środa, 13 kwietnia 2016

Polskie dziewczyny



Przez ponad 20 lat życia w Polsce nie naoglądałam się tyle polskich prostytutek co przez kilka ostatnich miesięcy w skandynawskich (oraz pseudo-skandynawskich, o czym za chwilę) serialach. W ogóle, jak tylko pojawia się w nich Polska, to w kontekście gangów z Polski, narkotyków z Polski, no i oczywiście słynnych, jak się okazuje, dziwek z Polski. Trochę mnie to zaszokowało, nie tyle w sensie patriotycznym, co po prostu jako kogoś, kto gangstera widział co najwyżej na zdjęciu w gazecie, a prostytutkę przy E7 z okna samochodu w drodze na wakacje.

Moim ulubionym przykładem jest scena z trzeciego sezonu serialu „Wallander” – angielskiego, kręconego jednak i dziejącego się w Szwecji, w którym oksfordzkie akcenty sąsiadują z wystrojem z Ikei i trudnymi (dla mnie) do odczytania napisami na sklepach. Serial ma swój urok i nawet nie przeszkadza, że słynny komisarz z Ystadu przedstawia się jako „Wallan-duh”. Dziwne stereotypy o Polakach są jednak wiecznie żywe – oto w pierwszym odcinku trzeciego sezonu koleżanka ofiary, młodej dziewczyny w ciąży, jest przesłuchiwana przez Wallandera i informuje go, że zamordowana poznała kogoś „w pracy”. „Jaka to praca?”  - pyta Wallander, a pogardliwe prychnięcie dziewczyny mówi nam wszystko, zanim jeszcze odpowie „A jak pan myśli?”

No faktycznie, jaka? Obie są Polkami, więc co też ten Wallander sobie wyobraża? Ale przyznaję, że ja znowu dałam się załapać i nie od razu skojarzyłam, że Polka w Szwecji = prostytutka. Dziewczyny nie wyglądały może na profesorki nauk ścisłych, ale myślałam bardziej że na przykład przyjechały dorobić sobie pracą w gastronomii. Pamiętacie starą piosenkę disco-polo o „polskich dziewczynach”? Zaczynam zastanawiać się, czy są w niej one „bez wad” czy „bez VAT”…

We Francji też są jakieś dziwaczne stereotypy na temat Polek, o których, znowu naiwnie, nie miałam bladego pojęcia. Nie mówię, że spotykam się z nimi na każdym kroku ani nawet regularnie, ale było trochę przypadków dziwnych komentarzy, które udało mi się wytłumaczyć sobie dopiero po długim czasie (o ile w ogóle się udało). Pewnego dnia na przykład jakiś wstawiony pan oświadczył mi, że zawsze marzył o Polskiej dziewczynie. Zabrzmiało obleśnie i fetyszyzująco, aż zachciało mi się odpowiedzieć mu, że żadna Polka nie marzy o nim.

Dużo osób pytało się też, czy w Polsce naprawdę wszystkie kobiety są blondynkami z niebieskimi oczami, więc pewnie to o nich marzył brzydki pan. Zastanawiam się jednak, jak można zadać takie pytanie, kiedy stojąca naprzeciwko ciebie reprezentantka tego kraju ma półtora centymetra brunatnych odrostów? To samo mówi się zresztą o Rosjankach i mniej więcej wszystkim co leży na wschód od ex-muru berlińskiego.

Jestem blondynką, bo mam dobrego fryzjera.

Polki są więc piękne, łagodne i wyrachowane. Dlaczego wyrachowane? Bo swojej fizjonomii anioła używają do zdobycia serc zachodnich (i znowu, mam na myśli „na zachód od niewidzialnego muru”) mężczyzn i prawa do pobytu w Europie… Zaraz, coś tu nie gra. Logika tego dziwacznego toku myślowego objawiła mi się dopiero, gdy zdałam sobie sprawę, że niektórzy wciąż nie wiedzą, że Polska od dawna jest w Unii Europejskiej. I marzenia o pracy we Francji czy Niemczech stały się dziś nieco łatwiejsze do spełnienia niż 30 lat temu. Polski dowód osobisty niekoniecznie jest też symbolem rozpaczliwej sytuacji ekonomicznej, a tę niekoniecznie rozwiązuje się szukając zachodniego męża. Powiem szczerze: nigdy w życiu nie słyszałam od żadnej koleżanki czy znajomej, że marzy o mężczyźnie z kraju na zachód od ex-kurtyny, który zapewniłby jej stabilną sytuację ekonomiczną (i rozczulał się nad jej akcentem). Nie twierdzę, że znam jakiś bardzo reprezentatywną próbkę społeczeństwa, ale naprawdę ciężko mi wyobrazić sobie taką wypowiedź jakiejkolwiek znanej mi osobiście kobiety (nawet po kilku kieliszkach wódki, którą podobno tak bardzo lubimy). O prostytuowaniu się już nawet nie wspominając.

Dygresja: dlaczego w tych rozważaniach ciągle pojawia się ten nieszczęsny mur i ta koszmarna kurtyna? Myślałam że z muru zostały tylko gruzy (które wykupili Amerykanie jaki suweniry), a kurtyna już dawno zerwała się z ostatniego gwoździa.

Ostatni stereotyp, powiązany pewnie ze wszystkimi powyższymi. O mail-order brides (zamawianych przez internet narzeczonych) słyszałam jak dotąd tylko w kontekście jakiegoś marnego i zapomnianego filmu z Nicole Kidman, w którym podobno udaje rosyjski akcent. Kiedy więc ktoś zapytał mnie, czy swojego mężczyznę poznałam przez inernet, pytanie wydało mi się tak dziwaczne, że (znowu! Mózgu, co z tobą!) potrzebowałam paru dni, żeby zrozumieć podtekst. Pomógł mi fakt, że w ciągu kolejnych miesięcy pytanie jeszcze kilka razy się powtórzyło.

Czasami nie ogarniam adblocka i wyskakują mi reklamy, także takie z dziewczynami o klatce piersiowej nieproporcjonalnej w stosunku do głowy, które natychmiast zaczynają się domagać propozycji matrymonialnej. Nie wiem, czy dokładnie taki obraz mają w głowach osoby, które pytają się mnie, czy na pewno nie poznaliśmy się przez internet, ale kiedy pada odpowiedź „Nie, w knajpie” a pytanie i tak zostaje powtórzone (zdarzyło się to tylko raz, na szczęście), to jest w tym jednak jakaś insynuacja. Swoją drogą, w tych reklamach są głównie Azjatki i Rosjanki (które oczywiście można poznać po blond włosach i futrze), a jak powszechnie wiadomo Rosjanka = Polka = prostytutka = internet.

Zastanawiam się jednak, czy to wszystko nie szokuje mnie aż tak bardzo dlatego, że w Polsce to raczej Ukrainki uważa się za emigrantki ekonomiczne i prostytutki. I oczywiście wszystkie są blondynkami. Aż zimno się robi w plecy, kiedy uświadamiam sobie, że każdy naród potrzebuje jakiegoś innego narodu albo grupy etnicznej, albo wielu różnych narodów i grup etnicznych, żeby go traktować stereotypowo, fetyszyzować i demonizować.

Chciałabym, żeby nikt już nigdy nikogo nie traktował stereotypowo, fetyszyzował i demonizował. Może wtedy przestałoby mnie irytować, że ktoś uważa mój akcent za uroczy – co może przecież być tylko niewinnym komplementem, a nie oznaką, że widzi we mnie jakąś cholerną Rusałkę.

Oczywiście wyrachowaną i marzącą o Europie.