Mam straszliwą obawę, że w poniższej notce będę brzmieć jak Natchniona Licealistka. Najbardziej na świecie chyba nie chcę być Natchnioną Licealistką. Już raz w życiu nią byłam (dziękować Bogu, w wyznaczonym do tego przedziale czasowym) i wystarczy. Próbuję sobie ułożyć w myślach listę osób zajmujących się profesjonalnie albo hobbystycznie pisaniem, których nie chciałabym przypominać jeszcze bardziej, i przychodzi mi do głowy Salman Rushdie.
To nie żadna prowokacja, tylko smutne wyznanie: Salman Rushdie jest być może numerem jeden na liście moich wrogów (co oczywiście nie jest równie przykre, co fatwa, ale jednak), będąc jedynym powieściopisarzem, który potrafił sprawić, że poczułam się głupia jak but. Bywały już książki, których nie dokańczałam, książki, przy których musiałam się wysilić aż do przegrzania obwodów, ale „Szatańskimi wersetami” miałam chęć po prostu rzucić o ścianę. Najwyższy możliwy stopień frustracji czytelniczej. Salmanie, jeszcze się kiedyś spotkamy, muszę tylko stać się mądrzejsza o jakieś 30 lat.
A cóż to była za dygresja niepowiązana z niczym? Mózgu, skup się. Tak więc, myślałam ostatnio sporo o tych nieoczekiwanych chwilach w życiu, które nie mają w sobie pozornie nic epickiego (żadnych pocałunków w deszczu, proszę), a jednak stają się kołem zamachowym… czegoś. Nie chodzi mi tutaj o zmianę – kojarzy mi się ona z czymś niedobrym i wymuszonym - ale raczej o przesunięcie i gotowość korekty. Może ona być spowodowana jednym, jedynym wypowiedzianym albo napisanym przez kogoś zdaniem na dowolny temat – doświadczasz tego, i nagle pojawia się to ledwo uświadomione odczucie, że kolory wokół ciebie trochę się zmieniły.
Uwaga, nadchodzi nieco tandetna analogia: porównałabym to doznanie do tatuażu. Może być maleńki i mało widoczny, ale jednak odbija to cholerstwo permanentny ślad na skórze, a usunięcie go jest bardzo bolesne i pozostawia blizny albo zmienia na jakimś małym obszarze kolor skóry. Jeżeli wystarczy ci odwagi, żeby go nie usuwać, będziesz go widzieć przynajmniej kątem oka już do końca życia.
Osobiście, lubię straszliwie te momenty uświadomienia, ekscytują mnie one niesamowicie i jestem wręcz od nich uzależniona. Tak samo jak niemal uzależniona jestem od ludzi, którzy potrafią mnie wyciągnąć z mojej normalnej strefy komfortu i zabrać na spacer po zupełnie nieznanych mi terenach. Czasem może nawet nieświadomie, wyrywają mnie z pseudobłogiego samozadowolenia i dają w ten sposób coś niebywale cennego.
Wcale nie będzie to żadna permanentna życiowa zmiana, wiem dobrze, że kolejnego dnia wstanę i będzie to samo – Trójka, herbata, łóżko pościelić, ząbki umyć – a jednak pozostanie we mnie ta nowa myśl, dobra czy zła, i będzie się rozwijać, i kroczyć w czasem zupełnie zapewne przez nadawcę niezamierzonych kierunkach. Sama nie wiem, czy to jest bardziej pogoń za nowością, czy za własnym rozwojem. Ale, nie umniejszając w niczym Chwilom Epickim (no już niech będzie ten cholerny deszcz mieszający się ze łzami), kocham te chwile bardziej niż moją kolekcję płyt Dylana. Który też swoją drogą dał mi parę razy po łbie.
Drogi Czytający To Człowieku: jeżeli kiedykolwiek sprawiłeś, że nabrałam nagłej potrzeby przeanalizowania jakiegokolwiek aspektu mojego życia albo interesujących mnie spraw, jeżeli kiedykolwiek dałeś mi impuls, żeby się zatrzymać i pobawić zupełnie nieoczekiwaną refleksją… z głębi swojego zdziwaczałego, nieodpowiedzialnego serca, dziękuję. Postaram się któregoś dnia, jeżeli tylko będę dostatecznie wyspana i nie skacowana, odwdzięczyć Ci się tym samym.