sobota, 25 sierpnia 2012

O miłości i artefaktach


Pisałam już kiedyś o rozstaniach i o tym, jak bardzo utrudnia solidne usunięcie kogoś ze swojego życia współczesna technologia. Dziś jednak naszły mnie myśli dotyczące bardziej namacalnych pozostałości romansu, które zazwyczaj nawarstwiają się wprost proporcjonalnie do długości jego trwania. Mnie po ostatnim, długodystansowym (odległościowo), ale niezbyt długim (czasowo) związku, pozostał przede wszystkim bezprzewodowy internet, dwa szaliki w szkocką kratę i proszek do udrażniania rur. Po kolei.

Z internetem przerąbane, bo jaka szanująca się uzależniona od portali społecznościowych osoba wyrzuciłaby tak po prostu wraży router przez okno? Naprawdę bardzo lubię mieć możliwość wejść na Fejsika leżąc w łóżku, i kto to w ogóle słyszał, żeby pisać pracę magisterską na siedząco? Rozwiązanie: opanować pozycję dystansu w stosunku do owego routera, i nawet kiedy czasem podczas przenoszenia laptopa do łóżka na krawędzi świadomości pojawi się zarys myśli o tym, komu zawdzięczam tę możliwość, zatłuc bez litości jak pająka w wannie. Tym bardziej nie chcę sobie wyobrażać, co będzie, jeśli coś zacznie szwankować i będę musiała tłumaczyć panu technikowi, że ja nic nie wiem, to instalował mój były chłopak, który nie dość, że nie mówi po polsku, to do mnie nie odzywa się już w żadnym języku.
                                                        
Jeszcze gorzej z szalikami, które są przedmiotami o charakterze znacznie bardziej osobistym i wściekle nacechowanym emocjonalnie, czytaj: aktualnie ich widok wywołuje u mnie efekt gorszy niż „Titanic” i „Trędowata” razem wzięte. Na szczęście, póki co mamy gorące lato a szmatki owe mają charakter jesienno-zimowy,  pozostaje więc mieć nadzieję, że nim liście rozpłomienią się na dobre, serce zdąży się już nieco scalić i będę mogła znowu robić szał tartanem MacDonaldów. Alternatywne rozwiązania na wypadek, jakby się jednak nie zagoiło: spalić, oddać, zakopać w ziemi, tylko proszę, niech nikt mi nawet nie wspomina o Allegro - jedyna korzyść finansowa, jaką moje wysoko rozwinięte poczucie moralności pozwoliłoby mi odnieść z rozstania, to tantiemy z Wybitnej Powieści o Trudnych Związkach, do której może mnie wreszcie (!) zainspiruje.

I jeszcze ten cholerny proszek. Dopóki nie pojawił się On, żyłam sobie radośnie z pozatykanymi zlewami i wanną, kompletnie się nie zastanawiając nad marnością swojej egzystencji. Niestety, mieszkanie z kimś przez kilka dni poza porywami ciała i ducha oznacza także, jak się okazało (nie śmiać się, byłam troszkę nieuświadomiona), że kupujemy razem papier toaletowy i „kreta”. Macie pojęcie, jakie to uczucie, doznawać bolesnego drżenia serca przy każdym udrażnianiu odpływu? I co, może ów wspaniały wynalazek też mam wyrzucić i polecieć do Carrefoura po nową butelkę? Jak dobrze, że przynajmniej papier toaletowy nie przetrwał tak długo, to  dopiero groziłoby bolesnymi dylematami…

A poważnie mówiąc, szkoda mi tak naprawdę każdego przedmiotu, wiadomości czy zdjęcia, niezależnie od tego, jaki los postanowię im ostatecznie zgotować – bo każda z tych rzeczy nosi na sobie jakieś piętno silnego uczucia, i dla idiotycznie sentymentalnych ludzi takich jak ja pożegnanie się z nimi jest niemal bardziej bolesne niż to „właściwe” rozstanie. Może dlatego, że w przeciwieństwie do osoby, z którą zrywamy, która okazała się taka-i-owaka, i zawiodła i zraniła, przedmioty i wiadomości są na zawsze niewinne, trochę zaklęte w czasie, należące wyłącznie do tej bardziej radosnej, prostszej i pełnej nadziei przeszłości, która je zrodziła. I nie ma najmniejszego znaczenia, że potem już wszystko, wszystko poszło źle.

Tak oto zaklęłam magię w proszku do udrażniania rur.