środa, 28 grudnia 2011

Utrata i tęsknota w dobie Facebooka


Strasznie ciężko się w dzisiejszych czasach z kimkolwiek rozstać. Świat stał się taki dostępny, bliższy nawet niż na odległość ramienia. Paroma ruchami myszki komputerowej możemy wymazać kogoś ze swojego życia, ale i równie łatwo przyjąć go z powrotem. Niby zniknął i go nie ma, ale tak kusi, żeby sprawdzić, co u niego, tak niesamowicie prosto przynajmniej od strony technicznej jest nawiązać ponowny kontakt.

Co gorsza, każdy taki związek obrasta tysiącem nibynóżek które zaczynają żyć własnym życiem. Te wszystkie zdjęcia, komentarze, wspólni znajomi – pomieszanie z poplątaniem świata wirtualnego z realnym. Palenie listów może mieć charakter terapeutyczny, ale czy kasowanie czyichś komentarzy dostarcza jakiegokolwiek oczyszczenia? Oczywiście, można przekląć na wieki, zblokować, tyle że ponowne odblokowanie to kwestia kolejnych kilku ruchów myszą…

Straszliwie to wszystko chłodne i beznamiętne, prawda? Znacznie lepsze do wyrażenia negatywnych emocji są namacalne przedmioty które można spalić, podrzeć, wyrzucić. Od głupiego wpatrywania się w ekran lepsze jest oczywiście terapeutyczne piwo ze znajomymi. Tylko że po tym piwie znów zaczyna kusić ten cholerny telefon, jak złe oko łypiący na nas z torebki czy kieszeni. Dwa ruchy kciukiem – wszystko zaczyna się od nowa…

Nie, zdecydowanie nie lubię współczesnej technologii. Tak łatwo pogubić w tej przesadnej prostocie i nieznośnej lekkości przekazywania myśli, szczególnie tych najgłupszych i najbardziej kompromitujących. Marzą mi się te słynne listy przesyłane dyliżansem który docierał raz na dwa tygodnie, oj marzą. Mając świadomość jak długo trzeba będzie czekać na odpowiedź, człowiek cyzelowałby każde słowo i nie skakałoby mu pod sufit ciśnienie kiedy po godzinie telefon nadal uparcie nie chce zapiszczeć.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Ten pierwszy raz


Pierwszy wpis na blogu, trochę jak pierwszy papieros z rana. Zawiera obietnicę czegoś ekscytującego, sprawia, że lekko kręci się w głowie. Tylko że papieros niezmiennie dostarcza dobrze znanych doznań, a blog to jednak podróż w nieznane. Po co go właściwie pisać? Będzie tylko jedną wśród milionów stron, których i tak nie da się przebić ani popularnością, ani błyskotliwością stylu. A może właśnie nie trzeba przebijać? Może lepiej znaleźć swój własny głos, ten mityczny własny pokój, i zwyczajnie robić swoje? Blog o bezsensie i niemożliwości pisania bloga? Tylko patrzeć, jak zamiast zostać Fellinim w „Osiem i pół”, człowiek zacznie kręcić się w kółko i pożerać własny ogon. Żeby ładnie opowiedzieć o blokadzie twórczej, najpierw trzeba być artystą.

O czym tu więc? Może o pudełku z herbatą? Jest zielone, herbata w nim waniliowo-truskawkowa, ale nie po to piszę, żeby było kolorowo i pachniało magią. Niewinne pudełko z herbatą oznajmia mi bowiem „Rak’n’roll – wygraj życie!”. No i tak, Rak’n’roll, jak się dowiedziałam, jest fundacją pomagającą chorym na raka. Nawet nie tykam szlachetnej inicjatywy, jest ważna i potrzebna, oby takich jak najwięcej. Nie opuszcza mnie jednak poczucie dysonansu, kiedy patrzę na to radosne logo i filuterną nazwę.

Rozmawiamy dziś o raku, rozmawiamy dużo, często i potrzebnie. Ale nie dość już dziś mówić o profilaktyce czy problemach osób chorych – całe to meritum zostało odsunięte w kąt przez konwencję. Niestosownym stało się nagle napisać „Dziewczyny, badajcie się bo to bardzo ważne” – nie, na topie jest obecnie poinformować na Facebooku o kolorze stanika lub majteczek. To, co nigdy nie było i nie będzie niczym innym, jak straszną chorobą, zostaje nagle poprószone kolorowym lukrem, ma lśnić i mrugać, a jedynie jako skutek uboczny skłaniać do refleksji.

Oczywiście, są to sprawy których wszyscy się boimy, i oczywiście, łatwiej przyciągnąć uwagę kiedy jest różowo, radośnie i rock’n’rollowo. A jednak męczy mnie to poczucie niestosowności – bo co dalej? Żarty w stylu „W Sowieckiej Rosji, to rak ma ciebie”? Czy to jest jeszcze oswajanie, czy trywializacja? Dlaczego strach, emocja tak głęboko ludzka i naturalna, musi koniecznie zostać wyparty przez lukier? Czy żyjemy w aż tak głupiej i płytkiej kulturze, czy to tylko ja mam problem ze zrozumieniem mechanizmów oswajania?

Żebyś to durna dziewczyno myślała o swojej magisterce tyle co o wszystkim innym.