środa, 29 lutego 2012

Myśl potargana

Z pewnych względów przypomniałam sobie dzisiaj o mojej pierwszej miłości, przynajmniej z tych, które uznaję za prawdziwe i godne uwzględnienia w tej klasyfikacji. I jakoś tak dotarło do mnie, jak zupełnie różne jest doświadczenie zakochania teraz, w porównaniu do tego, co było osiem lat temu. Wrażenie dysonansu zaowocowało ostatecznie metaforą, która może nie jest jakoś specjalnie wyszukana, ale w końcu od tego mam bloga, żeby się takimi rzeczami dzielić.

Bycie młodą zakochaną przypomina kupienie wielkiej torby cukierków i wepchnięcie sobie ich wszystkich naraz do ust. Ach, ten nagły skok cukru i zawrót głowy, ach ten ból brzucha i nieprzespane noce z głową w muszli klozetowej. Czasem się zastanawiam, czy istnieje w ogóle jakiś sposób uniknięcia tego etapu, ale jedynym rozwiązaniem, jakie przychodzi mi do głowy, jest podróż w czasie. No, ale wszyscy wiemy jak to się kończy, człowiek omal nie zostaje własnym ojcem tudzież dziadkiem, albo zakochuje się w kobiecie, która zmarła 80 lat temu, albo mało się nie zabija próbując ocalić prezydenta Kennedy’ego, ogólnie dzieją się rzeczy straszne. Nie, nikt mnie nie namówi do podróży w czasie po tym, jak mnie nastraszyła popkultura.

Na szczęście, z wiekiem (wiem, że to śmieszne, żeby mając dwadzieścia kilka lat używać takich wyrażeń, ale chyba nikt nie zaprzeczy że już w tym momencie odczuwa się pewne sprawy inaczej w porównaniu z okresem nastoletnim, co nie zmienia faktu, że pewnie za 30 lat przeczytam te słowa i będę się z nich śmiać, mam przynajmniej taką nadzieję, podobno w Internecie nic nie ginie) następuje jakże przyjemny i przynoszący ulgę proces spowolnienia. Zakochanie nie jest już jak zachłyśnięcie się toffi, które potrafi zakleić usta jak jasna cholera, ale przypomina raczej delektowanie się dobrą kolacją. Oczywiście, czasem trzeba zjeść coś nieprzyjemnego (jak lazania, uwielbiam Garfielda ale lazanii po prostu nie znoszę), czasem się człowiek zakrztusi i łzy staną mu w oczach. Ale tym bardziej jest się potem w stanie docenić te najlepsze dania, i wcale nie ma się ochoty ich pochłonąć wszystkich naraz, tym bardziej, że w pamięci ma się wciąż jeszcze te młodzieńcze noce spędzone na oddawaniu hołdów sedesowi.

Strasznie mi wstyd że porównuję miłość do jedzenia, stawia mnie to chyba w jednym szeregu z autorami odnajdującymi sens życia w słonecznej Toskanii albo w mazurskich lasach (z dwojga złego wolałabym już chyba to drugie, współczuję każdemu, kto po sens życia musiał jechać aż do Włoch, z ręką na sercu mogę obiecać, że jest go tam równie trudno znaleźć, jak gdziekolwiek indziej), z tą drobną różnicą, że ja za moje wypociny nie biorę pieniędzy i wszystko jest pro publico bono. Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko powiedzieć, że według mojej osobistej filozofii, jedzenie nigdy i w żadnych okolicznościach nie jest nie na temat.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Różnice i podobieństwa kulturowe (rozprawka)

Zostałam w ostatnim czasie obdarzona przez los kilkoma okazjami do przeprowadzenia mini-badań komparatystycznych w kwestiach kulturowych. Nie mam w tym kierunku wykształcenia, raczej nigdy mieć go nie będę, a jednak pozwolę sobie ulżyć rozpaczliwej potrzebie wypowiedzenia się – z czego chyba łatwo można wywnioskować, że większość moich doświadczeń było negatywnych. Mówiąc prosto, będę narzekać.

Po pierwsze, dotarło do mnie, jak wielką niedogodnością dla polskiej służby zdrowia jest fakt posiadania przeze mnie ułomnej fizjologii. Inaczej mówiąc, miałam czelność zachorować, do tego nagle, boleśnie i w sposób, który czyniłby dłuższe czekanie na wizytę torturą. Dopiero jednak kiedy dotarłam do przychodni całodobowej, uświadomiłam sobie, że popełniam ogromny nietakt. Pan doktor, nie tylko swoim zachowaniem, ale i w bardzo bezpośrednich słowach, wyraził nieskrępowane rozgoryczenie moim brakiem ogłady. Nasz kontakt ograniczył się ostatecznie do powitania (jednostronnego), pretensji, dlaczego nie poszłam wczoraj do własnego lekarza (dlatego, że wczoraj jeszcze aż tak nie bolało, głupia może wymówka ale kto jest bez winy, niechaj rzuca kamieniem, byle nie w głowę, bo jest mi obecnie potrzebna), milczącego wypisania recepty i pożegnania (jednostronnego).

Dlaczego się czepiam, skoro zostałam przyjęta i dostałam leki? Bo bardzo chciałabym mieć pewność, że jeśli w przyszłości znów będę zmuszona złożyć taką wizytę, może znajdując się w znacznie poważniejszym stanie niż wtedy, albo, co gorsza (mniejsza już o mnie), towarzyszyć będę ważnej dla mnie osobie, przyjmie nas ktoś, kto okaże minimum empatii. Z pierwszej ręki dowiedziałam się, że są w Europie kraje, gdzie ludzkie zachowanie jest standardem, a lekarze nie zachowują się jak roboty do wypisywania recept. 

Nie marudzę jednak tylko z pobudek humanitarnych – przeraża mnie przede wszystkim polski brak profesjonalizmu. Nie otrzymałam od pana doktora absolutnie żadnych dodatkowych informacji na temat dość silnego antybiotyku, który mi przepisał. Owszem, miałam szczęście być pod opieką osoby kompetentnej, która pomogła mi ustalić jak często brać leki czy jakich napojów unikać – szkoda tylko, że nie był nią lekarz. Oczywiście, jest Internet i są ulotki dołączone do opakowań, wszystko mogę sobie sama posprawdzać i mieć nadzieję że niczego nie przeoczyłam, czego ja właściwie jeszcze chcę, u diabła?

Żeby uniknąć oskarżeń o antypolskość, dodam szybko, że żenujący brak profesjonalizmu nie jest unikalną cechą ani Polski, ani nawet służb zdrowia jako takich. Wkrótce po moich przygodach u lekarza, miałam nieszczęście pojechać do Belgii. Podróżowanie po tym kraju na własną rękę jest absolutnie tragicznym pomysłem, jest to jeden z nielicznych przypadków, gdy już lepiej wyjechać na zorganizowaną wycieczkę, spać w autokarze z głową na własnych kolanach, słuchać nudnego przewodnika i skarg pretensjonalnych pań z Poznania. (Uwielbiam Poznań i nie mam nic do poznaniaków, po prostu tak się złożyło że najbardziej antypatyczni turyści jakich w życiu poznałam byli z Poznania i powstał w mojej głowie pewien krzywdzący archetyp.)

Lista zażaleń zatem. Belgia nie ma transportu publicznego który funkcjonowałby w godzinach wieczornych, taksówkarze zdzierają (co może brzmieć jak tautologia, ale nie w Belgii) i ciężko ich złapać. Dotarcie gdziekolwiek pieszo graniczy z cudem, jedyne mapy rozstawione na dworcach to mapy samego dworca, kierujące nas do punktów informacji, które i tak są nieczynne. Kasjerzy uważają za wybitny akt łaski samą sprzedaż biletu (brzmi znajomo?), a kioskarze, którym próbuje się zapłacić kartą, patrzą na nas jak na przybyszów z trzeciego świata i natychmiast odmawiają, mimo że portal ewidentnie jest gotowy do użytku.

Co więcej, to zabrzmi jak truizm, ale perony kolejowe są równie paskudne jak w Polsce, palić można tam wszędzie, co teoretycznie powinno mnie akurat cieszyć, tylko że betony zasłane petami wcale nie wyglądają fajnie, no ale kogo obchodzą śmieci, skoro mamy RECYKLING na każdym cholernym kroku. Wspomniałabym jeszcze o hostelach z brakiem możliwości regulacji temperatury wody pod prysznicem, o Arabach przeczesujących ulice nocami w poszukiwaniu Europejek które nachalnie zapraszają na „disco”, ale konkluzja staje się już chyba jasna i bez tego. Belgia jest jak stary, popsuty mebel pomalowany ładną farbą, która odłazi płatami po najmniejszym skrobnięciu paznokciem. Może to i lepiej, że turyści są stamtąd odstraszani już od samego momentu przybycia, żałuję, że nie dałam się odstraszyć skutecznie.

Podsumowując, bo muszę przecież udawać, że wszystkie te obserwacje łączy jakaś myśl przewodnia, są kraje, które nie lubią turystów i wcale się z tym nie kryją, są i takie, które szczerą niechęcią pałają do własnych obywateli. Nie miałam na szczęście okazji zachorować w Belgii (może jedynie na kaca po nadmiernej ilości Chimaya, piwo trzeba im przyznać robią dobre), ale nie mogę się wyzbyć perwersyjnej ciekawości, jaka jest tamtejsza służba zdrowia, skoro pod tak wieloma względami kraj ten przypomina Polskę.

Niestety, jedyny Belg jakiego miałam w życiu okazję bliżej poznać był niezmiernie dziwnym człowiekiem – zazwyczaj jest to z moich ust komplement, ale proszę mi wierzyć, nie w tym wypadku, tym razem chodzi o dziwność z gatunku „jaka szkoda że się poznaliśmy”. Nie mam więc kogo zapytać i na razie pozostawiam temat otwarty. Na koniec proszę mi wybaczyć małe odstępstwo od zasady nie używania angielskiego, ale nie mam wyjścia: droga Belgio, go recycle yourself.