek śniegu na ramieniu, a ja jej
odpowiem: „Poczekaj do zimy to sama się przekonasz, ulepimy razem bałwana. A
teraz coś ci przeczytam, tak kochanie, z tej dziwacznej ‘prawdziwej’ książki,
pamiętaj że babcia już od młodości nie nadąża za technologią…”