sobota, 2 marca 2013

Osobisty przewodnik po serialach (część pierwsza)



Czas to przyznać: nigdy nie zostanę popularną blogerką, bo po prostu nie potrafię wyszukać sobie grupy docelowej i pisać na jakiś w miarę spójny i stały temat, chce mi się pisać o wszystkim albo odechciewa mi się pisania w ogóle, mieszam wątki osobiste z kulturowymi i wychodzi z tego jakiś dziwaczny bigos, a ja, jak zywkle z niedoborem patriotyzmu, nawet nie lubię bigosu. Dzisiaj na przykład wpadło mi do głowy napisanie o serialach.

Od razu informuję, że nie będę używać polskich tytułów, bo kiedy oglądam filmy czy seriale w wersji oryginalnej, to mało mnie interesuje, co też wymyślił tłumacz (chyba, że chcę coś polecić osobie nieznającej języka) – z tego, co wiedziałam, dość często polskie tytuły są dziwaczne i przekombinowane, no po prostu jakoś nie umiem się przekonać do Teorii wielkiego podrywu, wybaczcie; ale wcale przy tym nie twierdzę, że sama znalazłabym lepszy odpowiednik.

Odkąd zaczęłam pracować, rozpaczliwiej niż kiedykolwiek potrzebuję nowych amerykańskich sitcomów, bo są chwile, kiedy już zwyczajnie żaden inny wytwór kultury mi „nie wchodzi” (jeszcze prościej byłoby chyba tylko sięgnąć po „Tele Tydzień”, ale nazwanie „wytworem kultury” czegoś, gdzie aktorów z polskich telenowel określa się mianem „wybitnie utalentowanych” to chyba jednak przesada…) Od dawna oglądam wspominany już The Big Bang Theory, poza tym również dobrze w Polsce znane How I Met Your Mother i chyba trochę mniej znane Community, ale nie zawsze występowanie nowych odcinków pokrywa się akurat z moimi napadami zmęczenia/złego humoru, tak więc potrzebuję tych zapychaczy czasu nieco więcej.

Na początek przetestowałam Whitney, i po kilku odcinkach, niczym Agnieszka Chylińska, zanim stała się celebrytką, powiedziałam sobie „dość”. Nie jestem w stanie obiektywnie ocenić, czy Whitney Cummings nie ma komediowego talentu, ale moim zdaniem nie za bardzo. Jednym z pierwszych dialogów w pilotowym odcinku była rozmowa między główną bohaterką a jej chłopakiem, szykującymi się na ślub znajomych. Ona, oczywiście, ubiera się i maluje w nieskończoność (ach te kobiety!), próbując jednocześnie usprawiedliwiać stwierdzeniem, że przecież śluby i tak zawsze zaczynają się z opóźnieniem. „Bo wszyscy czekają na CIEBIE!”, odpowiada on. Nie wiem, czy widziałam już zbyt wiele sitcomów i jestem zblazowana, ale dokładnie w tym momencie stwierdziłam, że "ale to już było", lepiej żeby nie wracało, i ogólnie to chyba nie to, czego szukam (dwa kolejne odcinki mnie w tym utwierdziły). Nadejdzie jeszcze dzień, gdy komediowy dialog zaskoczy mnie błyskotliwą puentą, ale to zdecydowanie nie był ten dzień.

New Girl wcale nie jest dużo bardziej oryginalna, a jednak spodobała mi się o wiele bardziej. Nie wiem, czy to zasługa Zooey Deschanel, która – w życiu byście się tego nie spodziewali – w tym serialu nosi sukienki w kwiatki, jest dziewczęcą i bardzo niezdarną hipsterską „girl next door” – ale ma to wszystko jednak pewien urok. Niestety, historia dziewczyny, która po dramatycznym zakończeniu długoletniego związku zamieszkała z trzema chłopakami, wpłynęła już na znajome wody, i na chwilę obecną bodajże cztery odcinki minęły pod znakiem „ile komediodramatu można wycisnąć z jednego pocałunku”. (Odpowiedź, swoją drogą, brzmi: całą masę! Ona to musi przetrawić, on to musi przetrawić, muszą dowiedzieć się inni współlokatorzy, jej aktualny chłopak, jej przyjaciółka – a każda kolejna reakcja zasługuje oczywiście na oddzielną scenę – a potem jeszcze długo, długo musi być niezręcznie.) Lubię jednak ten serial za całkiem błyskotliwe dialogi, a w ogóle, to nie wiem czy wiedzieliście, ale Zooey jest istnym wulkanem wdzięku i przyjemnie się na nią patrzy.

The New Normal to już wyższa szkoła cukrzycy. Zestawiłabym ten serial z Modern Family, bo oba promują tradycyjne wartości rodzinne, ale próbując je dostosować do wymagań poprawności politycznej (czego nie krytykuję, wręcz przeciwnie) – czyli nie wszystkie pary są heteroseksualne, pojawiają się Latynosi i Afroamerykanie, jest nawet (w Modern Family) para z dużą różnicą wieku (bardzo fajnie zresztą „napisana”, a jej męską połowę stanowi mocno podstarzały i jeszcze zabawniejszy niż w latach 90-tych Al Bundy). O ile w Modern Family te wariacje na temat schematu na ogół się sprawdzają i nieraz zdarzyło mi się wybuchnąć śmiechem podczas jego oglądania, tak The New Normal zdecydowanie brakuje ikry. Bohaterowie obu seriali żyją w mocno idyllicznym świecie problemów pierwszego świata, ale ci z Modern Family wydają się bardziej ludzcy, mają przynajmniej czasem i przynajmniej cokolwiek wspólnego z paskudnością natury ludzkiej. The New Normal to już maksymalny Disney, twór, który obok realizmu nawet nie leżał, ba, nie znaleźlibyście go na tym samym regale. Mimo to wciąż jeszcze oglądam, może ze względu na postać republikańskiej babci, która jest typowym dla amerykańskiej telewizji produktem z kategorii „potwór o złotym sercu”. Też średnio życiowe, ale Ellen Barkin gra świetnie i przydaje temu średnio strawnemu ciasteczku z kremem trochę pieprzu.

Ku mojemu zdziwieniu, najbardziej póki co podoba mi się Go On. Nie widziałam jeszcze wszystkich odcinków capo di tutti capi współczesnych schematów sitcomowych, czyli Friends; lubię ten serial, ale zawsze wolałam w nim postacie dziewczyn, więc fakt, że w Go On gra Matthew Perry nie był dla mnie sam w sobie jakąś ogromną zachętą. Pierwszy odcinek też nie powalił mnie nie kolana i nie zmusił do szukania szczęki pod łóżkiem – atrakcyjny, biały, bogaty, heteroseksualny Amerykanin w średnim wieku (kolejna nowość!) ma depresję po śmierci żony, którą pomaga mu pokonać reszta obsady, wyglądająca nieco bardziej kolorowo, dziwacznie i mniej plastikowo, złożona do tego z dość chyba mało znanych aktorów. Pomysł zalatywał mi Community, które uwielbiam, ale niekoniecznie chcę oglądać jego klony. Po kilku odcinkach okazało się jednak, że serial ten ma wiele zalet domniemanego pierwowzoru – postacie niebędące bogatymi, białymi etc. Amerykanami dostają dużo czasu ekranowego, przeżywają własne, naprawdę zabawne przygody, i wcale nie są tylko dodatkiem dla „tego kolesia z Przyjaciół” - mówiąc jednak przy tym wszystkim własnym głosem i wcale z Community nie "zrzynając". Humor bywa często mocno absurdalny, a proces żałoby ukazany jest, jak na sitcom, umiarkowanie realistycznie.

Jeśli ktoś z drogich Czytelników poszukuje odprężającego zapychacza czasu, to ze wszystkich pozycji omówionych powyżej polecałabym właśnie Go On i Modern Family. Są najmniej banalne i nikt nie truje przez pół sezonu o tym, że ktoś kogoś pocałował; jako bonus nie wszyscy bohaterowi są konwencjonalnie piękni i młodzi, i chyba właśnie dzięki temu naprawdę dają się lubić. Z pewną ostrożnością stwierdzam, że może jeszcze z amerykańskiej komedii sytuacyjnej "będą ludzie".