Strasznie ciężko się w dzisiejszych czasach z kimkolwiek rozstać. Świat stał się taki dostępny, bliższy nawet niż na odległość ramienia. Paroma ruchami myszki komputerowej możemy wymazać kogoś ze swojego życia, ale i równie łatwo przyjąć go z powrotem. Niby zniknął i go nie ma, ale tak kusi, żeby sprawdzić, co u niego, tak niesamowicie prosto przynajmniej od strony technicznej jest nawiązać ponowny kontakt.
Co gorsza, każdy taki związek obrasta tysiącem nibynóżek które zaczynają żyć własnym życiem. Te wszystkie zdjęcia, komentarze, wspólni znajomi – pomieszanie z poplątaniem świata wirtualnego z realnym. Palenie listów może mieć charakter terapeutyczny, ale czy kasowanie czyichś komentarzy dostarcza jakiegokolwiek oczyszczenia? Oczywiście, można przekląć na wieki, zblokować, tyle że ponowne odblokowanie to kwestia kolejnych kilku ruchów myszą…
Straszliwie to wszystko chłodne i beznamiętne, prawda? Znacznie lepsze do wyrażenia negatywnych emocji są namacalne przedmioty które można spalić, podrzeć, wyrzucić. Od głupiego wpatrywania się w ekran lepsze jest oczywiście terapeutyczne piwo ze znajomymi. Tylko że po tym piwie znów zaczyna kusić ten cholerny telefon, jak złe oko łypiący na nas z torebki czy kieszeni. Dwa ruchy kciukiem – wszystko zaczyna się od nowa…
Nie, zdecydowanie nie lubię współczesnej technologii. Tak łatwo pogubić w tej przesadnej prostocie i nieznośnej lekkości przekazywania myśli, szczególnie tych najgłupszych i najbardziej kompromitujących. Marzą mi się te słynne listy przesyłane dyliżansem który docierał raz na dwa tygodnie, oj marzą. Mając świadomość jak długo trzeba będzie czekać na odpowiedź, człowiek cyzelowałby każde słowo i nie skakałoby mu pod sufit ciśnienie kiedy po godzinie telefon nadal uparcie nie chce zapiszczeć.