Nie, wbrew tytułowi, nie będzie nic a nic o seksie.
Pojawiły się w moim życiu bardzo wcześnie, może nawet kiedy miałam zaledwie cztery lata. W miarę, jak dorastałam, było ich coraz więcej, ale to właściwie dobrze, bo dopiero z czasem nauczyłam się sobie z nimi radzić. Na początku sprawiały bowiem, że czułam się strasznie, miałam bolesne poczucie inności i nie odpowiadania jakiemuś niesamowicie istotnemu standardowi. Wraz z upływem lat zaczęły mi sprawiać pewnego rodzaju perwersyjną przyjemność, bo zrozumiałam, że to wcale nie we mnie tkwi sedno problemu. Dochodzę powoli do etapu, gdzie właściwie już nie umiałabym bez nich żyć, a gdyby zniknęły zupełnie, to uznałabym, że robię ze swoim życiem coś nie tak.
A wyglądały i wyglądają one mniej więcej tak jak poniżej.
Czemu się nie bawisz, tylko czytasz książkę? Czemu taką poważną? Czemu przebrałaś się na szkolną zabawę za kowboja, a nie za księżniczkę? Czemu się nie uśmiechasz, czemu jesteś taka smutna, czym się tak przejmujesz? Przestań się przejmować, to przecież takie proste.
Czemu wybrałaś akurat taki kierunek studiów, co ty będziesz potem robić w życiu? (Występujące także w ekskluzywnej wersji: „Dlaczego nie pójdziesz na prawo i jak możesz w tym wieku farbować włosy?”) Czemu chcesz zostać w rodzinnym mieście, dlaczego nie wyjedziesz do Warszaaaawy albo Krakoooowa? Czemu po trzech latach wyjeżdżasz do Krakowa, dlaczego nie kontynuujesz studiów w rodzinnym mieście? No dobrze, ten Kraków, ale że akurat na tej uczelni?
O boże, zrobiłaś sobie tatuaż? A jak ci się znudzi? A jak będziesz stara, brzydka i obwisła, to co wtedy? (Tu akurat jest jedna tylko odpowiedź: tatuaż będzie moim najmniejszym zmartwieniem.)
Czemu nie masz chłopaka? Czemu nie masz dziewczyny? Spotykasz się z kimś? Ale dlaczego taki stary? Dlaczego nie znajdziesz sobie kogoś w Polsce? Czy z twoim patriotyzmem jest coś nie tak i jak możesz nie lubić bigosu? Czemu chodzisz sama do kina, jak możesz pójść sama na piwo, nie czujesz się wtedy głupio? Czemu ciągle piszesz po angielsku? Czemu nie pojedziesz na Erazmusa albo do UK, bez tego twój angielski nigdy nie będzie taki, no wiesz?
I wreszcie: czemu pijesz tyle kawy, czemu już nie pijesz kawy, czemu pijesz tyle piwa, czemu nic nie pijesz, jak możesz tyle palić, może byś w końcu rzuciła? (Kawę, papierosy, piwo, faceta, niepotrzebne skreślić.)
Trwają wciąż jeszcze moje badania nad ustaleniem, czy krytykanctwo na masową skalę jest specyfiką wyłącznie polską. Nie miałam jak dotąd możliwości prawdziwie naukowego zajęcia się tematem, niemniej ze wszystkich odbytych przeze mnie podróży i rozmów, przeczytanych książek, artykułów i obejrzanych filmów wynika jasno: mało gdzie poziom owego zjawiska jest tak wysoki jak u nas. Nawet by mi w głowie nie postało, żeby apelować w Polsce akurat o tolerancję, apele nic tu nie pomogą, wiele jeszcze musi wody upłynąć, nim coś się zmieni.
Nie, jedyna rzecz, jakiej bym chciała, to żebyśmy niekiedy, w codziennych, najzwyklejszych sytuacjach, potrafili wybaczyć innym osobom, że trochę nie do końca dorastają do wyobrażeń, jakie mamy na ich temat. Żebyśmy choć spróbowali zaakceptować, że inni ludzie czasami, a nawet często, robią rzeczy, które nam osobiście wydają się dziwne, i na ogół nie mają chęci się z tego tłumaczyć. Nie, nie uważam, że każdy, kto daje rady, robi to ze złej woli, i nie, nie wykluczam, że czasem krytykanctwo ma swoje źródło w autentycznej trosce; niemniej, w moim akurat przypadku skutki jego są odwrotnie proporcjonalne do intensywności perswazji. Reakcja znana także pod nazwą "a po to, żebyście się pytali".
Co przypomina mi o ostatnim na dziś pytaniu: czemu ja mam, do cholery, taki paskudny charakter?
sobota, 24 marca 2012
wtorek, 13 marca 2012
O pisarzach i rzemieślnikach
Odkryłam przez przypadek rewelacyjną pisarkę. Przypadek wyglądał tak, że jej opowiadania w „taniej książce” kosztowały 3 zł 70 gr., a na okładce było napisane, że podziwiał ją Truman Capote. Powinnam aktualnie czytać Houellebecqa, bo jest mi wstyd, że mam uporczywą skłonność do wymądrzania się na temat jego książek, a nie przeczytałam jeszcze wszystkich, ale niestety mam małą „kosę” z Houellebecquiem odkąd w ubiegłym roku poleciał sobie w kulki i nie przyjechał do Krakowa na Targi Książki. Poddało to moje uczucia do niego dość ciężkiej próbie, a ponieważ mam żeńskie geny, to mimo upływu miesięcy złość jeszcze mi nie przeszła, przyjęła tylko formę biernej agresji.
Tak czy inaczej, pokazałam Panu H. środkowy palec i ochoczo zabrałam się do tomu opowiadań „Proste przyjemności” autorstwa Jane Bowles. Banalne wyrażenie o zanurzeniu się w świat czyichś historii nabrało natychmiast nowego sensu – autorka nie tworzy może własnego świata, ale opisuje przeciętność w sposób, który wywołuje doznania zazwyczaj z nią nie kojarzone. Groza, poczucie alienacji, absolutne przytłoczenie najdrobniejszymi codziennymi sytuacjami, czyli, krótko mówiąc, dobrze znana z lekcji polskiego litość i trwoga.
Nie sam wydźwięk tych opowiadań wydaje mi się jednak najbardziej frapujący. Jane Bowles w ciągu swojego pięćdziesięciokilkuletniego życia stworzyła jedną powieść, jedną sztukę i jeden tom opowiadań. Jak dowiedziałam się z krótkiego eseju na jej temat zamieszczonego na początku kupionej przeze mnie książki, autorka nie znosiła pisania, uważała je za zajęcie wstrętne i męczące. Z jednej strony, jestem w stanie to zrozumieć, bo kiedy człowiek tak dogłębnie jak ona postrzega rzeczywistość w każdym jej nawet najwstrętniejszym detalu, przelewanie tego na papier musi być niebywale wyczerpującym doświadczeniem.
Z drugiej strony, archetyp cierpiącego artysty jest już do cna wyeksploatowany i dla wielu osób stał się on zapewne nieco komicznym reliktem. Nastały bowiem czasy pisarzy bez skrępowania określających siebie mianem rzemieślników i opisujących proces twórczy za pomocą terminów, które można by odnieść do wielu innych zawodów. Często nie są to literaci z najwyższej półki – lubię Stephena Kinga, ale chyba nikt nie skrzywi się na nazwanie go sprawnym rzemieślnikiem, skoro sam siebie tak on określa. Fajne jest to, że pisarze (także polscy, czego dowodzi choćby Marek Krajewski) potrafią z dystansem spojrzeć na uprawiany przez siebie zawód i nie bredzić o porywach natchnienia, skoro cała rzecz sprowadza się dla nich do 5 stron przed pierwszym papierosem i kolejnych 5 po obiedzie. Nie przestają przez to przecież dostarczać nam rozrywki i znakomitych historii.
A jednak, serce rwie mi się do tych dusz umęczonych pisaniem, do tych flaki z siebie wypruwających geniuszy. Wspomniany już Capote na przykład tak oto wypowiadał się na temat powieści „Z zimną krwią” (przepraszam, że po angielsku): „No one will ever know what 'In Cold Blood' took out of me. It scraped me right down to the marrow of my bones. It nearly killed me. I think, in a way, it did kill me.”
Pewnie i w przypadku literatury ambitnej trafiłby się niejeden autor traktujący pisanie jako zwyczajny zawód, może nawet zdarzali się autorzy wybitni z takim podejściem. Ale mnie tłucze się po głowie jedno z napisanych przez Jane Bowles zdań (cytuję z pamięci, więc możliwe nieścisłości): „Była osobą, która potrafiła padać raz za razem na kupę tłuczonego szkła, i za każdym razem równie głośno krzyczeć”. Taki drobiazg, a lepiej opisuje niektóre znane mi osoby, niż całe stronice tworzone przez innych pisarzy. Nie, nie potrafię sobie wyobrazić, że coś tak zmyślnego można napisać w trakcie „porannej zmiany” i że zupełnie nic wspólnego nie ma z tym natchnienie, i że wreszcie można pisać takie rzeczy i wieść całkowicie normalne życie (Jane bynajmniej nie wiodła).
Szanuję rzemieślników, nawet trochę podziwiam rzemieślników za samodyscyplinę, której mnie osobiście brakuje, czytuję rzemieślników z przyjemnością, ale wielbić jestem chyba w stanie tylko artystów, o których wiem, że za swoją sztukę musieli zapłacić jakąś cenę. Carramba, jak to strasznie pretensjonalnie brzmi. A może to wszystko dlatego, że ja sama systematycznie nie jestem w stanie pisać nawet prac na studia, potrzebuję mocnej motywacji albo tzw. "kopa" w wiadomą część ciała, i dopiero w takiej sytuacji jestem w stanie wpaść w kilkugodzinny „szał tworzenia”. I tak oto usprawiedliwiłam własne lenistwo podziwem dla wielkich pisarzy. Quod erat demonstrandum!
Tak czy inaczej, pokazałam Panu H. środkowy palec i ochoczo zabrałam się do tomu opowiadań „Proste przyjemności” autorstwa Jane Bowles. Banalne wyrażenie o zanurzeniu się w świat czyichś historii nabrało natychmiast nowego sensu – autorka nie tworzy może własnego świata, ale opisuje przeciętność w sposób, który wywołuje doznania zazwyczaj z nią nie kojarzone. Groza, poczucie alienacji, absolutne przytłoczenie najdrobniejszymi codziennymi sytuacjami, czyli, krótko mówiąc, dobrze znana z lekcji polskiego litość i trwoga.
Nie sam wydźwięk tych opowiadań wydaje mi się jednak najbardziej frapujący. Jane Bowles w ciągu swojego pięćdziesięciokilkuletniego życia stworzyła jedną powieść, jedną sztukę i jeden tom opowiadań. Jak dowiedziałam się z krótkiego eseju na jej temat zamieszczonego na początku kupionej przeze mnie książki, autorka nie znosiła pisania, uważała je za zajęcie wstrętne i męczące. Z jednej strony, jestem w stanie to zrozumieć, bo kiedy człowiek tak dogłębnie jak ona postrzega rzeczywistość w każdym jej nawet najwstrętniejszym detalu, przelewanie tego na papier musi być niebywale wyczerpującym doświadczeniem.
Z drugiej strony, archetyp cierpiącego artysty jest już do cna wyeksploatowany i dla wielu osób stał się on zapewne nieco komicznym reliktem. Nastały bowiem czasy pisarzy bez skrępowania określających siebie mianem rzemieślników i opisujących proces twórczy za pomocą terminów, które można by odnieść do wielu innych zawodów. Często nie są to literaci z najwyższej półki – lubię Stephena Kinga, ale chyba nikt nie skrzywi się na nazwanie go sprawnym rzemieślnikiem, skoro sam siebie tak on określa. Fajne jest to, że pisarze (także polscy, czego dowodzi choćby Marek Krajewski) potrafią z dystansem spojrzeć na uprawiany przez siebie zawód i nie bredzić o porywach natchnienia, skoro cała rzecz sprowadza się dla nich do 5 stron przed pierwszym papierosem i kolejnych 5 po obiedzie. Nie przestają przez to przecież dostarczać nam rozrywki i znakomitych historii.
A jednak, serce rwie mi się do tych dusz umęczonych pisaniem, do tych flaki z siebie wypruwających geniuszy. Wspomniany już Capote na przykład tak oto wypowiadał się na temat powieści „Z zimną krwią” (przepraszam, że po angielsku): „No one will ever know what 'In Cold Blood' took out of me. It scraped me right down to the marrow of my bones. It nearly killed me. I think, in a way, it did kill me.”
Pewnie i w przypadku literatury ambitnej trafiłby się niejeden autor traktujący pisanie jako zwyczajny zawód, może nawet zdarzali się autorzy wybitni z takim podejściem. Ale mnie tłucze się po głowie jedno z napisanych przez Jane Bowles zdań (cytuję z pamięci, więc możliwe nieścisłości): „Była osobą, która potrafiła padać raz za razem na kupę tłuczonego szkła, i za każdym razem równie głośno krzyczeć”. Taki drobiazg, a lepiej opisuje niektóre znane mi osoby, niż całe stronice tworzone przez innych pisarzy. Nie, nie potrafię sobie wyobrazić, że coś tak zmyślnego można napisać w trakcie „porannej zmiany” i że zupełnie nic wspólnego nie ma z tym natchnienie, i że wreszcie można pisać takie rzeczy i wieść całkowicie normalne życie (Jane bynajmniej nie wiodła).
Szanuję rzemieślników, nawet trochę podziwiam rzemieślników za samodyscyplinę, której mnie osobiście brakuje, czytuję rzemieślników z przyjemnością, ale wielbić jestem chyba w stanie tylko artystów, o których wiem, że za swoją sztukę musieli zapłacić jakąś cenę. Carramba, jak to strasznie pretensjonalnie brzmi. A może to wszystko dlatego, że ja sama systematycznie nie jestem w stanie pisać nawet prac na studia, potrzebuję mocnej motywacji albo tzw. "kopa" w wiadomą część ciała, i dopiero w takiej sytuacji jestem w stanie wpaść w kilkugodzinny „szał tworzenia”. I tak oto usprawiedliwiłam własne lenistwo podziwem dla wielkich pisarzy. Quod erat demonstrandum!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)