piątek, 27 stycznia 2012

Odrobina magii

Mam straszliwą obawę, że w poniższej notce będę brzmieć jak Natchniona Licealistka. Najbardziej na świecie chyba nie chcę być Natchnioną Licealistką. Już raz w życiu nią byłam (dziękować Bogu, w wyznaczonym do tego przedziale czasowym) i wystarczy. Próbuję sobie ułożyć w myślach listę osób zajmujących się profesjonalnie albo hobbystycznie pisaniem, których nie chciałabym przypominać jeszcze bardziej, i przychodzi mi do głowy Salman Rushdie.

To nie żadna prowokacja, tylko smutne wyznanie: Salman Rushdie jest być może numerem jeden na liście moich wrogów (co oczywiście nie jest równie przykre, co fatwa, ale jednak), będąc jedynym powieściopisarzem, który potrafił sprawić, że poczułam się głupia jak but. Bywały już książki, których nie dokańczałam, książki, przy których musiałam się wysilić aż do przegrzania obwodów, ale „Szatańskimi wersetami” miałam chęć po prostu rzucić o ścianę. Najwyższy możliwy stopień frustracji czytelniczej. Salmanie, jeszcze się kiedyś spotkamy, muszę tylko stać się mądrzejsza o jakieś 30 lat.

A cóż to była za dygresja niepowiązana z niczym? Mózgu, skup się. Tak więc, myślałam ostatnio sporo o tych nieoczekiwanych chwilach w życiu, które nie mają w sobie pozornie nic epickiego (żadnych pocałunków w deszczu, proszę), a jednak stają się kołem zamachowym… czegoś. Nie chodzi mi tutaj o zmianę – kojarzy mi się ona z czymś niedobrym i wymuszonym - ale raczej o przesunięcie i gotowość korekty. Może ona być spowodowana jednym, jedynym wypowiedzianym albo napisanym przez kogoś zdaniem na dowolny temat – doświadczasz tego, i nagle pojawia się to ledwo uświadomione odczucie, że kolory wokół ciebie trochę się zmieniły.

Uwaga, nadchodzi nieco tandetna analogia: porównałabym to doznanie do tatuażu. Może być maleńki i mało widoczny, ale jednak odbija to cholerstwo permanentny ślad na skórze, a usunięcie go jest bardzo bolesne i pozostawia blizny albo zmienia na jakimś małym obszarze kolor skóry. Jeżeli wystarczy ci odwagi, żeby go nie usuwać, będziesz go widzieć przynajmniej kątem oka już do końca życia.

Osobiście, lubię straszliwie te momenty uświadomienia, ekscytują mnie one niesamowicie i jestem wręcz od nich uzależniona. Tak samo jak niemal uzależniona jestem od ludzi, którzy potrafią mnie wyciągnąć z mojej normalnej strefy komfortu i zabrać na spacer po zupełnie nieznanych mi terenach. Czasem może nawet nieświadomie, wyrywają mnie z pseudobłogiego samozadowolenia i dają w ten sposób coś niebywale cennego.

Wcale nie będzie to żadna permanentna życiowa zmiana, wiem dobrze, że kolejnego dnia wstanę i będzie to samo – Trójka, herbata, łóżko pościelić, ząbki umyć – a jednak pozostanie we mnie ta nowa myśl, dobra czy zła, i będzie się rozwijać, i kroczyć w czasem zupełnie zapewne przez nadawcę niezamierzonych kierunkach. Sama nie wiem, czy to jest bardziej pogoń za nowością, czy za własnym rozwojem. Ale, nie umniejszając w niczym Chwilom Epickim (no już niech będzie ten cholerny deszcz mieszający się ze łzami), kocham te chwile bardziej niż moją kolekcję płyt Dylana. Który też swoją drogą dał mi parę razy po łbie.

Drogi Czytający To Człowieku: jeżeli kiedykolwiek sprawiłeś, że nabrałam nagłej potrzeby przeanalizowania jakiegokolwiek aspektu mojego życia albo interesujących mnie spraw, jeżeli kiedykolwiek dałeś mi impuls, żeby się zatrzymać i pobawić zupełnie nieoczekiwaną refleksją… z głębi swojego zdziwaczałego, nieodpowiedzialnego serca, dziękuję. Postaram się któregoś dnia, jeżeli tylko będę  dostatecznie wyspana i nie skacowana, odwdzięczyć Ci się tym samym.

środa, 18 stycznia 2012

Powieść jak marzenie

Moja radość z akceptacji (bardzo, bardzo mizernego) początku mojej pracy magisterskiej przez panią promotor nie mogła się oczywiście wyrazić inaczej, jak głęboką potrzebą napisania czegoś zupełnie innego. Z niedostatku talentu i z lenistwa, będzie to wpis na blogu, ale w Idealnym Świecie, do którego portalu wciąż jeszcze nie udało mi się odkryć (a podobno ktoś go kiedyś znalazł, w szemranym barze po wielu, wielu drinkach… ale może to tylko miejska legenda) piszę swoją wymarzoną powieść.

Brakuje mi fabuły, konkretnych bohaterów i szerszego tematu. A, i może jeszcze talentu, ale o tym już wspomniałam. Niestety, mam tylko słodko-gorzką garstkę doświadczeń i przemyśleń życiowych które chciałabym tam zawrzeć. Nie będę się tutaj na ich temat rozwodzić, bo ktoś mi jeszcze podkradnie te moje perełki mądrości, które tak bardzo są przecież oryginalne i nie występujące w naturze.

Zaraz, a może jednak nie są. Lepiej się chyba nad tym nie zastanawiać.

Będąc dziewczęciem młodszym jeszcze niż obecnie, miałam tych pomysłów całkiem sporo. Niektóre zaowocowały przeciętnymi opowiadaniami, niewiele lepszymi wierszami, w jednym wypadku nawet mini-powieścią detektywistyczną, ale jest im wszystkim tak daleko do tej mojej wymarzonej Wielkiej Epickiej, jak poziomowi humoru w polskich komediach do seriali HBO. (Przepraszam. Musiałam. A nawet jeśli nie musiałam, to chciałam.)

Przyrodzone gatunkowi ludzkiemu lenistwo każde mi także wzdrygać się przed koniecznością zbierania informacji (jakże gładko ominęłam pułapkę użycia słowa „research”). Oczywiście, można sobie poradzić bez tego, na przykład jeśli pisze się sagę „Zmierzch”, ale moje marzenia obejmują nie tylko sam akt twórczy, ale i jego równie rozkoszne konsekwencje takie jak publikacja, przeciętne choćby uznanie ze strony krytyków, a w najmniej korzystnym dla mnie scenariuszu, przynajmniej nie bycie uznaną za idiotkę bez talentu realizującą swoje nastoletnie fantazje.

Oczywiście, każdy pisarz w jakimś chyba stopniu traktuje tworzenie jako realizację fantazji, cały myk jednak w tym, żeby to zrobić dyskretnie i żeby zbyt wiele osób się nie domyśliło. Nie wspomnę już o tym, że moja powieść nie obyłaby się zapewne bez scen erotycznych, a na samą myśl o tym, że miałaby je czytać moja rodzina, czuję się gorzej niż po przejedzeniu w wigilijny wieczór. A jeśli, co gorsza, nawet oni nie będą chcieli czytać? A jeśli nie przeczyta nikt i cholerstwo wyląduje na wieki w mojej szufladzie? To po to męczyłam swój kręgosłup, mordując tylko dodatkowo wadę którą mam od dzieciństwa, nie poszłam na imprezę w ostatni piątek i zawaliłam terminy na studiach?? Tyle problemów naraz, nie, chyba nie zacznę dziś pisać.

Podsumowując, przeraża mnie i pociąga jednocześnie wizja długich godzin spędzonych nad komputerem i próby wykreowania własnego świata. Napisawszy teraz to zdanie, zdałam sobie sprawę, że właściwie to tak właśnie spędzam większość swoich dni, tylko że żadna powieść z tego nie powstaje. Złośliwość losu!

sobota, 14 stycznia 2012

Czekając aż załaduje się e-papieros

Ostrzeżenie: poniższy post nie będzie zrozumiały dla nikogo, kto uważa, że papierosy są wyłącznie wstrętne, obrzydliwe i śmierdzą. Na przykład dla osób takich, jak mężczyzna w którym miałam nieszczęście być zakochana w ubiegłym roku, który potrafił na podstawie samego zapachu kołnierza mojej kurtki podać markę palonych przeze mnie papierosów. Krzywiąc się przy tym niemiłosiernie, rzecz jasna.

Nie, to jest post dla tych, którzy lubią zacząć swój dzień od małej fajki albo dwóch. Oczywiście, jesteśmy obrzydliwi i śmierdzimy, ale w jakimś chyba sensie tworzymy rodzaj wspólnoty, prawda? Zadymionej, dusznej i zmuszonej do bezustannego wysłuchiwania, jak to rujnujemy swoje zdrowie.

Tak, w ubiegłym roku uzależniłam się od papierosów. Można by podać wiele przyczyn (brawo, Sherlocku, mężczyzna wspomniany w pierwszym paragrafie mógł tam odegrać niejaką rolę), ale właściwie po co? O negatywach można sobie przeczytać na pierwszym lepszym portalu zdrowotnym, a ja właśnie chciałam tak lekko demoralizująco o tym, co mnie w paleniu pociąga.

Ale po kolei. Żeby trochę podratować swoje systematycznie rujnowane zdrowie, sprawiłam sobie e-papierosa, ze względu na to że jest smaczny i zdrowy. Zdrowszy. Do tego nie śmierdzi, nie zatruwa i ogólnie to alleluja, już żaden facet nie będzie się krzywił (ewentualnie – i co dość prawdopodobne – znajdzie sobie do krzywienia inny powód). Proste?

Nie. Bo jak wszystkie substytuty, zdrowe, koszerne i legalne, e-papieros jest pozbawiony duszy. I znów, nie zrozumie tego nikt kto uważa jedynie że zapach zwyczajnych papierosów jest ohydny. Dla mnie jest on źródłem niemal metafizycznej ekscytacji. Na pewno w jakimś stopniu ukształtowała mnie kultura, te wszystkie uromantycznione ujęcia znanych pisarzy i aktorów z fajką zwisającą nonszalancko z kącika ust, że już nie wspomnę o femmes fatales, dmuchających w twarz dymem uwodzonym przez siebie nieszczęśnikom. Dziś próbuje się te sceny sterylizować, pewnie już niebawem nawet James Dean zostanie zgwałcony Photoshopem i pozbawiony jednego ze swoich głównych atrybutów. Ale mnie ta oldschoolowa dekadencja pociąga.

Tak, nie można zaprzeczyć, że palenie jest niezdrowe i w jakimś sensie odrażające. Releguje się nas do sal dla palących, niechętnie wydzielonych kącików dla palaczy, do tych małych gett gdzie możemy wzajemnie się zatruwać nie robiąc nikomu przykrości. Nie mam o to pretensji, zawsze mogę przecież wyjąć swojego e-papierosa i zrobić to smacznie i zdrowo, a ewentualnemu adoratorowi dmuchnąć w twarz bezpłciową parą wodną. Ale kiedy będę mieć potrzebę doznania, czy kiedy będę chciała nawet tylko pobudzić się przed pisaniem magisterki, i tak pobiegnę do Żabki po najtańsze fajki. Rzucajcie na mnie gromy i każcie mi wyjść na zewnątrz, ja po prostu jestem niereformowalna.

Jak dobrze, że mamy internet. Przynajmniej mogę sobie powiedzieć, że w końcu ludzie miewają fetysze znacznie bardziej obrzydliwe niż ten mój nieszczęsny nikotynowy. A któregoś dnia i tak rzucę...

środa, 11 stycznia 2012

Obrączka menela


To nie była chwila magiczna ani przywracająca wiarę w (nad) przyrodzoną dobroć natury ludzkiej. Nie było romantyzmu, był tylko autobus jak na standardy krakowskie zatłoczony w stopniu umiarkowanym. I potworny, potworny smród którego źródłem był menel objuczony pustymi puszkami. Jego strój wskazywał wyraźnie na wielotygodniowy brak kontaktu z proszkiem do prania, i przyznaję, że na mojej twarzy mimowolnie ukazał się grymas. Wpaja się nam ten szacunek do drugiego człowieka, gdzieś tam człowiek ma zakodowane, że menel też człowiek i minimum respektu mu się należy, a jednak… Ten odruch się pojawia zanim jeszcze zdąży się go zarejestrować, a co dopiero nad nim zapanować.

Nie wiem skąd ten człowiek przyszedł, nie wiem dokąd zmierzał. Wiem tylko, że kiedy wyciągnął swoją (brudną, a jakże, ale przecież nie chodzi w tej notce o to aby odmieniać słowa „brud” i „smród” przez wszystkie przypadki) dłoń, żeby nacisnąć guzik otwierający drzwi, coś nagle błysnęło przed moimi oczami. Nie, nie był to zabłąkany promień słońca, który przydałby nadziei temu smutnemu obrazkowi – było to coś w pewnym sensie o wiele bardziej tandetnego. Na serdecznym palcu menela tkwiła mała obrączka.

Jako osoba obdarzona wybujałą wyobraźnią, mogłabym wysnuć tysiąc rzewnych historii na temat tej obrączki. Nie wiem nic o tym człowieku i nigdy się nie dowiem, a jednak, pomimo usilnych starań, napełnił mnie jakąś durną tkliwością. Wyjaśnienie może być bardzo proste, pewnie obrączka jest wykonana z tak tandetnego materiału, że jej wartość nie umywałaby się do brzęczącego worka. A może jednak nie. A może… może… Znów w mojej głowie rodzą się sentymentalne scenariusze i ogarnia mnie idiotyczne wzruszenie. A od dawna nie wierzę już, że amor vincit omnia.

Tak oto potraktowałam tego człowieka instrumentalnie, czyniąc go nośnikiem swojego zdychającego idealizmu.

środa, 28 grudnia 2011

Utrata i tęsknota w dobie Facebooka


Strasznie ciężko się w dzisiejszych czasach z kimkolwiek rozstać. Świat stał się taki dostępny, bliższy nawet niż na odległość ramienia. Paroma ruchami myszki komputerowej możemy wymazać kogoś ze swojego życia, ale i równie łatwo przyjąć go z powrotem. Niby zniknął i go nie ma, ale tak kusi, żeby sprawdzić, co u niego, tak niesamowicie prosto przynajmniej od strony technicznej jest nawiązać ponowny kontakt.

Co gorsza, każdy taki związek obrasta tysiącem nibynóżek które zaczynają żyć własnym życiem. Te wszystkie zdjęcia, komentarze, wspólni znajomi – pomieszanie z poplątaniem świata wirtualnego z realnym. Palenie listów może mieć charakter terapeutyczny, ale czy kasowanie czyichś komentarzy dostarcza jakiegokolwiek oczyszczenia? Oczywiście, można przekląć na wieki, zblokować, tyle że ponowne odblokowanie to kwestia kolejnych kilku ruchów myszą…

Straszliwie to wszystko chłodne i beznamiętne, prawda? Znacznie lepsze do wyrażenia negatywnych emocji są namacalne przedmioty które można spalić, podrzeć, wyrzucić. Od głupiego wpatrywania się w ekran lepsze jest oczywiście terapeutyczne piwo ze znajomymi. Tylko że po tym piwie znów zaczyna kusić ten cholerny telefon, jak złe oko łypiący na nas z torebki czy kieszeni. Dwa ruchy kciukiem – wszystko zaczyna się od nowa…

Nie, zdecydowanie nie lubię współczesnej technologii. Tak łatwo pogubić w tej przesadnej prostocie i nieznośnej lekkości przekazywania myśli, szczególnie tych najgłupszych i najbardziej kompromitujących. Marzą mi się te słynne listy przesyłane dyliżansem który docierał raz na dwa tygodnie, oj marzą. Mając świadomość jak długo trzeba będzie czekać na odpowiedź, człowiek cyzelowałby każde słowo i nie skakałoby mu pod sufit ciśnienie kiedy po godzinie telefon nadal uparcie nie chce zapiszczeć.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Ten pierwszy raz


Pierwszy wpis na blogu, trochę jak pierwszy papieros z rana. Zawiera obietnicę czegoś ekscytującego, sprawia, że lekko kręci się w głowie. Tylko że papieros niezmiennie dostarcza dobrze znanych doznań, a blog to jednak podróż w nieznane. Po co go właściwie pisać? Będzie tylko jedną wśród milionów stron, których i tak nie da się przebić ani popularnością, ani błyskotliwością stylu. A może właśnie nie trzeba przebijać? Może lepiej znaleźć swój własny głos, ten mityczny własny pokój, i zwyczajnie robić swoje? Blog o bezsensie i niemożliwości pisania bloga? Tylko patrzeć, jak zamiast zostać Fellinim w „Osiem i pół”, człowiek zacznie kręcić się w kółko i pożerać własny ogon. Żeby ładnie opowiedzieć o blokadzie twórczej, najpierw trzeba być artystą.

O czym tu więc? Może o pudełku z herbatą? Jest zielone, herbata w nim waniliowo-truskawkowa, ale nie po to piszę, żeby było kolorowo i pachniało magią. Niewinne pudełko z herbatą oznajmia mi bowiem „Rak’n’roll – wygraj życie!”. No i tak, Rak’n’roll, jak się dowiedziałam, jest fundacją pomagającą chorym na raka. Nawet nie tykam szlachetnej inicjatywy, jest ważna i potrzebna, oby takich jak najwięcej. Nie opuszcza mnie jednak poczucie dysonansu, kiedy patrzę na to radosne logo i filuterną nazwę.

Rozmawiamy dziś o raku, rozmawiamy dużo, często i potrzebnie. Ale nie dość już dziś mówić o profilaktyce czy problemach osób chorych – całe to meritum zostało odsunięte w kąt przez konwencję. Niestosownym stało się nagle napisać „Dziewczyny, badajcie się bo to bardzo ważne” – nie, na topie jest obecnie poinformować na Facebooku o kolorze stanika lub majteczek. To, co nigdy nie było i nie będzie niczym innym, jak straszną chorobą, zostaje nagle poprószone kolorowym lukrem, ma lśnić i mrugać, a jedynie jako skutek uboczny skłaniać do refleksji.

Oczywiście, są to sprawy których wszyscy się boimy, i oczywiście, łatwiej przyciągnąć uwagę kiedy jest różowo, radośnie i rock’n’rollowo. A jednak męczy mnie to poczucie niestosowności – bo co dalej? Żarty w stylu „W Sowieckiej Rosji, to rak ma ciebie”? Czy to jest jeszcze oswajanie, czy trywializacja? Dlaczego strach, emocja tak głęboko ludzka i naturalna, musi koniecznie zostać wyparty przez lukier? Czy żyjemy w aż tak głupiej i płytkiej kulturze, czy to tylko ja mam problem ze zrozumieniem mechanizmów oswajania?

Żebyś to durna dziewczyno myślała o swojej magisterce tyle co o wszystkim innym.