wtorek, 24 lipca 2012

Latom 90-tym z miłością

Pora napisać coś lekkiego i zabawnego, bo kiedy nic już nie jest ani lekkie, ani zabawne, pozostaje jedynie szukanie zapomnienia w potoku własnych niezobowiązujących słów. A cóż może być bardziej rozrywkowego niż przeszłość, która jest już na tyle odległa, że nie wiążą się z nią żadne oczekiwania? Mem „problemy lat 90-tych” (http://afternoonsnoozebutton.com/post/26515631154/pleatedjeans-best-of-the-1990s-problems-meme) (nadal nie umiem wstawiać hyperlinków) przypomniał mi moje własne problemy z owych czasów.

Słyszałam opowieści o dziewczynkach, które zwalniały się wcześniej z lekcji, żeby zdążyć na kolejny odcinek „Klanu” – w moim przypadku aż tak źle nie było, niemniej „pierwsza polska telenowela” zdecydowanie przez pewien czas królowała w moim życiu. Najlepiej zapamiętałam odcinki, w których blok Grażynki i Rysia (RIP) stał się siedzibą burdelu. Była tam jedna straszliwa scena, gdzie nieco nazbyt podekscytowany klient owego przybytku napastuje Grażynkę nocną porą na klatce schodowej – nie wiem, może dlatego, że byłam jeszcze dzieciakiem, ale w mojej pamięci epizod ów mógłby rywalizować z najstraszniejszym horrorem ("Blair Witch" może iść się kochać!), trauma po nim trwała u mnie tygodniami i wątku burdelowego nie zapomnę nigdy, choćbym dożyła 90-tki i doczekała się stadka prawnucząt.

Wszystko co związane z telefonami stacjonarnymi jest również niezmiernie zabawne. Chodzi nie tylko o uniemożliwiającą prywatność długość kabla telefonicznego, czy znajomych, którzy wyszli z domu, a w międzyczasie okazało się, że lepiej, gdyby jednak nie przychodzili – dla mnie osobiście szczytem stresu było dzwonienie do koleżanek, gdy miałam świadomość, że odebrać mogą ich rodzice. Niezależnie od tego, jak bardzo byli oni sympatyczni i jak bardzo mnie lubili, konieczność przedstawienia się i poproszenia do telefonu Kasi/Oli/Ani/itd. przyprawiało mnie o silną nerwicę i do dziś jeszcze tym tłumaczę sobie przyśpieszone bicie serca, kiedy muszę zadzwonić do kogokolwiek, nawet do mężczyzny własnego albo takiego, który chciałabym, żeby był własnym, nawet na komórkę. Jak dobrze, że są sms-y, chociaż czekanie aż komórka wyda z siebie piśnięcie też potrafi wywołać u mnie zimne poty. No, ale jak widać są ludzie i neurotycy, nie mogę chyba winić za to lat 90-tych.

Inna komiczna sytuacja: odwiedziny z rodzicami u znajomych mieszkających w mieście położonym około 100 km od naszego. Wiele lat, nim czasownik „ogarniać” stał się modny, my już nie ogarnialiśmy gremialnie, toteż wsiedliśmy do pociągu jadącego w odwrotnym kierunku. Po zorientowaniu się w sytuacji i powrocie do punktu wyjścia okazało się, że nie mamy adresu znajomych (mieli czekać na dworcu, ale przecież kilka godzin później czekać już nie będą). Tak więc nastąpił powrót taty do domu, bynajmniej nie mający na celu zadzwonienia do owych znajomych, bo nawet nie posiadali oni telefonu stacjonarnego, jedynie zdobycie ich adresu, jako że nawet nie mieliśmy go przy sobie. Wreszcie udało się złapać kolejny pociąg, jadący już we właściwą stronę, przez cały czas bez możliwości szybkiego poinformowania przyjaciół o dramatyczno-żałosnym rozwoju wydarzeń. (Trochę szkoda, że nie mieli telefonu, bo budki telefoniczne to też skarbnica opowieści i nigdy nie zapomnę o wieloosobowych kolejkach w małych nadmorskich miejscowościach, ustawiających się, by opowiedzieć najbliższym o stanie pogody i temperaturze Bałtyku, jak również pani, która po kilkunastu minutach trajkotania wydała z siebie wreszcie radosne "Kończę, muszę jeszcze zadzwonić do babci!", wywołując w tym jęk zawodu około dziesięciu osób czekających z kartami TP w ręku.)

I to nagrywanie na kasety piosenek z radia! Miałam o tyle szczęścia, że nawet jeśli kilka sekund zajęte było przez rozgadanego „DJ-a”, to na ogół był nim pan Niedźwiecki, w którym kochałam się straszliwie i byłabym w stanie wszystko mu wybaczyć. Hm, w tej akurat sytuacji czas przeszły niekoniecznie ma zastosowanie… Tylko nagrywać już nie ma sensu, nawet gdy na pierwszym miejscu przez dwadzieścia tygodni króluje Gotye.

I jeszcze wypożyczalnie kaset! Niekończące się szeregi bajek, często wypożyczanych po dziesięć razy, jakieś amerykańskie komedie, irytacja, gdy poprzedni klient nie przewinął taśmy, albo gdy była zanieczyszczona i trzeba było użyć kasety czyszczącej. I regał z filmami erotycznymi, które zdawały się wtedy szczytem nieosiągalności i grozy, że aż strach było rzucić choćby ukradkowe spojrzenie na te wszystkie gołe panie.

Z projektami szkolnymi nie było tak źle, jeśli miało się w domu masę książek, w tym oczywiście encyklopedie, które dzisiaj zalegają w piwnicach albo porastają kurzem w tylnich rzędach półek. Tele Tydzień, bez którego nie wiadomo byłoby, o której ulubiona telenowela (ta brazylijska, ze śliczną dziewczyną), książka telefoniczna, używana choćby do znalezienia numeru telefonu przystojnego nauczyciela, a potem głośnych westchnień nad jego nazwiskiem i adresem. (Czy mieszka daleko, czy jest szansa na niego wpaść? Oby tylko nie był z żoną i dziećmi. Wszystko w porządku, nie było jeszcze wtedy słowa „stalking”!)

I gry na konsoli, dzień w dzień, zwłaszcza w wakacje, kiedy przyjeżdżał mój kuzyn, aż się zepsuła do szczętu. Możemy znowu zagrać w Contrę albo tanki, ale jeśli chcesz grać w Mario, to ty będziesz Luigi, musisz mi ustąpić, tylko nie w szczepionkę. A potem pierwszy komputer i fatalnie działający, śpiewający milionem rozedrganych głosów, gdy usiłował nawiązać połączenie, internet, i ilość miejsca na dysku tak mała, że zdjęcia mężczyzn, w których się wówczas kochałam, trzeba było zapisywać na dyskietkach. Mężczyźni zmieniali się rok po roku, tak jak zmieniały się zainteresowania, ci dawni siłą rzeczy szli w zapomnienie, skoro telewizja nie pokazywała już „Ptaków ciernistych krzewów”, którego DVD dopiero po latach zakupiłam na Allegro w przypływie nostalgii za księdzem Ralphem. „Klan” też nie był już nawet w połowie tak ciekawy odkąd burdel zamknięto i nikt nikogo nie molestował na klatce.

Piękne jest to angielskie określenie „memory lane”, próbuję je czymś zastąpić i mam problem. Każda próba tłumaczenia po polsku brzmi pretensjonalnie i nie ma w sobie nic z urody Natalii Oreiro wirującej w czołówce „Zbuntowanego anioła”. Nie, nie zawróciłabym czasu, gdybym mogła, zawsze przecież mogę sobie włączyć Spice Girls na youtubie i wysłać na fejsie wiadomość do dawnych znajomych. Tylko czasem jest mi smutno, gdy sobie to wszystko przypomnę i uświadomię, że Rysiek już nie żyje i nie ocali więcej Grażynki przed zboczeńcem.