Poruszę dziś temat dość niepopularny, z którym
zapewne większość osób nie będzie w stanie się zidentyfikować, ale ciąży mi na
sercu ten 26 maja potwornie. Od lat najmłodszych jesteśmy wychowywani w
swoistym kulcie matki. Już w szkole podstawowej uczy się nas wierszyków i
piosenek o tej, co kochała i wychowała, żaden maj obejść się nie może bez
wycinania i malowania dla niej kwiatuszków. Nie jestem osobą, której trzeba by
tłumaczyć, jak bardzo w Polsce nie docenia się kobiet i ich poświęceń, ze szczególnym
uwzględnieniem tych, które zajmują się domem, więc „nie pracują”. Dobrze więc,
że chociaż ten jeden dzień przypomina rozkapryszonym bachorom w wieku dowolnym
o wdzięczności, którą tak naprawdę powinny wyrażać bezustannie i na każdym
kroku, prawda?
Nie do końca. Bo w tym całym świątecznym
zamieszaniu nie ma miejsca dla tych, którzy w nim udziału wziąć nie chcą albo
nie mogą. Prawie nieobecna w dyskursie publicznym jest postać matki, która
matką wcale być nie powinna. Delikatnie ten temat wypłynął przy sprawie Madzi z
Sosnowca, ale szybko został rozcieńczony w oceanie sensacji i obyło się bez
głębszej refleksji czy konkluzji. A ja nie chcę nikogo szczuć ani piętnować.
Apelowałabym raczej o wrażliwość względem dzieci dziarsko i równo wycinających kwiaty
z kolorowego papieru, które po powrocie do domu będą usiłować wręczyć matce
pijanej albo chorej.
Prawie też nie mówi się o tym, że prawdziwą,
wypełniającą niemal każdą oprócz biologicznej rolę, matką może być też ojciec.
Babcia, siostra, w rzadkich przypadkach nawet nauczycielka. A może po prostu
wiele różnych osób, razem składających się na to, czego matka „prawdziwa” dać
nie może albo nie chce. Czy są w stanie zastąpić matkę? Może raczej wypełnić
rolę, którą po angielsku pięknie nazywa się „mother figure” – niby niewielka
różnica, ale jakże istotna. Ale przecież w idealizacji macierzyństwa nie ma
miejsca na takie niuanse. Dziwię się, jakby w polskim systemie edukacji było w
ogóle miejsce na jakiekolwiek niuanse…
Tak więc według wierszyka i piosenki rolę matki
spełniać może jedynie ta, co „urodziła i wykarmiła”. W późniejszym wieku
człowiekowi jakoś łatwiej jest poradzić sobie z tym dysonansem, ale lata
najmłodsze upływają pod znakiem wielkiej konfuzji. Czuje taki mały człowiek że
u niego w domu jest „jakoś inaczej”, jakoś mu te wierszyki i piosenki nie
przystają do rzeczywistości, i nawet jeżeli ma solidne oparcie w reszcie
rodziny, nie uniknie potwornej samotności w obliczu tęsknoty za tym wyśnionym
ideałem.
Nie twierdzę, że dysponuję jakimś złotym rozwiązaniem,
które uczyni świat łatwiejszym dla dzieciaków pozbawionych z jakiegoś powodu
obecności czy zainteresowania kobiety, które teoretycznie powinna być
najważniejszą kobietą w ich życiu. Co więcej, mam w pełni świadomość, że jestem
obiektywna – nie zamierzam pisać podobnego felietonu na Dzień Ojca, nie tylko
dlatego, że medialne zamieszanie wokół niego jest znacznie mniejsze. Wydaje mi
się jednak, że postać nieobecnego czy mającego problemy z używkami ojca pojawia
się w naszym kręgu kulturowym często. Ojciec znika, romansuje, upija się,
popada w chorobę psychiczną – ale matka, o ile tylko żyje, pozostaje opoką dla
całej rodziny. Oczywiście, że tak właśnie jest w wielu domach. I oczywiście, że
są też domy, w których jest dokładnie odwrotnie.
Może część mojego zgorzknienia bierze się z tego,
że z każdym rokiem coraz mniej wierzę w to, że jakakolwiek miłość może być
bezwarunkowa. Ale wszystkim matkom, które tak właśnie kochają swoje dzieciaki –
najlepszego.